Byłam pazerna na role

Z Teresą Lipowską, aktorką teatralną, filmową i telewizyjną, rozmawia Krzysztof Lubczyński

Wyraziła Pani niedawno żal, że dopiero po roli Mostowiakowej w "M jak miłoś" zainteresowały się Panią media, a dziennikarze zaczęli prosić o wywiady. Czy rzeczywiście dopiero teraz, po tylu latach popularności aktorskiej? Teresa Lipowska: Wiele lat temu nie narzekałam na zainteresowanie krytyków i dziennikarzy. Zebrałam nawet mnóstwo recenzji i uwag na temat moich ról, w tym spod piór cenionych wtedy krytyków, takich jak August Grodzicki czy Wojciech Natanson. Oni bardzo wnikliwie analizowali spektakle i role aktorskie. Później recenzje zaczęły składać się z nieistotnych uwag zamiast oceny włożonej przez nas pracy, więc przestałam się nimi interesować. Wywiadów ze mną rzeczywiście nie było zbyt wiele, bo choć zagrałam sporo ról filmowych, nigdy nie byłam tzw. gwiazdą, ani też nie mam na koncie jakiejś jednej, błyszczącej roli, o której było by głośno w prasie czy telewizji i którą by na lata zapamiętano.



Jaka jest Pani dewiza w pracy?

Reklama

Teresa Lipowska: Uczciwość aktorska to moja podstawowa zasada. Mogę o sobie powiedzieć, że nigdy nie potraktowałam lekceważąco mojego zadania. W tym roku obchodzę 50 -lecie pracy artystycznej i mogę się pochwalić, że ani przez jeden dzień nie byłam bez etatu, a po przejściu na emeryturę mam chyba więcej pracy niż kiedykolwiek. Poza tym jestem aktorką, która nie odrzuca ról małych, pod warunkiem że dojdę do wniosku, iż można z niej coś ciekawego zrobić. Mój najukochańszy reżyser Jurek Antczak mówił mi, że nie ma małych czy dużych ról, ale role dobrze i źle zagrane. Mówił, że można odmówić, ale jeśli już się rolę bierze, to trzeba się do niej przyłożyć uczciwie. Uważny widz czy recenzent zawsze to dostrzeże. Niezależnie od tego, czy jest to subretka czy księżniczka. Nawet jak grałam rolę Kapusty w bajce dla dzieci, to starałam się z niej zrobić coś interesującego. Za kulisy przyszły niewidome dzieci i chciały rozmawiać właśnie z Kapustą.

Czy wybór zawodu aktorskiego miał korzenie w Pani dzieciństwie?

Teresa Lipowska: Tak, ale nie w tym sensie, bym pochodziła z rodziny aktorskiej. Nic z tych rzeczy. Mama skończyła SGH, ojciec prawo, dziadek był kolejarzem. W szkole natomiast mówiłam wierszyki, śpiewałam, chodziłam na kółko teatralne, które wystawiało bajki w łódzkim teatrze "Lutnia". Od czwartego roku życia uczyłam się gry na fortepianie. Wszystko to mnie bawiło. Myślałam wprawdzie o studiowaniu fortepianu w konserwatorium, ale odstraszyła mnie perspektywa ćwiczenia po wiele godzin dziennie. Za bardzo byłam na to ruchliwa, dynamiczna, lubiąca taniec, śpiew itd. Dzięki temu zawsze dobrze radziłam sobie z repertuarem muzycznym w teatrze.

Dowiedz się więcej na temat: zawód | aktor | rzeczy | Teresa Lipowska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje