Dolce jest vita

Nadpobudliwy. Kocha za mocno, żyje za szybko. W Polsce musi hamować swój apetyt na emocje. Tu w Rzymie, pędząc na skuterze wokół Koloseum, jest sobą. Dużym chłopcem, który jak mało kto umie się cieszyć życiem.

Siódma rano. 29 stopni w cieniu. W Pałacu Apostolskim okna na ostatnim piętrze są otwarte. - To sypialnia papieża. Od Ojca Świętego dzieli nas tylko trzysta metrów - pokazuje Borys, przeciągając się w apartamencie przy Via di Porta dei Cavalleggeri. Tu, u swojego przyjaciela Carmello, spędził pierwszą po kilku latach noc w Rzymie. Cały jest "made in Italy". Włoskie buty z kultowego sklepu Loco, pasek Dolce&Gabbana. I okulary retro identyczne z tymi, jakie miał Gregory Peck w Rzymskich wakacjach. - Ragazzi - zwraca się do ekipy z "Twojego STYLU" - espresso doppio i andiamo (podwójne espresso i ruszamy). Roma czeka.

Reklama

Za co kochasz Rzym?
Borys Szyc: Chyba w poprzednim wcieleniu byłem Włochem. Osiem lat temu przyjechałem tu po raz pierwszy. Nie zapomnę zapachu tysiącletniej posiadłości, w której się zatrzymaliśmy, domowego wina, jagnięciny na kolację, którą podano pośród metrowych krzewów bazylii. Przed dyplomem na Akademii Teatralnej nasz rok zaproszono do szkoły w Reggio di Calabria. Studencka wymiana. Carmello, syn właściciela szkoły, to do dziś mój przyjaciel. Włosi zafascynowani Grotowskim pokazywali nam zajęcia z tańca, pantomimy. My śpiewaliśmy góralskie pieśni Moniuszki Hej, Janicku, Na szkle malowane. Wieczorami, pijając wino w bazyliowym ogrodzie z przyjacielem Andrzejem Andrzejewskim, mówiłem: "Czasem czuję się jak kolorowy ptak wśród wróbli. Ja się chyba urodziłem w Polsce przez pomyłkę. Jestem podobny do tych Włochów wokół. Cieszą się, jak jest za gorąco i jak leje deszcz. Polskie marudzenie mnie dobija".

Z Kalabrii pojechałeś do Rzymu?

Kilka dni później, przeciskając się przez tłum o czwartej rano nad Tybrem, poczułem: Mógłbym tu zostać - grać za paręnaście euro, być ulicznym artystą. To był środek tygodnia, a ludzie szaleli jak w weekend. Dla Włochów doba jest za krótka. Oni chcą przeżyć trzy dni w jeden, siedem żyć w jednym życiu. Ja też kładę się spać z myślą: "Eee, może coś bym jeszcze zmajstrował". Podoba mi się, że tu nic nie jest przewidywalne. Poddajesz się strumieniowi, nie wiesz, jaką drogą pójdziesz. Jak dziś: może wylądujemy w lokalnej knajpce, gdzie jeszcze jako kardynał jadał Jan Paweł II, żeby chwilę później trafić do nabitego klubu Gilda, ulubionego miejsca VIP-ów; bywa tu Robert De Niro, Kate Moss, a w końcu do klubu jazzowego Big Mamma. Ten rytm, nieprzewidywalność mi odpowiadają. Także to, że Rzymianie nie chcą dorastać. Wiedzą, że życie ma smak, jeśli patrzysz na nie oczami dziecka - ono owszem popełnia błędy, ale także się zachwyca. Nie odczuwa frustracji, depresji, rutyny.

Dowiedz się więcej na temat: apetyt | koloseum | tłum | szkoły | espresso | miłość | kochać | wino | dziadek | Borys Szyc | Rzym | córka | dolce | borys

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje