Daria Widawska: Mama musi być konsekwentna

Od siedmiu lat gra swoją najważniejszą rolę - jest mamą. I ma przed sobą cel - tak wychować syna, żeby był szczęśliwym człowiekiem.

Aktorka teatralna i filmowa. Najlepiej pamiętamy ją z seriali "Magda M", "39 i pół". Od trzech lat wciela się w energiczną prawniczkę w "Prawie Agaty". Prywatnie spełniona kobieta i mama. Jej syn Iwo ma 7 lat.

Reklama

Beata Biały: Dostajesz kwiaty i laurkę na Dzień Matki?

Daria Widawska: - Oczywiście. Ale nie jest to jakiś szczególny dzień, bo mąż uczy naszego syna, że kwiaty przynosi się również bez okazji. Zawsze jednak w święto matki dostaję piękny bukiet, zapewne pilnuje tego Michał. I oczywiście laurkę, którą rysuje dla mnie Iwo. Mam je wszystkie, z kilku lat. Szczególnie wzruszająca jest pierwsza laurka, syn nie umiał jeszcze pisać, ale koślawymi literami wysmarował: "Kocham moją mamę".

Gdy zostałaś mamą...

- Najpierw zrozumiałam, co to odpowiedzialność. Z czasem przyszedł lęk, kiedy Iwo zaczął chodzić i pierwszy raz się przewrócił. Wtedy uświadomiłam sobie, że ten lęk o niego już zawsze będzie mi towarzyszył. Tylko powody będą się zmieniać. Ostatnio martwiłam się, czy sobie poradzi w szkole, bo poszedł do pierwszej klasy. Na szczęście doskonale daje sobie radę. Bardziej ciąży mi odpowiedzialność, by wychować go tak, żeby dawał sobie radę w życiu. Ale nie martwię się na zapas, żyję od zadania do zadania i "odhaczam" te, które zostały wykonane. Było przedszkole, pierwszy dzień w szkole, a teraz czuwam, by nie przespać momentu, kiedy czegoś w szkole nie zrozumie.

A ty się zmieniłaś, kiedy zostałaś mamą?

- Zmieniła się organizacja dnia. Nagle część czasu musiałam poświęcić dziecku. Okazało się, że doba jest z gumy i choć czasu mam mniej, potrafię zrobić więcej. Wcześniej ten czas przeciekał mi chyba między palcami. Może spałam do 10? (śmiech). Na pewno się zmieniłam. Jestem dojrzalsza, odpowiedzialna i chyba bardziej empatyczna i wrażliwa na dzieci. Kiedyś wolałam, żeby były daleko ode mnie, dziś potrafią mnie wzruszyć i rozczulić w jednej chwili.

Nina Andrycz, z którą się przyjaźniłaś, mówiła, że aktorki nie rodzą dzieci, tylko role.

- Coś w tym jest. Bo jeżeli próbujesz połączyć udane życie zawodowe z życiem prywatnym, zawsze któreś cierpi. Nie ma tak, że możesz być idealną matką, żoną, gospodynią domową i spełnioną aktorką. Nie zawsze da się być tam, gdzie by się chciało. Jeśli moje dziecko ma 40 stopni gorączki, a ja nie mogę przerwać zdjęć, to tak naprawdę nie jestem ani w domu, ani w pracy, bo myślę już tylko o tym, jak najszybciej skończyć i wrócić do syna. Czasem też często omawiam ważne rzeczy z jego życia przez telefon, a wolałabym na żywo, więc cierpi i życie prywatne, i zawodowe.

Nie posłuchałaś wielkiej gwiazdy?

- Przejechałyśmy z panią Niną pół Polski i Londyn ze spektaklem. Dużo czasu spędziłyśmy razem i mogłam czerpać z jej klasy, talentu i mądrości. Ale, ona żyła w innych czasach, świecie diw i prawdziwych gwiazd. Pewnie dlatego postawiła na karierę. Ja wolę mówić o drodze zawodowej, na której jestem bardziej wiarygodna w roli matki. Już nie muszę sobie wyobrażać emocji, które towarzyszą macierzyństwu, bo ich stale doświadczam. Zmieniło też moją wrażliwość na postrzeganie świata.

W czymś przypominasz swoją mamę?

- Bardziej niż moja mama jestem konsekwentna. Mama wprowadzała w moje życie dyscyplinę, ale czasem potrafiła odpuścić. Kiedy nie chciałam iść na muzykę, mówiła; "Idziemy na wagary" i nie musiałam iść do szkoły muzycznej, a ona do kancelarii. U mnie tak nie ma. Iwo ma obowiązki i żadna siła go z tego nie zwolni. Wprowadzam większy ład w jego życie. Mój syn, gdy wraca ze szkoły, mówi: "Mamo, odróbmy lekcje, bo potem będę miał wolne". I cieszę się, że go tego nauczyłam. Uważam, że trzeba wprowadzić pewne zasady i czasem od nich odstępować. Ale żeby odstępstwo nie stało się zasadą. Dziecko potrzebuje reguł, bo one dają mu poczucie bezpieczeństwa.

Co jeszcze masz po mamie?

- Czasami się wkurzam jak ona, gdy coś jest nie po mojemu. Czasem wybucham. Mój mąż nauczył się tę moją wściekłość przeczekiwać.

Mama pozwalała na wagary, ale też wymagała?

- Była mamą wymagającą, ale w mądry sposób. Zanim zamarzyło mi się aktorstwo, chciałam być prawnikiem, jak ona. Historia bardzo mnie interesowała. I kiedy z klasówki dostałam czwórkę, mama zapytała: "Przecież historia jest twoją pasją, dlaczego czwórka? Ja rozumiem, że z chemii masz trzy, że z matematyki masz cztery, ale z historii? Nie rozumiem." Bo uważała, że nie mogę mieć czwórki z przedmiotu, który mnie interesuje i z którym wiążę swoje życie zawodowe.

Musiałaś mieć starannie odrobione lekcje, porządek w pokoju i świadectwo z czerwonym paskiem?

- Z czerwonym paskiem świadectwo miałam tylko raz. Zawsze na przeszkodzie stało zachowanie, nie byłam aniołem i miałam obniżoną ocenę z zachowania, za gadulstwo na lekcjach. Nigdy nie byłam "wzorowa", a jedynie "wyróżniająca" i to też tylko dlatego, że nadrabiałam pracami społecznymi.

Mama była autorytetem?

- Ogromnym. Podziwiałam ją za intelekt, wiedzę, za to, że miała fantastyczny kontakt z młodzieżą, za nowoczesność, mądrość i za ogromną siłę. Ludzie chętnie czerpali z jej mądrości. Czasem wkurzało mnie to, że przychodzą ze swoimi problemami do naszego domu w Gdyni, a nie do kancelarii, która była w Gdańsku, bo "zabierali" mi mamę.

Liczyła na to, że też zostaniesz adwokatem i przejmiesz kancelarię?

- Pewnie tak. Gdy powiedziałam, że chcę być aktorką, popłakała się. Mój ojciec ratował sytuację: "Przestań płakać. Dziecko chce być aktorką, pozwólmy mu spełniać marzenia".

Dzięki jej pracy możesz za to być lepszym adwokatem w "Prawie Agaty". Zdarza Ci się mówić: "Tak to nie wygląda w prawniczej rzeczywistości"?

- Na pewno nie znam kodeksów, ale rzeczywiście znam zachowania prawników. Zdarzyło mi się czasem "wymądrzać" w pierwszych dwóch seriach.

Potrafisz nie rozpieszczać swego syna?

- Oczywiście. W naszym domu jest na przykład zasada, że nie dostajemy prezentów bez powodu. I Iwo nie zrobi mi afery w sklepie z zabawkami, że chce kolejne pudło klocków Lego, bo wie, że ich nie dostanie. I wie, że to nie jest wyznacznik tego, jak bardzo go kocham. Czasem łamię tę zasadę i mu coś kupuję, gdy na przykład wybieramy prezent dla kolegi na urodziny. Mówię: "Możesz sobie coś małego wybrać". I wybiera szczęśliwy małą rzecz, a nie pudełko za pięćset złotych.

I nigdy nie wchodzi Ci na głowę?

- Cały czas próbuje (śmiech). Czasem jest w stanie coś ze mną załatwić. Ma już nawet swój sposób na mnie. Robi wtedy smutne oczy kota ze Shreka i jestem urobiona. Ale też nigdy się nie targuje, nie idzie do ojca, gdy ode mnie usłyszy odmowę.

Co jest najtrudniejsze w wychowaniu?

- Konsekwencja i cierpliwość. Dzieci lubią ją sprawdzać.

Ciężko jest być zapracowaną mamą?

- Pewnie, że nie jest łatwo. Udaje się, bo mam fajnego partnera, z którym dzielimy obowiązki. Kiedy ja wychodzę wieczorem na spektakl, to Michał sprawdza lekcje, kładzie spać naszego syna, czyta mu bajkę na dobranoc. Albo kiedy wyjeżdżam ze spektaklem w Polskę, ciężar opieki nad dzieckiem spada na niego. Nasze kalendarze są ze sobą wręcz zsynchronizowane. Bez niego nie dałabym rady. Oczywiście też zajmuję się domem. Dziś na przykład miałam wolny dzień i ugotowałam trzy różne dania: wołowinę, kotlety mielone i tartę szpinakową. Zaraz idę na spektakl. Ale za chwilę zaczną mnie przeklinać, bo skończę zdjęcia do siódmej części "Prawa Agaty" i będę więcej siedziała w domu i ustawiała ich na swoją modłę (śmiech).

Miałaś takie momenty, kiedy myślałaś: "Dłużej nie wytrzymam. Spadam"?

- Ja dlatego tak dużo pracuję (śmiech). Praca jest moim odpoczynkiem. A wszystko dzieje się pod płaszczykiem, że jestem w pracy i zarabiam pieniądze. W pracy nie myślę, że trzeba ugotować obiad, zrobić pranie, popłacić rachunki, zrobić niezbędne zakupy.

Powiedziałaś kiedyś: "Syn jest najważniejszy. Jest nadrzędny nad wszystkim". Strącił męża z piedestału?

- Nie. Mój mąż jest najważniejszy, bo gdyby nie on, nie byłoby mojego dziecka. Mówiłam to raczej w kontekście organizacji zwykłego dnia.

Rodzicielstwo zmienia relację między kobietą a mężczyzną?

- Na pewno dziecko wiąże jeszcze bardziej małżonków. Ale sama relacja między nami się nie zmieniła.

I oprócz bycia mamą i tatą macie jeszcze czas być żoną i mężem?

- Bardzo tego pilnujemy. Przynajmniej raz w roku wyjeżdżamy gdzieś we dwoje na randkę. Wtedy jesteśmy tylko dla siebie. To bardzo ważne, by pobyć tylko ze sobą. To nasz święty czas.

A masz czas dla siebie? Co ostatnio egoistycznie zrobiłaś tylko dla siebie?

- Kompletnie tego nie potrzebuję. Zwykła wizyta u fryzjera sprawia, że dostaję szału. Mam poczucie straconego czasu, więc zwykle biorę ze sobą scenariusz i uczę się swoich kwestii. Mój mąż twierdzi, że aż do przesady wykorzystuję każdą wolną chwilę.

A czas na spotkania z przyjaciółkami i znajomymi?

- Pielęgnuję znajomości i przyjaźnie. Raz na jakiś czas spotykam się z moimi przyjaciółkami, z którymi tworzymy "Klub księżniczek". Jest w nim między innymi Joasia Brodzik, Małgosia Lipman czy Marzenka Rogalska. Zakładamy korony, gadamy jedna przez drugą o tym, co się wydarzyło, jemy smaczne rzeczy, pijemy i rozstajemy się w "oczyszczeniu". Ale przyjaźnię się też z Agnieszką Dygant, którą dość późno spotkałam na swojej zawodowej drodze, a zrozumiałyśmy się od pierwszej chwili. Ale chyba największa jest we mnie potrzeba bycia samą. Samotność stała się luksusem. Lubię dni, kiedy nie mam zdjęć, Iwo idzie do szkoły, Michał do pracy, a ja zostaję sama w domu. Jest cicho, mogę niespiesznie wypić kawę, poczytać książkę lub... zrobić zaległe pranie. Czasem myślę, że mogłabym być kobietą domową. Przynajmniej przez pewien czas (śmiech).





Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje