Chajzerów dwóch: Panikarz i oaza spokoju

Zygmunt i Filip Chajzerowie /Tatiana Jachyra /materiały promocyjne

O relacji między sobą powiadają, że jest pumeksowa, bo bardzo często zdarza im się sprzeczać na przeróżne tematy. I choć każdy z nich twardo stoi przy swoim zdaniu, to nie da się nie zauważyć, że razem tworzą bardzo zgrany duet, czego dowodem jest m.in. ich najnowsza książka pt. „Chajzerów dwóch”. Z Zygmuntem i Filipem Chajzerem rozmawia Łukasz Piątek.

Reklama

Łukasz Piątek, Interia: Rywalizujecie panowie ze sobą?

Zygmunt Chajzer: - Raczej współpracujemy.

Reklama

Filip Chajzer: - Wtedy musielibyśmy mówić o jakimś chorym układzie i patologii, a takowych zjawisk przynajmniej na razie u nas nie zauważyłem. Kiedy pojawia się pole do wspólnego działania, to robimy to z największą przyjemnością. Prawda, ojciec?

Zygmunt Chajzer: - Zgadza się synu. Nie mam mowy o rywalizacji. Wspieramy się.

Jest coś, czego sobie zazdrościcie?

F: - Ha! Ja ojcu zazdroszczę opanowania. Oj tak... Bałaganiarz, panikarz, człowiek, którego bardzo szybko zżerają nerwy - dzień dobry, to ja Filip Chajzer. Nie lubię w sobie tej nerwowości, ale nie bardzo wiem, jak znaleźć patent, by ją w sobie opanować. A ojciec to oaza spokoju. Cokolwiek by się nie działo, on zawsze zachowuje zimną krew. Chciałbym potrafić tak, jak ty.

Z: - No nie zawsze jest tak, jak mówi Filip, ale faktycznie nie mam większego problemu z opanowaniem. A czego jemu zazdroszczę? Chyba odwagi. Filip potrafi wejść w sytuacje, od których ja bym się trzymał z daleka, a on po prostu to robi. Nie wiem tylko, czy robi to ze świadomością, czy raczej bez...

F: - Raczej bez.

Z: - Ładuje się w różne sytuacje związane z jego pracą - z reportażami, na które ja nigdy w życiu bym się nie odważył. Przecież nie wlazłbym do morza o temperaturze 2 stopni, bo i po co?

F: - Ojciec, to ja się postaram odpowiedzieć na twoje pytanie najrzetelniej, jak tylko potrafię: otóż po to, żeby przekonać się, jak to jest, kiedy wskoczy się do morza o temperaturze 2 stopni.

Z: - To wiele wyjaśnia...

F: - Aczkolwiek gorsze było wskoczenie do jeziora w przeręblach, żeby zobaczyć, jak się można z niego wydostać. I teraz zupełnie poważnie - okazuje się, że wówczas warto mieć przy sobie dwa długopisy, które mogą uratować człowiekowi życie.

Z: - Nie pomyślałbym.

F:-  No... Z kolei ja mam tę cechę, że najpierw robię, później dopiero myślę. Czasami przynosi to dobre efekty, ale zdarza się, że nie jest tak fajnie, jak zakładałem.

Z: - To tutaj się różnimy, bo ja zawsze najpierw kalkuluję.

Co wkurza pana Filipa w panu Zygmuncie i na odwrót?

F: - Ja już się tak do tego przyzwyczaiłem, że nie wiem, czy w ogóle to można rozpatrywać w kategorii wkurzenia. Ojciec lubi się uprzeć. Oj, jak on się lubi uprzeć! Ja często uważam, że jest to kompletnie bez sensu i w ogóle się z tym nie zgadzam; on jednak on do końca będzie bronił swojej mongolskiej racji.

Z: - Jakiej?

F: - Nic, nic...

Z: - Vice versa! Czasami jest tak ciężko go do czegoś przekonać, że potrzeba interwencji siły zewnętrznej, która potwierdzi moje stanowisko i moją rację. Wtedy odpuszcza. Często spieramy się na przeróżne tematy.

F: - Aczkolwiek droga podejmowania decyzji, czy przyznać mu rację czy nie, bez względu na to, jak ojciec by nie był uparty, wygląda tak, że muszę za każdym razem zadzwonić do mamy, żeby zapytać, co ona sądzi o temacie naszego sporu.

I po czyjej zazwyczaj jest stronie?

Z: - Nie zazwyczaj, a zawsze. Po Filipa rzecz jasna.

F: - No cóż... Kochana mama.

Mama jest pana największą fanką?

F: - To mało powiedziane. Nie przegapiła żadnego mojego materiału w "Dzień Dobry TVN". Wcześniej nagrywała moje reportaże, ale teraz ma już tablet, więc ogarnęła, co należy nacisnąć, żeby obejrzeć w Internecie.

Z: - Moja żona jest bezkrytyczną fanką talentu Filipa.

F: - I całe szczęście, bo ja krytyki nie znoszę, nie potrafię jej przyjmować. W związku z tym bardzo cenię tę fankę.

Z: - Filip pierwsze co robi po emisji  materiału, to dzwoni do mamy.

F: - Czasami nie zdążę, bo ona pierwsza dzwoni do mnie.

Podobno zachęcił pan mamę do poznania nowych technologii.

F: - Podczas ostatniej Wigilii dzwoni do mnie mama i pyta:

- Był już twój materiał?
- No tak, jakieś pół godziny temu.
- Ale jak to? Nie powiedziałeś mi!
- Mamo, odpal sobie w Internecie.
- Przecież wiesz, że ja nie umiem!

F: - Awantura na całego! Mały koniec świata! Pojawia się problem, który dla mnie jest zupełnie niezrozumiały, bo dla nas odpalenie Facebooka jest jak puszczenie bąka, ale dla starszych osób już niekoniecznie. Ja też miałem dosyć, dlatego ubrałem buty i pojechałem do sklepu, gdzie wybrałem największy i najszybszy tablet, jaki tylko był, żeby mama miała przyjemność w zaprzyjaźnianiu się z wirtualnym światem. Tego samego dnia w trakcie Wigilii zainstalowałem mamie fejsa, stworzyłem jej profil, pokazałem, jak to wszystko działa i... zaczęło się nowe życie! Przysięgam, że od tamtej chwili mama weszła w inny świat, w inną galaktykę. Weszła tak bardzo, że teraz wszędzie chodzi z tabletem.

Z: - Natomiast trzeba zaznaczyć, że jest posiadaczką prawdopodobnie najstarszego telefonu komórkowego, jaki zachował się na kuli ziemskiej. Ma obudowę na gumkę.

F: - Bo nie ma już części zamiennych do tego modelu, dlatego żeby się całkiem nie rozpadł, to zainstalowana jest gumka.

Z: - I choć bateria trzyma w nim 15 minut, to ma on jeden, duży plus...

F: - Mianowicie jest takich rozmiarów, że mama wsuwa go sobie pod czapkę, a on nie wypada w przeciwieństwie do dzisiejszych ciężkich smartfonów. To jest jej autorski pomysł na zestaw głośnomówiący.

Z: - Z jednej strony żona z przytupem weszła w nowoczesność, ale z drugiej twardo trzyma się tradycji, jeśli mowa o komórce. Filip, jak jej kiedyś ten telefon zupełnie padnie, to przecież w domu będzie dramat, bo ona innego do ręki nie weźmie, a ten jej jest ostatnim, działającym egzemplarzem.

Podobno w pracy jest pan panie Filipie bardzo wymagający. To prawda?

F: - Bo od początku do końca staram się być profesjonalistą. Jak zaczynam pracę, to ona nie może być wykonana na 100 czy 200 procent, ale na 500. Dla mnie to naturalne, że w pracy tego zaangażowania powinienem wymagać od wszystkich dookoła. Kiedy widzę, że ktoś nie daje od siebie wszystkiego, co może, szybko się denerwuję.

Z: - A jak ja od ciebie kiedyś wymagałem, żebyś się uczył matematyki, to nie chciałeś się angażować...

W trakcie dojrzewania i bunty młodzieńczego pana Filipa, dochodziło między panami do sporów?

F: - Ja cały czas tkwię w tym buncie młodzieńczym, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa.

Z: - U nas chyba nie było takiego przesilenia, żeby dochodziło do awantur i pyskówek. Na szczęście obyło się bez większych ekscesów.

Starał się pan wychowywać syna twardą ręką?

Z: - To nie było potrzebne, bo aż do takich zawirowań nie dochodziło.

F: - Ojciec czasami się wkurzał, ale w domu bywał bardzo rzadko, więc był luzik. Osią sporu najczęściej była matematyka. Na widok liczb, wzorów i innych tego typu dziwnych rzeczy mój mózg wywiesza białą flagę i zamyka się w sobie.

Z: - Filip zawsze ślęcząc przy przedmiotach ścisłych robił maślane oczy.

F: - Autentycznie w takich momentach w mojej głowie następuje awaria systemu i pojawia się niebieski ekran. Gdybym teraz zdawał maturę z matematyki - bo kiedy pisałem egzamin dojrzałości, to wówczas na szczęście ten przedmiot nie był wymagany - dziś nie miałbym matury. Jestem o tym przekonany i mówię całkiem serio. Dla mnie matematyka kończy i zaczyna się na opanowaniu metody wyliczenia VAT-u. Więcej do szczęścia mi nie potrzeba.

Z: - Być może ja też w tej chwili nie poradziłbym sobie z zadaniami maturalnymi, ale matematykę uwielbiałem, bo była to dla mnie szkoła logicznego myślenia. Jeśli postępujesz poprawnie w kolejnych działaniach, to nie ma siły, żeby wyszedł zły wynik.

F: - Ale co w tym jest takiego interesującego?!

Z: - Dochodzenie do jedynego, prawidłowego wyniku. To poprawne trzymanie się reguł matematycznych, które doprowadzają do rozwiązania zagadki.

F: - No, faktycznie niesamowite...

Czy w dzieciństwie spotykały pana jakieś nieprzyjemności w związku z tym, że był pan synem "znanego pana z telewizji"? Rówieśnicy patrzyli na pana trochę spod byka?

F: - To na pewno w jakiś sposób przykuwało uwagę moich kolegów i koleżanek, i być może kogoś drażniło. Dzieci generalnie nie lubią w jakiś sposób odstawać o reszty. Pewnie dlatego trochę mnie to irytowało, że za plecami szeptało się o moim ojcu. Z drugiej strony może właśnie dlatego mam dziś w sobie tego ducha walki.

Z: - Tak się hartowała stal.

Słuchał pan rad ojca, kiedy po liceum trzeba było wybrać kolejną ścieżkę edukacji?

F: - Pierwszy moim pomysłem była szkoła policyjna, a drugim aktorstwo. W tym drugim przypadku ojciec faktycznie zainterweniował i stanowczo mi odradzał zdawanie do szkoły teatralnej. I miał pewnie rację. Ostatecznie poszedłem na kurs przygotowawczy do szkoły teatralnej, ale wtedy już sam wiedziałem, że wykuwanie ról na blachę podobnie zamyka mój mózg jak w przypadku matematyki, więc odpuściłem. Siłą rzeczy zostało dziennikarstwo. W ten sposób połączyłem policyjne chodzenie po mieście z aktorską sztuką improwizacji.

Dlaczego nie chciał pan, żeby syn został aktorem?

Z: - Zawód aktora jest zawodem wysokiego ryzyka. Niewielu osobom po szkole teatralnej udaje się zrobić prawdziwa karierę. Ponadto człowiek zależny jest od wielu czynników ludzkich i losowych. To, jak potoczy się twoja kariera, nie do końca jest wynikiem twoich umiejętności. Poza tym uważałem, że ciągłe latanie z teatru do reklamy, z reklamy do studia, ze studia znowu gdzieś indziej, by połatać budżet, jest niewdzięczną robotą. Ja też w pewnym momencie swojego życia zastanawiałem się, czy nie iść do szkoły teatralnej, ale doszedłem do wniosku, że w tym zwykłym, codziennym życiu każdy z nas ma tyle ról do zagrania, więc po co mam jeszcze robić z tego swój zawód.

Żałował pan kiedyś decyzji o porzuceniu marzeń o aktorstwie?

F: - Ani przez chwilę. Zawód reportera jest najlepszym zawodem na świecie. Codziennie jestem w nowej pracy. Każdego dnia mój licznik się zeruje, bo wchodzę w coś zupełnie innego i nowego. Jeśli ktoś się zastanawia, jaką drogę zawodową obrać, a ma zacięcie dziennikarskie, to proponuję zacząć od gazety, przejść przez radio i skończyć w telewizji - o ile po drodze żadne z tych mediów nie urzeknie na swój sposób.

Podobno kiedyś nauczycielka powiedziała do pana: "Filipie, jeśli nie będziesz się uczył, to skończysz tak jak twój tata - w telewizji".

F:- Dostałem kiedyś tróję z historii, choć bardzo lubiłem ten przedmiot. Zawiedziona nauczycielka powiedziała, że jak tak dalej pójdzie, to skończę jak ojciec - w Polsacie. Wziąłem to sobie głęboko do serca i nie skończyłem w Polsacie. Uff.

Z: - Nauczycielka pewnie miała na myśli najpopularniejszy w tamtych czas program "Idź na całość", który - umówmy się - nie wymagał intelektualnego wysiłku.

F: - Ten program stał się symbolem pokolenia.

Z: - Zgadzam się. To był bardzo dobry program, bo główną rolę grały w nim emocje. "Idź na całość" oglądało 10 milionów ludzi. Nauczycielka Filipa widziałaby mnie pewnie w roli prowadzącego dyskusje filozoficzne, dlatego odradzała Filipowi podążanie moją ścieżką.

Czy dziś udzielacie sobie panowie zawodowy rad?

Z: - Absolutnie. Ja nie jestem na takim poziomie, jak Filip.

F: - Poszliśmy tak różnymi ścieżkami, że ciężko jest porównać prezentera radiowego z reporterem telewizyjnym. To jak w lotnictwie - jeden lata samolotem rejsowym, a drugi F16.

Z: - Nigdy się nie ścigaliśmy, jeśli mowa o pracy. Natomiast czasami wspólnie pracujemy na scenie przy okazji różnych wydarzeń. Wówczas mamy żywy kontakt z publicznością i to wychodzi nam całkiem fajnie. Bardzo dobrze się rozumiemy na tym polu.

F: - Aczkolwiek nawet na scenie - prędzej czy później - wchodzimy w jakiś spór, co w jakimś sensie też na swój sposób jest atrakcyjne. Zresztą nasza książka opiera się na sporach.

A kiedy był pan radiowcem, to pan Zygmunt dzwonił z jakimiś radami?

F: - Wtedy faktycznie po serwisach informacyjnych ojciec dzwonił do mnie i mówił mi, co powinienem poprawić.

Z: - Na jego początkowym etapie radiowca starałem się trochę podpowiadać.

Pytałem wcześniej o relacje w okresie buntu młodzieńczego, ale od tamtego czasu ona na pewno w jakiś sposób ewoluowała. Bo piszecie w książce, że to trochę pumeksowa relacja.

F: - Generalnie relacja ojciec - syn jest inna, niż relacja syn - matka. To właśnie matce poświęca się wiele piosenek, przedstawień szkolnych, teatrzyków. Natomiast ta książka też jest o tym, że czasem warto docenić relację z ojcem. Tak naprawdę ta książka dlatego jest tak ciekawa, że my się w niej odkrywamy. Są w niej przecież historie opowiadane przez ojca, których nigdy wcześniej nie słyszałem. Mieliśmy pierwszy raz okazję usiąść wspólnie przy stole i szczerze o wszystkim pogadać. Ja na przykład nie miałem pojęcia, że mój ojciec Zygmunt Chajzer był w sekcie! On zaraz powie, że to wcale nie była sekta, ale proszę mu nie wierzyć. Nie miałem zielonego pojęcia, że on robił takie rzeczy, ale wygląda na to, że kiedyś był zdrowo poczochrany.

Z: - Jakbyś powiedział "w komunie", to byłbyś bliżej prawdy.

F: - Wolę jednak pozostać przy tej nomenklaturze, bo uważam, że jest barwniejsza.

Panie Zygmuncie, to jak było z tą sektą?

Z: - Mieszkałem kiedyś w Berlinie Zachodnim i spędzałem czas z "towarzystwem mieszkaniowym". Była to grupa przyjaciół, która postanowiła razem zamieszkać. Wspólne prowadzenie gospodarstwa, gotowanie, pranie, wspólne rozmowy, przebywanie ze sobą - coś na zasadzie rodziny. Wieczorem było omawianie problemów sercowych, jeśli takowe u kogoś występowały.

F: - I ojciec nie wytrzymał już słuchania o problemach sercowych.

Z: - I dlatego musiałem stamtąd uciec. Czasami za bardzo wchodziło się w intymne tematy, które z definicji są osobiste, co mi nie pasowało. Choć powiem szczerze, że na samym początku roztrząsanie takich problemów na forum publicznym było bardzo ciekawym doświadczeniem.

Dziś, kiedy siedzicie całą rodziną przy wspólnym stole, to są jakieś ogniska zapalne, które natychmiast prowadzą do konfrontacji? Może polityka?

F: - Na szczęście cała rodzina co do jednego jest zorientowana w tę samą stronę, w związku z tym każde święta przebiegają całkiem miło.

Z: - Tematy, które prowadzą do konfrontacji są bardzo zawężone.

F: - I skupiają się na wszystkim, co ma przedrostek "agro". Chodzi o ziemię, rośliny i tak dalej.

Z: - Ja jestem doświadczonym ogrodnikiem i sadownikiem.

F: - Nie jesteś doświadczonym ogrodnikiem, tylko kosiarzem, działasz w jednej drużynie z ministrem Szyszko, którego akurat nie darzę największą sympatią. Przycinać, wycinać, trawa równo przystrzyżona, ogród anielski - to jest właśnie ojciec. Ja natomiast jestem fanem nieładu. Dla mnie natura powinna pozostać w takiej formie, w jakiej ją zastałem.

F: I dlatego Filip postanowił, że na jego działce będzie ścisły rezerwat przyrody.

Skoro jesteśmy przy temacie ziemi, to chciałem zapytać pana Zygmunta, dlaczego nie pozwolił się pan synowi zbudować na swojej działce?

F: - Co najlepsze - najpierw mi pozwolił, ale później się rozmyślił. Zacznijmy od tego, że chciałem zmienić mieszkanie na większe, ale okazało się, że ceny w Wilanowie, na którym mieszkam są horrendalne. Za te pieniądze można spokojnie kupić dom, więc wybrałem tę opcję. Upatrzyłem sobie niedaleko stąd gotowy dom, a w związku z tym, że ojciec zbudował i wytapetował pół Berlina Zachodniego, to wziąłem go, żeby ocenił fachowym okiem.

Z: - Dokładnie wybudowałem dwa domy...

F: - No przecież mówię. No i ojciec tak patrzy, patrzy, mówi, że w sumie jest OK, ale może chciałbym się zbudować tam, gdzie on ma dom i działkę pod Warszawą. Mówię: nie no, gdzie ja tam będę jeździł, poza tym to jest twoje, nie. Minął tydzień i zrobiłem tabelkę plusów i minusów, no i więcej plusów wyszło mi przy tej ojcowej działce. Myślę sobie - super. Podekscytowany dzwonię do ojca i mówię: Słuchaj, przyjmuję twoją propozycję. Buduję! Na co ojciec: Ale ja się rozmyśliłem.

Z: - Nie może być dwóch gospodarzy na jednej działce.

F: - Ja z kolei mam jeszcze jedną cechę, że się bardzo szybko napalam. I jak już się napalę, to nie lubię odpuszczać. Na szczęście okazało się, że sąsiednia działka koło ojca jest na sprzedaż, więc rodzina nadal będzie ze sobą rozmawiała.

Z: - Będziemy bardzo bezpiecznymi sąsiadami, bo jest między nami jeszcze jedna, wąska działka.

F: - Aczkolwiek sąsiedzi z tej działki obawiają się, że czeka ich Anschluss pod eksterytorialny korytarz komunikacyjny... Przemyślimy to.

Która z działek jest atrakcyjniejsza?

F: - Zależy, jak na to spojrzeć.

Z: - Moja, bo jest zadbana, a u Filipa jest rezerwat. Natomiast przyjdzie taki czas, że on również zacznie wycinać.

F: - Chyba w snach.

Popularność ma więcej plusów czy minusów?

Z: - Zdecydowanie plusów. Chyba pracujemy po to, żeby być popularnym.

F: - No nie wiem... Ja pracuję, bo mam z tego zdrowy fun.

Z: - Ale co byś zrobił, gdyby cię nikt nie oglądał, choć pracowałbyś na oglądalność?

F: - Ale nie robisz tego tylko dla popularności.

Z: - Też.

F:-  A ja nie. Uważam, że robi się to, dlatego, że jest to fajne i cię jara. Zaś popularność i pieniądze to fajny bonus.

Z: - Wyobrażasz sobie kręcić reportaże do szuflady, których nikt by nie widział? Nie miałbyś z tego żadnej frajdy. To co robisz, musi mieć odbiorcę. Jeśli robisz to dobrze, to odbiorców masz wielu, a to przekłada się na popularność.

F: - Ale przede wszystkim ta praca musi cieszyć samego ciebie.

Z: - To prawda.

Popularność ma to do siebie, że rozdaje się mnóstwo autografów, a pan panie Filipie ma z tym problem...

F: - Nie lubię ich dawać, ale nie dlatego, że chodzę z zadartym nosem. Problem polega na tym, że mam stwierdzoną dysgrafię i dysleksję, a do tego jeszcze dysfunkcję lewego oka, czymkolwiek by nie była, dlatego też, kiedy podpisuję się "Chajzer", to tak bazgrolę, że zamiast "Chajzer", wychodzi "ch*j".

Teraz o trochę mniej przyjemnych sprawach. Pan panie Zygmuncie w czasach "Idź na całość" spotykał się ze zjawiskiem hejtu?

Z: - Wtedy nie było takiej anonimowości, bo nie mieliśmy Internetu. Czasami zdarzało się, że odebrałem niemiły telefon, albo przeczytałem chamski list. Z pewnością nie było to zjawisko takich rozmiarów, z jakim do czynienia mamy dziś. To jest nieprawdopodobne. Przy czym, ja nie wiem, czy tak się dzieje na całym świecie, czy tylko Polska jest takim krajem.

F: - Chyba jest. Niestety mam wrażenie, że jest to nasza cecha narodowa.

Z: - Zauważmy też, że w dużej mierze to niestety media są takim pośrednikiem karmiącym hejterów. Nie wiem, jakim prawem autor artykułu w jakimś portalu, zwraca się do mnie "Zygi". Co go uprawnia do nazywania mnie "Zygim"? Ja takich praw nikomu nie dawałem.

F: - Przecież to jest model biznesowy. Oni dzięki temu hejtowi żyją i zarabiają pieniądze.

Z: - Teoretycznie media za hejt nie odpowiadają, ale na pewno go prowokują.

F: - Kaczyński kiedyś powiedział o przemyśle pogardy. Tak, to jest prawdziwy przemysł pogardy. Portalom plotkarskim chodzi o skrajność, żeby wzbudzić w czytelniku złość.

Z: - Wstępniaki prowokacyjne najczęściej kończą się zdaniem "A co wy o tym sądzicie?".

F: - I wtedy wylewa się szambo.

Próbujecie panowie jakoś z tym walczyć?

F: - Walka z wiatrakami.

Z: - Ja nawet nie mam takich umiejętności technicznych, jakie ma Filip, gdzie może dopaść jednego czy drugiego.

F: - Jedyne, co pozostaje, to publikowanie danych. Na tę chwilę chyba nie ma skuteczniejszej metody. Ja w ogóle nie liczę, że dzięki temu hejt się skończy. Chcę jedynie uświadomić ludziom, którzy polubili moją stronę na Facebooku, jak źli potrafią być nasi sąsiedzi, osoby, z którymi żyjemy w jednym kraju. Z jakimi mendami możemy mieć do czynienia.

Popularność pomaga pomagać?

F: - Pewnie, że tak. Łatwiej jest wyciągnąć pieniądze na szczytny cel, kiedy masz znaną twarz i wśród swoich znajomych ludzi, którzy mają środki, żeby komuś pomóc. Bardzo często to wykorzystuję.

Co czuje pan w momencie, kiedy potrzebujących jest tak wielu, że wiadomo, iż większość z nich niestety tej pomocy od pana nie otrzyma? Bo w jakiś sposób musi pan przecież filtrować to, do kogo w pierwszej kolejności należy wyciągnąć rękę.

F: - Niestety jest to gigantyczny problem, z którym spotykam się, na co dzień. Każdego dnia dostaję grubo ponad 100 różnych wiadomości z prośbą o pomoc. Chore dzieci, psy, koty, spalone domy. Tego naprawdę jest mnóstwo. Dopiero wtedy człowiek sobie uświadamia, jak wielu ludzi codziennie spotyka tragedia. Mam też pełną świadomość tego, że nie pomożesz wszystkim. Trzeba to jakoś zaakceptować i skupić się na tym, co możesz zrobić.  Niestety częste pomaganie paradoksalnie ma też swoje minusy, bo jeśli codziennie będę nagłaśniał jakąś sprawę, to ludziom to spowszednieje i stracą tę swoją wrażliwość.

Ostatnio zaangażował się pan w akcję obcinania włosów przez dzieci w celu pomagania ich chorym rówieśnikom.

F: - Napisała do mnie mama dziewczynki o imieniu Zosia, która zapisała się do salonu fryzjerskiego "Czuprynki" na ścięcie swoich włosów, żeby następnie przekazać je dla dzieciaków z oddziałów onkologii. Zosia pytała przez mamę, czy wpadłbym na chwilę i z nią porozmawiał, bo bardzo chciała mnie poznać. Na tyle mnie to poruszyło, że wrzuciłem to na swój profil, by pokazać, że rodzice z dzieciakami pięknie angażują się w pomoc. Zaczęli się do mnie zgłaszać kolejni rodzice ze swoimi dziećmi, dlatego razem z "Czuprynkami" wymyśliliśmy, że 1 czerwca będę w salonie od rana do wieczora przybijał piątki z tymi wszystkimi, małymi bohaterami.

Panu panie Zygmuncie nie brakuje dziś tej popularności, której doświadczał pan prowadząc "Idź na całość"?

Z: - Nie mam z tym problemu. Poza tym ludzie wciąż mnie rozpoznają na ulicy i uśmiechają się do mnie, co jest bardzo miłe.

F: - Wszystkie dzieci z mojego rocznika pamiętają tego "Zonka".

Pisząc książkę, musieliście panowie sięgać pamięcią daleko wstecz. To było trudne zadanie, żeby przypomnieć sobie szczegóły sprzed kilkudziesięciu lat? Dla mnie świetnym rozdziałem jest ten, w którym pan Filip opowiada, jak za małolata po ilości szwów rozpoznawało się teoretycznie oryginalne czapki. Dopiero czytając tę książkę przypomniałem sobie, że faktycznie na podwórku liczyliśmy, kto, ile ma szwów na daszku.

F: - Ha! To było coś ekstra. Niesamowite uczucie, kiedy wraca się pamięcią do pojedynczych chwil z dzieciństwa i ma się przed oczami tak bardzo szczegółowy obraz tego, co się wtedy działo. Z ojcem spotykaliśmy się ponad dwa lata, w związku z tym to nie było tak, że za jednym zamachem wszystkie te wspomnienia wróciły.

Z: - Najczęściej siadaliśmy do konkretnego rozdziału i każdy z nas przypominał sobie jakieś szczątkowe momenty z życia, po czym padało "a pamiętasz, jak". I wtedy już pamięć wracała.

Powiedziecie panowie o jednej rzeczy, która w momencie, kiedy o niej myślicie, przenosi was w czasy dzieciństwa. Mam na myśli taki jeden bodziec, który przez te lata się nie zatarł.

Z: - Kij do hokeja. Kurczę, sami sobie te kije robiliśmy. Trzeba było znaleźć odpowiednią gałąź, żeby dało się z niej coś wystrugać.

F: - Dźwięk wczytywanej dyskietki. Tytyrytytyryty...

A wstawanie rano i oglądanie reklam zabawek na niemieckich programach telewizyjnych?

F: - O cholera! Faktycznie! Niemieckie reklamy zabawek! To był czad!

Na sam koniec chcę panów zapytać o wasze marzenia.

F: - Fajnie by było zrobić wspólnie z ojcem jakiś duży projekt telewizyjny. On miał swoją widownię, ja mam swoją, więc marzy mi się, żeby one spotkały się w naszym wspólnym programie.

Z: - Ja natomiast chciałbym namówić kiedyś żonę, żeby poleciała samolotem.

F: - Ojciec! Teraz już się odchodzi od latania z żonami.

Z: - Ale co ty opowiadasz?!

F: - No przecież ci mówię...

Rozmawiał Łukasz Piątek


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje