Dla niej zrobię wszystko!

Za co kocha żonę, a czego nigdy by jej nie wybaczył? Co sądzi o polskim show-biznesie? I czy to prawda, że boryka się z problemami finansowymi? Aktor odpowiada na niewygodne pytania!

Do kin właśnie wszedł film "Gang Wiewióra" z pana udziałem. Dzieci już widziały?

Reklama

- Jeszcze nie, ale zobaczą. Mają to obiecane.

Jakie są zalety późnego rodzicielstwa?

- Dziś ojcostwo jest bardziej komfortowe. Kiedy moja obecnie 25-letnia córka Anastazja była malutka, biegałem z nią do pracy, sadzałem w teatralnym bufecie i gnałem na próby. Musiałem wiele rzeczy pogodzić. Wszystko działo się szybko. Teraz, kiedy mam taką możliwość, biorę dwa tygodnie wolnego, żeby być z dziećmi. Wtedy wieczorami razem z Edytką kąpiemy maluchy i kładziemy je spać. Obserwuję, jak dorastają. Moja Amelia zna już wszystkie literki. Mały też, bo po niej papuguje. Zaczynają zadawać pytania, a ja cieszę się, że jestem, żeby na nie odpowiedzieć i nauczyć je świata.

Jako tata nie powiedział pan ostatniego słowa?

- Często tak odpowiadam, gdy koledzy pytają mnie, czy chcemy mieć jeszcze jedno dziecko. Mam też przygotowaną inną odpowiedź: "Zapytajcie Edytkę, bo to ona powinna się z tym śpieszyć. Kiedy się zestarzeję, to mogę wszystko zapomnieć". Ale najładniej na to pytanie odpowiedziała kiedyś moja żona: "Ale jak to? Miałabym już nigdy nie nosić pod sercem dziecka, nie czuć go w moim łonie? I nie przeżywać tego pięknego stanu? A potem nie karmić maleństwa własną piersią?". Myślę, że dla kobiety ciąża to naprawdę błogosławiony stan. Chciałbym, żeby Edytka jeszcze go doświadczyła.

Jakie są pańskie dzieciaki?

- Dzieci to jest kosmos. To jest takie zwierciadło, w którym się człowiek przegląda. Dzieci zmuszają nas do znalezienia odpowiedzi na podstawowe pytania.

O co pytają?

- Córka interesuje się teraz organizmem ludzkim. Ma książkę, w której człowiek jest rozebrany na części - układ kostny, mięśniowy, nerwowy. Można każdy element zobaczyć i o nim przeczytać. Amelka jest bystra, więc chce znać wszystkie ciekawostki. Ja też się przy okazji dowiaduję wielu ciekawych rzeczy. Ostatnio np., że 70-letni człowiek ma już za sobą 20 lat snu. Podobno rok spędzamy w łazience, a cztery i pół roku jemy. Moja córka już to wie. Fajnie, że są takie edukacyjne książki i filmy, dzięki którym dziecko poznaje świat. Ona lubi też stary serial animowany "Było sobie życie", w którym można zobaczyć, jak to jest, że krew płynie, a serce bije. Oczywiście Amelce najbardziej podoba się odcinek o tym, jak się rodzi człowiek. Na razie to dla niej czarna magia (śmiech).

Co pan robi, żeby uszczęśliwić żonę?

- Wszystko!

Ostatnio zmieniła image. Podoba się panu jako brunetka?

- Edytka zawsze mi się podoba. Fajne jest to, że wy, kobiety, możecie się ciągle zmieniać, kombinować. Gdy macie gorszy dzień, idziecie do fryzjera, coś tam sobie poprawiacie i od razu czujecie się lepiej. My, faceci, musimy dłużej popracować nad tym, żeby zmienić wygląd. Co najmniej trzy miesiące na siłowni. No bo przecież pasemek sobie nie zrobimy na poprawę nastroju. A Edytka wygląda pięknie, chociaż mnie najbardziej kojarzy się z blond włosami. Pamiętam, że na początku związku budziłem się rano, ona jeszcze spała, a ja patrzyłem jak spod kołdry wystaje tylko jej głowa - mój biały łebek. 

Pan też się zmienił. Na Facebooku widziałam pana zdjęcie bez koszulki. Robi wrażenie.

- Zrobiłem je, bo było dobre światło (śmiech). Tak naprawdę zawsze dbałem o siebie i uprawiałem sport. Moje ciało jest elastyczne. Trzy razy w tygodniu chodzę na siłownię.

Podpowiada panu Ania Lewandowska?

- Od czasu do czasu, gdy się spotkamy, o coś ją zapytam, ale nie jest tak, że stoi nade mną i mnie trenuje. Kiedyś rozmawialiśmy o tym, jak zrzucić brzuch, zdradziła mi kilka patentów. Potem znajomi bokserzy dodali swoje dwa grosze.

Zdradzi pan, jak to zrobił?

- Wcale nie chodzi o to, żeby się katować morderczymi ćwiczeniami. Kluczem jest systematyczność. A bokserzy zdradzili mi, że najlepsza jest skakanka. Jeśli ci się nie chce ćwiczyć, skacz na skakance, bo ona zbija mięśnie.

A przepis na udany związek pan ma?

- Nie ma czegoś takiego jak gotowy przepis. Myślę, że najważniejsza jest miłość.

Kocha pan żonę bo...?

- Bo ona mnie kocha.

A pomimo?

- Pomimo tego, że jest ode mnie młodsza o 25 lat. Miłość jest najważniejsza, ona nie szuka poklasku i nie znosi zdrady. Edytka powiedziała mi kiedyś, że zdrady by mi nigdy nie wybaczyła. Ja uważam podobnie. Wszystko inne przetrwamy.

Często zabiera pan głos w ważnych sprawach społecznych i politycznych. Pojawiły się głosy, że jako naczelny kabareciarz nie powinien pan głosić swoich poglądów.

- A czy ja robię komuś krzywdę? Nie wydaje mi się. Czy to się komuś podoba czy nie, mam swoje poglądy, których się nie wstydzę.

Interesuje się pan polityką?

- Jak każdy Polak mam jakieś zdanie na dany temat, ale nie mam na politykę większego wpływu. Niestety, żyjemy w czasach, gdy polityka sobie, a my musimy płacić podatki.

Afera taśmowa panem wstrząsnęła?

- Nie mam stosunku. Wiem tyle, że to, co się stało, to afera medialna.

Edytę bardzo ostatnio poruszył wypadek w Rybniku, gdzie w upalny dzień zmarła dziewczynka zamknięta w aucie.

- Edyta jest wrażliwą osobą. Rozumiem jej odruch. Bardzo się tym przejęła i chce zrobić wszystko, by zapobiec kolejnym tragediom. Ona zagląda do samochodów na parkingach. Gdy słyszymy, że dzieciom dzieje się krzywda, jesteśmy poruszeni, bo zaraz widzimy siebie i swoje dzieci w takiej sytuacji.

Chodzi pan wciąż na castingi?

- Jeszcze kilka lat temu myślałem, że aktor z moją pozycją nie będzie musiał się martwić o swoją przyszłość w zawodzie. Okazało się, że jest inaczej. Bo w Polsce rok, dwa przerwy może się okazać gwoździem do trumny. Nigdy nie potrzebowałem agenta. Bo Cezary Pazura to była firma. W tej chwili korzystam z usług profesjonalnej agencji ZA. Oczywiście sam też staram się dbać o wizerunek. Zajmujemy się tym z żoną. Bo wierzę, że kobieta kieruje się w życiu rozumem, a mężczyzna sercem.

Powiedział pan: "Czekam aż ktoś się odważy mnie obsadzić w innym emploi. Choć w to wątpię". Walczy pan o wyjście z szufladki komika?

- Podejmuję próby. Ostatnio byłem na zdjęciach próbnych do poważnej roli w filmie u znanego reżysera. Długo czekałem na odpowiedź i wreszcie przyszła odmowna. Będę czekał i dalej walczył. W Ameryce jest inaczej - Jim Carrey, który się latami wygłupiał, nagle dostał poważną rolę i świat zamarł. Po co szufladkować?

U nas aktor, który jest na fali, gra we wszystkim.

- Mamy mody na wszystko. Kiedy zrobiliśmy "Psy", potem wszyscy chcieli robić filmy policyjne. Gdy "13. posterunek" okazał się hitem, producenci żądali: "Zróbcie mi coś podobnego". A dziś, kiedy już wchodzi moda na gotowanie, filmy, seriale i programy są o gotowaniu. I to na wszystkich stacjach!

Dlatego został pan producentem?

- Zrobiliśmy dotąd dwa filmy. Ale mnie ciągnie do aktorstwa. Tylko co? Jeśli nie dostaję ról, to sam się mam obsadzać? Nie jestem Woodym Allenem. Zresztą w Polsce to niemożliwe. Jakby ktoś to zrobił, zostałby ukamienowany. W świecie sportu jest podobnie - jeżeli coś się komuś uda, to go uwielbiamy. Ale to trwa krótko. Jak z Lewandowskimi. Talent i umiejętności Roberta są poza dyskusją. A jednak już zaczyna się hejt.

Pana też dotknęła internetowa nienawiść?

- Tak. I powiem, że ciężko jest o sobie czytać rzeczy nieprzyjemne. Myślałem, że jestem już na to uodporniony. Ale kiedy czasem coś na swój temat przeczytam, to mi się żyć odechciewa.

Niebawem zagra pan w nowym serialu.

- Tak, w polsatowskim "Powiedz tak" gram złego ojca. Ostatnio zagrałem też gościnnie w serialu "Ojciec Mateusz". Zobaczyłem Artura Żmijewskiego, z którym ostatnio widziałem się na planie "Psów 2". Mówię mu: "Popatrz Artur, a dopiero strzelaliśmy z pistoletów do mafii rosyjskiej. A teraz ty w sutannie na rowerze w Sandomierzu!". Mieliśmy ubaw.

To prawda, że regularnie dostaje pan propozycje udziału w programach rozrywkowych?

- Wielokrotnie miałem propozycję, by poprowadzić talk show. "Zrobimy coś takiego jak Wojewódzki, tylko lepiej", słyszałem. Odmawiałem. Bo uważam, że Wojewódzki, co by o nim nie mówić, jest mistrzem swego gatunku. Z wieloma jego poglądami się nie zgadzam, ale szanuję jego zawodowstwo. Można go stawiać za wzór do tego rodzaju działań. Zagrał też w teatrze, nie najgorzej. Byłem na spektaklu i przywitałem go tekstem: "Witaj, morderco puent". Bo on gra tylko te puenty, które mu się podobają. Nie zwraca uwagi na widownię - jak wielcy artyści.

A za co pan kocha Polskę?

- Za to, że dała mi możliwość wykonywania zawodu, który kocham. Pokazała, że warto marzyć. Pamiętam moje wypracowanie ze szkoły podstawowej: "Co będę robił, gdy będę miał 40 lat". Wiedziałem, że będę w innym millenium. Napisałem, że będę mieszkał na 11. piętrze wieżowca, będę miał trzy pokoje z kuchnią, psa wilczura i samochód Wartburg. Żony oczywiście miał nie będę, bo i po co? (śmiech).

Wiedziałem też, że będę miał telefon w domu. W tamtych czasach telefonów nie było. Kiedy mama zamawiała rozmowę z Pobierowem, czekała trzy dni. Oczywiście o komórkach nawet mi się nie śniło. Zabawne były też początki mojej kariery. Po występie podpisywałem 200 autografów i ktoś zrobił jedno zdjęcie, bo miał aparat. Dziś pozuję do 200 zdjęć i daję może jeden autograf. No bo po co komu autograf, jeśli może mieć selfie z Pazurą? 

Pańskie dzieci wychowują się w innych czasach...

- Ostatnio w jednym z moich występów powiedziałem taki żart: "Moje dziecko ma wspaniale, bo skończy filozofię, prawo, potem zrobi doktorat z fizyki kwantowej i będzie zarabiało ogromną kasę... jako szafiarka". W tych czasach młodzi ludzie chcą szybko i łatwo zarabiać pieniądze. A my dorośli nie wyprowadzamy ich z błędu. Proszę spojrzeć na reklamy.

Młodzi ludzie w rękach mają aparaty za kilka tysięcy, siedzą w drogich kawiarniach, potem pędzą na imprezę, gdzie drogi szampan leje się strumieniami. A nikt nie pokazuje, że na to wszystko trzeba zapracować. I to ciężko. Dlaczego nikt nie mówi, że reklama zawiera nieprawdziwe informacje? I nie wyjaśnia się ludziom, że sami powinni zadbać o swoje finanse i odkładać 10 procent z pensji?

Panu się udaje?

- No właśnie nie (śmiech).

Jaki jest pana stosunek do pieniędzy?

- Bojaźliwy. Pochodzę z rodziny, w której się nie przelewało. Tata był nauczycielem, mama pracowała w zakładzie w Niewiadowie. Tata bardzo chorował, mama musiała nas utrzymać i było nam piekielnie ciężko. Nie chcę narzekać. Oczywiście nie głodowaliśmy, ale bywało, że na obiad ciągle było to samo. Ziemniaki, ogórki i jajko sadzone, a czasem zsiadłe mleko, które pani ze sklepu dawała za darmo. To był posiłek, który jedliśmy przez całe wakacje. Bo jeśli była szynka, to się tacie do szpitala zanosiło. Bywało trudno.

To pewnie nie szasta pan pieniędzmi?

- Szastać może nie... Ale wydaję. Bo z jednej strony mam do nich bojaźliwy stosunek, ale z drugiej strony ich nie szanuję. No bo gdybym szanował złotego cielca, to jaki byłby ze mnie człowiek? (śmiech). Kiedy poznałem Edytkę, zapytała mnie: "A co ty tak te pieniądze wszystkim rozdajesz? Płacisz ludziom za wszystko, w restauracji pierwszy wyciągasz portfel?". A ja na to: "Bo mam". Jakbym nie miał, to bym tak nie robił. Ale przychodzi moment, kiedy trzeba zacząć liczyć. Całe życie bałem się biedy. Bo byłem wychowany w czasach, w których ludzie dostawali pensję, za którą nikomu do pierwszego nie stawało. Pod koniec miesiąca zaczynały się pożyczki. To był upokarzający element poprzedniego systemu. A gdy już wszystko było w milionach, to niczego nie można było kupić. Dzisiaj brzmi to absurdalnie - paczka zapałek kosztowała wtedy 40 tysięcy. Z drugiej strony wszyscy byliśmy milionerami (śmiech).

Powiedział pan kiedyś, że pieniądze to dla artysty problem. Dlaczego?

- Bo artysta nie powinien się nimi zajmować, tylko myśleć o sztuce. Laskowik mówił, że pieniądze nie powinny być dla niego celem. Powinny być w wagonach, ale za nim. Na początku się je gromadzi, a jeśli przyjdą podłe czasy, trzeba będzie spieniężyć to, co się da. My z Edytą właśnie sprzedajemy dom w Wilanowie. Sprzedajemy, bo musimy. Jest w tym coś smutnego, bo jeżeli się zacznie sprzedawać to, co się ma, co się zostawi dzieciom?

O czym pan marzy?

- Jak każdy ojciec o tym, by moje dzieci były zdrowe i szczęśliwe. Kolega zażartował kiedyś: "Patrz, na Titanicu oni wszyscy byli zdrowi, tylko im szczęścia zabrakło". Równie ważne jak zdrowie jest szczęście.

Tekst: Justyna Kasprzak

Dowiedz się więcej na temat: Cezary Pazura | Edyta Pazura

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje