Dwie Judyty, czyli wojna

Gdzie dwóch się bije - tam nikt nie korzysta. Bywa, że kręcenie bliźniaczo podobnych filmów kończy się katastrofą.

Konkurencja w branży filmowej nie jest niczym zaskakującym. Thomas Edison, jeden z pionierów kina, wynajmował bandytów, aby obijali rywali w biznesie. Trochę śmieszy, kiedy równie ostra walka rozgrywa się na gruncie... komedii romantycznych.

Reklama

Brazylijska intryga

W Warszawie rozpoczęły się właśnie zdjęcia do dwóch nowych tego typu produkcji. Jedna z nich - "Ja wam pokażę" - nawiązuje do zeszłorocznego przeboju "Nigdy w życiu!" i jest adaptacją kolejnej książki Katarzyny Grocholi. Drugi z filmów "Tylko mnie kochaj" będzie kręcony według oryginalnego scenariusza Ryszarda Zatorskiego.

Producent filmu i właściciel praw do adaptacji bestsellerowej książki Katarzyny Grocholi "Serce na temblaku" Tadeusz Lampka i TVN postanowili bowiem nie kręcić filmu według pomysłu pisarki. Grochola zdecydowała więc zapukać do drzwi innego producenta, Jacka Samojłowicza. W efekcie wytworzyła się bardzo niezręczna towarzysko, ale, co gorsza, i prawnie sytuacja...

Obóz pierwszy

- Powieść "Ja wam pokażę" jest bardziej filmowa - stwierdziła Katarzyna Grochola, dyplomatycznie unikając pytań o swoją wcześniejszą książkę "Serce na temblaku", do której prawa zbyła ekipie powiązanej z TVN. - Uznałem, że warto zmienić odtwórców głównych ról, by uniknąć porównań. Stąd zamiast Stenki zobaczymy Wolszczak - wyjaśnia z kolei reżyser filmu Denis Delić wynajęty przez Samojłowicza.

Wcześniej "Życie Warszawy" informowało, że producent filmu "Ja wam pokażę" Jacek Samojłowicz jest gotów zapłacić Stence i Żmijewskiemu niemal podwójne gaże, by wzięli udział w drugiej części. Żeby było śmieszniej, zarówno odtwórczyni głównej roli, jak i scenarzysta też mają się z czego tłumaczyć. Wolszczak jest bowiem życiową partnerką współautora scenariusza...

- To dlatego przyjęła pani propozycję zagrania w kolejnej odsłonie przygód Judyty, bohaterki prozy Katarzyny Grocholi? - zapytaliśmy w wywiadzie aktorkę. - To niezwykłe wyzwanie, ale specjalnie się nad tym nie zastanawiałam. Po prostu spodobał mi się scenariusz i tyle. Spotykałam Kasię, która przychodziła do nas, by pracować z Czarkiem nad scenariuszem, ale nie bardzo interesowałam się tym, co robią. Pisali przecież rolę dla Danuty Stenki, która grała Judytę w "Nigdy w życiu!". Przeczytałam scenariusz dopiero, kiedy zrezygnowała. Zadzwonił do mnie reżyser Krzysztof Lang z propozycją zagrania głównej roli... - zapewniała nas aktorka.

- Nie załatwiłem Grażynce roli Judyty. To była decyzja reżysera - bronił się z kolei przepytywany przez dziennikarza "Super Expressu" Cezary Harasimowicz. - Choć jestem autorem scenariusza, Grażynka otrzymała go dopiero wówczas, gdy zaproponowano jej zagranie głównej roli. Osobiście przywiozłem jej scenariusz od producenta. Nie dałem jej tego, który leżał w domu...

Obóz drugi

W drugim obozie przygotowania idą pełną parą. Reżyser "Nigdy w życiu!" Ryszard Zatorski postanowił nakręcić film na podstawie zupełnie nowego scenariusza. "Tylko mnie kochaj" w żadnym stopniu nie nawiązuje do perypetii Judyty. Głównym bohaterem jest młody architekt (w tej roli Maciej Zakościelny), który miota się między dwiema pięknymi kobietami - Julią (Agnieszka Grochowska) i Agatą (Agnieszka Dygant).

Na konferencji prasowej filmu padło ciekawe pytanie do wybitnej polskiej aktorki Grażyny Szapołowskiej (obsadzonej w roli babci). Młoda dziennikarka chciała się dowiedzieć, czy tak jak w innych filmach pani Grażyny będą tzw. momenty. Ryszard Zatorski przytomnie odparł, że nie chodzi o komedię erotyczną oraz że "Tylko mnie kochaj" będzie dozwolone od lat dwunastu. Temat "filmowej wojny" został dyplomatycznie przemilczany.

Producent Tadeusz Lampka stwierdzi. tylko, że nie obawia się konkurencji. Premiera obu produkcji w Walentynki nie jest jego największym zmartwieniem. - Skupiamy się na tym, żeby powstał dobry film. W tym samym czasie będziemy mieli pewnie kilka amerykańskich komedii romantycznych. To także będzie konkurencja - zapewnia Lampka.

Dwa Grunwaldy

Całe zamieszanie bardzo przypomina historię z już nie tak całkiem nową ekranizacją "Krzyżaków". Cztery lata temu dwie ekipy filmowe szykowały się do odświeżania Sienkiewicza. Jarosław Żamojda zakończył nawet castingi i mówił o "największej polsko-amerykańskiej inwestycji w dotychczasowej historii kinematografii". Z drugiej strony Bogusław Linda w podwójnej roli reżysera i Ulricha von Jungingena przeprowadzał spektakularną konferencję prasową pod obrazem Matejki (wiadomo jakim) w Muzeum Narodowym.

Z dwóch potężnych filmowych inwestycji nie powstał jak do tej pory żaden film. Nad zakonem musi wisieć jakaś klątwa, bo trzecia próba ugryzienia tematu też natrafiła na duży problem. Po Żamojdzie i Lindzie za temat krzyżacki w lekkiej formie komediowej wzięli się filmowcy niezależni. "Gazeta Wyborcza" niedawno pisała: "Zdjęcia do filmu '1409 - Afera w zamku Bartenstein' wprawdzie ukończono w 2001 roku, jednak do dziś reżyser Paweł Czarzasty zmaga się z realizacją obrazu od strony technicznej. - Cztery lata zmagań chyba wystarczą, obraz w końcu debiutuje na tegorocznym festiwalu w Gdyni".

Prawo serii

"Krzyżacka" rywalizacja stała się swego czasu przyczynkiem do dyskusji o zaściankowości krajowego kina. Jak się okazało, całkowicie niesłusznie. Ileż atramentu wylano, opisując specyficznie polską "chorobę" ekranizacji lektur szkolnych.

Tymczasem historia udowodniła, że nasi filmowcy byli w tym względzie prekursorami. W Hollywood bowiem także rządzi prawo serii. Mechanizm najlepiej uwidocznił się na przykładzie "Gladiatora". Po olbrzymim sukcesie filmu amerykańscy producenci zaczęli gorączkowo przetrząsać swoje archiwa w poszukiwaniu tematów historycznych. Pokłosie tych starań zbieramy do dziś. W relatywnie krótkim czasie widzowie dostali potężną dawkę kultury antycznej i średniowiecznej. Na ekranach zagościła ekranizacja Homera ("Troja"), rycerze okrągłego stołu ("Król Artur"), a nawet wojny krzyżowe ("Królestwo niebieskie").

Jeśli ktoś myśli, że fala opada, niech się nie łudzi. Główny promotor tego nurtu, Ridley Scott, jest producentem wykonawczym "Tristana i Izoldy" (premiera w przyszłym roku). Nic dziwnego, że po drodze doszło do nieuniknionego nałożenia się dwóch produkcji. Padło na Aleksandra Wielkiego.

Aleksandrów dwóch

Do starcia stanęło dwóch poważnych konkurentów. Jako pierwszy objawił się Oliver Stone, twórca m.in "Plutonu". Mówiło się, że o nakręceniu "Alexandra" marzył od 15 lat. W drugim narożniku - Baz Luhrmann, modny australijski reżyser ("Romeo i Julia", "Moulin Rouge"). Nikt nie zamierzał rezygnować, sprawa zaczęła nawet dotykać narodowego prestiżu. Australijski premier został poddany silnej presji, aby w trybie natychmiastowym skierować do wspomożenia filmu Luhrmanna 500 żołnierzy.

Niewiele to pomogło. Po tym jak niedaleko Casablanki doszło do samobójczych zamachów bombowych, producent Dino de Laurentis skorzystał z pretekstu, żeby zatrzymać kosztowne zdjęcia w Maroku. Oliver Stone został sam na placu boju, ale było to zwycięstwo pyrrusowe. Pośpiech towarzyszący realizacji, kontrowersyjne wątki homoseksualne, przeładowanie retrospekcjami i dziwne decyzje obsadowe (29-letnia Angelina Jolie w roli matki 28-letniego Colina Farrella) - wszystko to sprawiło, że superprodukcja poniosła superklapę. Po wszystkim reżyser stwierdził: "Szkoda, że nie powstał film "Baza". Sam chętnie bym go obejrzał. To przykre, że musieliśmy konkurować".

Ring - ostatnie starcie

Na polskim gruncie ostatnia równoległa wojna o widza miała miejsce przy wprowadzaniu filmu "Ring". W kinach były wyświetlane amerykański remake i starsza o cztery lata oryginalna wersja japońska. Niektórzy widzowie narzekali, że pomylili seanse lub występowali o zwrot pieniędzy za bilety. Inni skorzystali z okazji, aby czynić ciekawe porównania między japońskim a amerykańskim spojrzeniem na sztukę horroru. Szum medialny raczej nikomu nie zaszkodził.

Przy drugiej części filmu stworzyła się sytuacja potencjalnie jeszcze bardziej zawiła. Hideo Nakata jest bowiem autorem japońskiej wersji "Ring 2" i hollywoodzkiego remake'u. Gdyby któryś z polskich dystrybutorów zdecydował się wypuścić wersję oryginalną, mogłoby się zdarzyć, że jeden "Ring 2" Nakaty odbierałby widzów drugiemu "Ring 2" też Nakaty.

Japoński reżyser jest zresztą wyjątkowym specjalistą od komplikowania życia filmoznawcom. - Nie byłem zainteresowany robieniem zwykłej powtórki z filmu "Ring 2". W nowej, amerykańskiej wersji historia idzie w zupełnie innym kierunku. Podobało mi się, że mogłem zrobić prosta opowieść o matce i synu - twierdził w wywiadach. Nie przeszkodziło mu to jednak udzielić błogosławieństwa dla powstania jeszcze jednego, alternatywnego sequelu - "Ring 2. Spiral", prequelu - "Ring 0. Birthday", serii telewizyjnej "Ring. The Final Chapter", a nawet wersji południowokoreańs kiej - "Ring. Virus". Uff. I jak tu zrozumieć azjatycką mentalność?

Gorący luty

Wydaje się, że pan Nakata mógłby spełnić dla Katarzyny Grocholi rolę przewodnika w branży filmowej. Uporczywe trzymanie się napisanych książek jest w tym kontekście cokolwiek ograniczające. "Judyta 0: Narodziny" wyglądałoby na afiszu bardzo interesująco.

Dominik Gąsiorowski

INTERIA.PL jest patronem medialnym filmu "Nigdy w życiu!"

Tekst pochodzi z gazety

Dowiedz się więcej na temat: scenariusz | konkurencja | film | wojna | ring

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje