Dopóki śmierć nas nie rozłączy

- Mąż z żoną wstają z łóżka, jedzą śniadanie, a on już myśli o tym, że za godzinę przyjdzie wynajęty morderca, który ją zabije. A zabije dlatego, że po wielu latach szczęśliwego pożycia, coś się w ich małżeństwie popsuło - o zbrodniach z miłości opowiada Helena Kowalik, specjalistka od reportaży sądowych, autorka książki "Miłość, zbrodnia, kara" .

Aleksandra Suława - W południe idzie pani do sądu. Kolejne zabójstwo z miłości?

Reklama

Helena Kowalik: - To historia z innej bajki, chociaż była w niej śmierć i było uczucie. Pewna kobieta miała chorego ojca. Pracowała jako sprzątaczka, wiecznie brakowało jej pieniędzy i była już udręczona opieką nad osiemdziesięcioletnim schizofrenikiem. W końcu poznała pewnego mężczyznę, zakochała się i postanowiła wyjechać z nim na trzytygodniowe wakacje. Wokół łóżka ojca dziewczyna rozłożyła jogurty, ścinki wędlin, butelki mleka, pasztety, postawiła też wiadro, do którego miał się wypróżniać. Zamknęła go w mieszkaniu i wyjechała. Kiedy wróciła, ojciec nie żył. Zmarł z zagłodzenia. Została oskarżona o przyczynienie się śmierci tego chorego.

Straszne.

- Z jednej strony straszna jest ta śmierć, a z drugiej - straszny jest dramat kobiety, jej wieloletnie udręczenie, w którym nikt nie chciał jej ulżyć, bo z zewnątrz wydawało się, że przecież "jakoś daje radę". I jak tu ją teraz osądzić?

Śledzi pani takie dramaty od lat. Co panią ciągnie do takich historii?

 - To, jak życie jest skomplikowane. Splot emocji. Może trochę mrok duszy ludzkiej. Osoby, które obserwuję w salach sądowych, to tacy zwyczajni ludzie. Zobaczyłaby ich pani na ulicy i nigdy nie powiedziała, że są zdolni do popełnienia zbrodni. Zawsze mnie zastanawia, jak to się dzieje, że ktoś za najlepsze wyjście uznaje odebranie życia najbliższej osobie? Wstrząsają mną ostatnie tygodnie, dni, chwile tych par. Na przykład: mąż z żoną wstają z łóżka, jedzą śniadanie, a on już myśli o tym, że za godzinę przyjdzie wynajęty morderca, który ją zabije. A zabije dlatego, że po wielu latach szczęśliwego pożycia, coś się w ich małżeństwie popsuło.

Fantazjuje pani, czy to prawdziwa historia?

 - Prawdziwa. Ci ludzie przez lata byli zgodnym małżeństwem, ale kiedy odchowali już dzieci i zostali tylko we dwoje, okazało się, że każdy jest sobie i właściwie powinni się rozwieść. Ale mąż zamiast wypełnić pozew, zaczął kalkulować. Mają M4, nie uda się bez dopłaty podzielić mieszkania na dwie kawalerki. Ze sprzedaży lokum pewnie też nie byłoby kokosów, więc prościej jest całkowicie pozbyć się żony. No i się pozbył.

Powód tak błahy, że aż absurdalny.

 - W takich chwilach sąd uzasadniając wyrok mówi, że "nie mógł dociec motywu".

Powieści kryminalne nauczyły nas, że co jak co, ale motyw w zbrodni być musi ...

 - Ale te prawdziwe zbrodnie są jakieś takie nieliterackie. Gdybym ja przymierzała się do napisania kryminału, raczej nie inspirowałabym się życiem, tylko wymyśliła coś bardziej efektownego. Kto by chciał czytać o czymś, co można streścić w zdaniu: "Otworzyła szufladę z nożami i niewiele myśląc dźgnęła go w pierś". I koniec historii.

Jak to "koniec", przecież potem jest proces.

 - To zaskakujące, ale wielu morderców o nim nie myśli. A przecież często sprawcami są osoby wykształcone, w przypadku których nie może być mowy o nieznajomości przepisów prawa. Obserwowałam kiedyś sprawę, która wydaje mi się tak absurdalna, że aż ściskająca za serce. Dziewczyna kończąca studia prawnicze mieszka z chłopakiem. On jest kelnerem, po podstawówce, ale kochają się, rozumieją, mimo różnicy intelektualnej. Pewnego wieczoru idą na grilla do znajomych. On, jak zwykle, wypija o jedno piwo za dużo, co zawsze ją denerwowało. Wracają do domu, w kuchni dochodzi do awantury. Ona mu wypomina, że pije, miga się od pracy, nie przynosi pieniędzy do domu. Nagle sięga po nóż i uderza chłopaka w okolice serca. Jest przekonana, że tylko go drasnęła, przeprasza, dezynfekuje rankę. Kładą się razem do łóżka i żadne z nich nie zdaje sobie sprawy, że chłopak umiera. Nad ranem on wzywa pogotowie, mówiąc, że nadział się na nóż. Układają razem historyjkę, która ma dać jej alibi. Jego zabiera karetka, ona zostaje w mieszkaniu i zabiera się za sprzątanie - pierze zakrwawione ręczniki. Pralka jeszcze chodzi, gdy w drzwiach staje policja. Dziewczyna zostaje oskarżona o morderstwo. Po wyjściu z więzienia chodzi na jego grób i układa serce z czerwonych róż.

Tak szczerze, to myślałam, że będziemy rozmawiać głównie o takich historiach - romantycznych dramatach. Przecież sformułowanie "zbrodnia z miłości" brzmi jak kwintesencja romantyzmu.

 - Historia tej dwójki to fenomen. Na ogół w procesach, które obserwuję, miłość jest tylko na początku; znajduję jej ślady, ale o sprawie dowiaduję się, kiedy jest już tylko narastająca nienawiść. Może nie powinnam generalizować, ale po latach obserwacji zaczęłam dostrzegać w tych zbrodniach pewne punkty wspólne. Wyszło mi, że przyczyną większości nieszczęść jest niedopasowanie. Ludzie budują związki byle jak. Ona bierze faceta z ulicy, on pierwszą lepszą dziewczynę, a potem okazuje się, że nie mają ze sobą nic wspólnego.

Taki przykład: kobieta, właścicielka gospodarstwa agroturystycznego, potrzebuje w jednej osobie stajennego, pomocnika, parobka i kogoś, kto pomoże jej w prowadzeniu dochodowej działalności. Znajduje mężczyznę, który jest w stanie sprostać tym wymaganiom. Najpierw jest dobrze i w łóżku i w interesach, ale z biegiem lat okazuje się, że nie mają ze sobą o czym rozmawiać. W końcu ona wystawia mu walizki za próg. On po jakimś czasie wraca i mści się, podpalając ją we śnie.

To nie jest skrajność? Znam masę par, które nie mają o czym rozmawiać, ale nie uciekają się do zbrodni.

 - Sąd jest soczewką ludzkich dramatów i to zagęszczenie może prowadzić do niesłusznego osądu, że cały świat jest taki. W życiu pewnie jest wiele szczęśliwych par, które związały się, nie badając swojej przeszłości i są razem po dziś dzień. Ale są też takie, u których trwające latami niedopasowanie, rozgoryczenie, rozczarowanie sprawia, że relacji nie sposób już naprawić. Nie potrafią się wyplątać z sytuacji, w która sami się wpędzili. I tak dochodzi do tragedii.

Według policyjnych statystyk, o ile ogólnie liczba morderstw maleje, o tyle wzrasta liczba zbrodni popełnianych z miłości. Ma pani jakąś teorię na ten temat?

 - Znak czasów. Kiedyś dom był azylem, najważniejszym, ale nie jedynym. Ukojenie można było znaleźć u rodziny, czy przyjaciół. Dzisiaj ten azyl stał się twierdzą, w której ludzie chronią się przed światem. Jeśli za postawionym murem coś idzie nie tak, nie ma już dokąd uciekać. Bo gdzie? Do wrogiego świata na zewnątrz? Brakuje miejsc i sposobów, w których można by rozładować emocje, ludzi, którzy by doradzili, co robić. I w takim zapętleniu, w desperacji, sięga się po ostateczne rozwiązania.

W mojej książce jest pewna młoda bohaterka, która za jedyną przyjaciółkę miała oswojoną fretkę. Dziewczyna przyjechała do Warszawy za pracą z odległej wsi, dzięki wytrwałości i determinacji jakoś się urządziła. Pisze w pamiętniku, że głaszcząc swoje zwierzątko dochodzi do wniosku, że jej związek z facetem, którego kilka lat wcześniej wprowadziła do wynajmowanego mieszkania jest bez sensu, to zmarnowany czas. On nie przykłada się do domowych wydatków, nie mówi, co robił cały dzień, czasem nawet podbiera jej pieniądze z portmonetki. Właściwie, nic o nim nie wie. A jednak dziewczyna nie zwierza się ze swych rozterek matce, ani komuś innemu, kto spojrzałaby na jej sytuację obiektywnym okiem. Kto wie, może gdyby z kimś porozmawiała, uniknęłaby śmierci z rąk tego chłopaka?

Znowu kobieta ofiara. Ze statystyk wnika, że mężczyźni zabijają częściej niż kobiety.

 - Częściej, ale trochę inaczej.

Trafiłam kiedyś na opinię, że kobiece zbrodnie są bardziej "teatralne". O to chodzi?

 - Coś w tym jest. Psycholodzy nazywają to osobowością histrioniczną czyli taką, która musi działać na pokaz. Teraz toczy się sprawa, w której kobieta spod Warszawy, wykształcona, do niedawna pracująca jako strażniczka więzienna, jest oskarżona o zamordowanie starszego mężczyzny, właściciela kilku nieruchomości. Ta kobieta, bardzo zresztą atrakcyjna, po sądowym korytarzu przechadza się jak po wybiegu, uśmiecha się, wszystkim mówi "dzień dobry", a kiedy jest już na sali rozpraw, to mam wrażenie, że chciałaby być co chwilę wywoływana, że tylko czeka, żeby podnieść się, potrząsnąć długimi włosami.

To jakoś działa na sędziów?

 - Nie sądzę. Chociaż czasem taki spektakl przeradza się w linię obrony. Śledziłam historię kobiety, która wynajęła zbirów, żeby w samochodzie jej męża zamontowali bombę. Dostała wysoki wyrok, poszła do więzienia, ale nie akceptuje kary. Cały czas w prośbach do prezydenta o ułaskawienie buduje obraz siebie jako pokrzywdzonej ofiary przemocy domowej. Wymyśla coraz to nowe wątki, opisuje, ze mąż rzekomo zamykał ich dziecko w tapczanie, zmuszał ją do wypijania jego moczu. Itd. Niewykluczone, że ona w końcu w te brednie uwierzyła.

Albo inna historia: Kobieta, która zabiła nieznane jej dziecko, potem tłumaczyła, że to zmarły syn kazał jej popełnić zbrodnię, żeby miał się z kim bawić w niebie. Nie stwierdzono u niej choroby psychicznej. Mężczyznom taka fantazja się nie zdarza.

A co im się zdarza?

 - Często trudno dociec, bo podczas procesu wielu z nich milczy. Odmawiają odpowiedzi na pytania, pewnie za poradą adwokata, który nakazał im już bardziej się nie pogrążać. Sąd nie poznaje motywów, tylko okoliczności przestępstwa.

Czasem płaczą. Zresztą, to akurat nie jest zależne od płci. Wielu posadzonych w ławie oskarżonych, załamuje się, widać, że są doprowadzeni do psychicznego kresu, sami nie mogą zrozumieć splotu tragicznych wydarzeń

Uczucie łączące sprawcę z ofiarą powinno być okolicznością łagodzącą?

 - Nie ma takiej definicji w kodeksie karnym. I słusznie, bo zbyt wiele można by było pod to pojęcie "podciągnąć". Jak można ocenić siłę uczucia łączącego sprawcę i ofiarę? Mężczyzna zabił żonę, żeby być z kochanką. Znienawidził małżonkę, bo stała mu na przeszkodzie do szczęścia, uniemożliwiała ułożenie życia na nowo. Jego aresztowali, oskarżyli, a "ta druga" zeznając, jako świadek mówi, że nie ma już z tym panem nic wspólnego.

Ale psycholodzy mówią o zbrodniach z miłości.

 - Mówią, ale to jeszcze nie znaczy, że uczucie może uczynić kogoś nieświadomym czynu, czy niepoczytalnym.

We wszystkich historiach, które mi pani opowiedziała, naprawdę żadna sprawczyni i żaden sprawca nie byli zaburzeni czy chorzy psychicznie?

 - Nie interesują mnie przestępstwa popełnione przez osoby naznaczone tego rodzaju chorobą. W takich przypadkach nie można mówić o winie. Co innego, kiedy biegli stwierdzają, że sprawca ma osobowość dyssocjalną, albo psychopatyczną, wtedy nie jest zwolniony z odpowiedzialności karnej. Ludzka menażeria ma tyle odcieni osobowości, że czasem myślę, że każdy z nas jest zdolny do popełnienia czegoś dramatycznego w nadzwyczajnych okolicznościach.

Po zbrodni popełnionej przez Kajetana P. wielu ludzi mówiło, że nie mogą zrozumieć, jak można zrobić coś takiego. A pani? Są jeszcze zbrodnie, które panią szokują?

 - Wypracowałam sobie dystans. O Kajetanie nigdy bym nie powiedziała: "co to za straszny morderca!", bo może on jest chory psychicznie? Chociaż nie krzyczałabym też: "wariat" , bo może on po prostu przyjął taką linię obrony? Lata wysiadywania w sądowej ławie dla publiczności nauczyły mnie, że nic nie jest ani czarne, ani białe. Kiedy pisze się o sprawach ostatecznych, takich jak śmierć i życie, trzeba podchodzić do tego z ogromną ostrożnością.

Można wyłączyć emocje?

 - Z trudem, ale można. Ja stosuję różne socjotechniki: po powrocie z sądu robię przepierkę, wyprowadzam psa, odwiedzam wnuka, myję okna. Póki nie mam pewności, że patrzę na sprawę jak szaradzista, póki nie myślę, czy historia układa mi się logicznie tylko grają we mnie emocje, nie siadam do pisania. Parę razy próbowałam i nie dało się tego czytać.

A kiedy już skończy pani pisać? Może pani spokojnie zasnąć?

 - Zdarza się, że w snach rozwiązuję poszlakowe procesy i nawet nieźle mi idzie. A po przebudzeniu oddycham z ulgą, że mam rodzinę a poza salą sądową toczy się jeszcze inne życie, a ja nie stoję z boku.

 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje