Dlaczego oddalił się od Boga?

Z wielką miłością opowiada o ojcu i „genach dobroci”, jakie po nim odziedziczył. Nie kryje prawdy o swoich błędach i drogach, jakie w życiu musiał pokonać. A nie były one usłane różami.

Ojciec był dla niego kimś wyjątkowym. - Nigdy w życiu nie spotkałem już potem kogoś takiego. Miał wszystkie te cechy, które powinni mieć dobrzy ludzie: był wrażliwy, wielkiego serca i czuły jako ojciec. I miał głęboką wiarę - mówi Krzysztof Krawczyk o swoim ojcu Januarym.

Reklama

Ojciec piosenkarza był aktorem i śpiewakiem, między innymi łódzkiego Teatru Muzycznego. W czasach, gdy jeździł z występami, nieraz 15-20 dni w miesiącu był poza domem. Swoim synom starał się poświęcać tyle czasu, ile mógł. W dzieciństwie czytał im książki przed snem, przede wszystkim Sienkiewicza. Wcielał się w różne role, zmieniał głos. - To były najpiękniejsze dobranocki, jakie dane było mi przeżyć. Nam z Andrzejem ciągle tego czytania było mało! Nie było telewizji, radio było skromne. Chociaż pamiętam, jak ojciec słuchał Wolnej Europy z głową pod ręcznikiem, żeby sąsiedzi nie słyszeli - wspomina wokalista.

January Krawczyk uczył synów, co jest dobrem, a co złem i kto za tym stoi. Kiedyś do ich mieszkania zapukał bezdomny. To było w latach pięćdziesiątych. Ten człowiek tak strasznie śmierdział, nie mogli wytrzymać. Pan January zaprosił go do domu, kazał mu wejść do wanny, dał nowe rzeczy, obiad i jeszcze jakiś grosz na drogę. Bezdomny wyszedł oszołomiony, a wściekły Krzyś skoczył do taty: "Jak mogłeś! " Ojciec odpowiedział mu pytaniem: "A gdybyś ty był w takiej sytuacji?" - Dopiero po latach zrozumiałem, że zachowanie ojca było zgodne z nauką Chrystusa - mówi artysta.

Pan Krzysztof wie, że zawdzięcza ojcu nie tylko głos i talent, ale i "klucz genetyczny", dzięki czemu nie miał skłonności do zła. - Może trochę biliśmy się na ulicach. Czasami. Ale niegroźnie- uśmiecha się do dawnych wspomnień. Miał 13 lat, gdy zamieszkali z rodzicami i bratem w Łodzi na Brzeźnej. Obok ulice Abramowskiego, Orla, kiedyś dwa dość chuligańskie regiony, chłopaki chodzili tam z kastetami. Rozrabiali, ale najgorsza kara, jaka spotkała Krzysztofa od ojca, to było milczenie.

Idąc z kolegą na koncert Czerwono-Czarnych kupili dwa wina "patykiem pisane" - tanie i mocne. Postanowili napić się ze szkolnym woźnym i trochę im zaszkodziło. Narozrabiali potem, a woźny wydał dyrekcji, kto zanieczyścił boisko. Ojciec nic nie powiedział. Milczał... Nastoletni Krzysztof wylądował w liceum dla pracujących. Gdy zdawał maturę, ojca już przy nim nie było. Zmarł, gdy przyszły gwiazdor miał 18 lat.

Do dziś piosenkarz pamięta, jak mama wysłała go, by ogolił ojca, który leżał w szpitalu po operacji nowotworu. - Zastałem puste łóżko, tata już nie żył. W moim sercu zrobiła się dziura, która jest do dziś. Śmierć ojca była katastrofą dla rodziny i na pogrzebie krzyczałem, że Boga nie ma - wspomina. Przestał chodzić do kościoła.

Po 25 latach zaprowadziła go tam dopiero druga żona, Ewa. Dziś jest człowiekiem bardzo wierzącym. Często wyrzuca sobie, że nie był dla swojego syna takim tatą, jak jego ojciec dla niego. - Przede wszystkim dlatego, że jeszcze częściej niż mojego ojca nie było mnie w domu. I w przeciwieństwie do mojego ojca, nigdy nie miałem stałej pracy. Nie umiałem też rozmawiać z synem i w Krzysztofie ten uraz braku rodziny pozostał. To jedno naprawdę mi się w życiu nie udało. Ktoś mi wytłumaczył, żebym sobie nie obciążał sumienia, bo przede mną była wspinaczka po szczeblach piosenkarskiej kariery. Pan Bóg jakoś tak tym pokierował, że wszystko mi w życiu wyszło, ale ofiarą został mój syn. Pocieszam się tylko, że wielkim wsparciem dla Krzysia była moja matka, a mój ojczym... ojcem.

Bożena Chodyniecka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje