Elżbieta Dzikowska: Naprawdę nie ma się czego bać

- To, że jestem kobietą, nie miało w moim zawodzie znaczenia. Nigdy nie czułam, że jest mi trudniej (...). Zawsze pracowałam zgodnie z zasadami dziennikarstwa, chociaż, nie przeczę, moje metody były czasami bardzo wymyślne - mówi Elżbieta Dzikowska.

Katarzyna Pruszkowska: Przed naszą rozmową przejrzałam kilka forów podróżniczych, na których kobiety wymieniały się doświadczeniami z samotnych podróży - lub pisały, że chętnie by się na takie wybrały. Czy teraz spotyka pani na szlakach więcej kobiet, niż dawniej?

Reklama

Elżbieta Dzikowska: - Podróżuję już od ponad pół wieku, ale, szczerze mówiąc, nie dostrzegam zbyt wielu różnic. Teraz oczywiście podróżuje się znacznie prościej, nie trzeba się ciągle starać o paszporty, wizy i inne dokumenty. A nawet jeśli trzeba, procedury nie są tak męczące. Wystarczy mieć czas i pieniądze, dawniej było o wiele trudniej, nie było tylu możliwości taniego podróżowania. Moja pierwsza daleka podróż, którą zresztą nie najlepiej wspominam, była możliwa dzięki temu, że studiowałam język chiński i po czwartym roku studiów poleciałam do Chin. Kolejne wyjazdy także były związane z pracą - najpierw w piśmie "Chiny", a później "Kontynenty". 

- Myślę, że teraz więcej kobiet stać na samotne podróże i dobrze, bo to najlepszy sposób na poznawanie świata. Chociaż miło jest się dzielić z kimś wrażeniami, a później - wspomnieniami.  I naprawdę nie ma się czego bać. 

Na forach podróżniczych kobiety wymieniają się radami: doradzają, że warto kupić obrączkę, bo mężatki są w niektórych krajach mniej narażone na ataki, wymieniają niebezpieczne miejsca w konkretnych rejonach, radzą, gdzie schować pieniądze i dokumenty. A jak pani przygotowywała się do samotnych podróży?

- Ja mam już inny pesel, nigdy nie myślałam za dużo o potencjalnych niebezpieczeństwach. Miałam 26 lat, włosy blond i niebieskie oczy, kiedy wyjechałam po raz pierwszy sama do Ameryki Łacińskiej. Nic złego nie spotkało mnie podczas tamtego, trwającego trzy miesiące wyjazdu, ani nigdy potem. Nie, przepraszam, raz zostałam okradziona, innym razem prawie zapadłam się w kurzawę, spadłam też z konia, lecz nic mi się nie stało. Może być tak, że te panie wybierają się do bardziej niebezpiecznych rejonów. Ja nigdy świadomie nie pakowałam się w niebezpieczne sytuacje, szukałam raczej poznania, niż adrenaliny. Sama chciałam wszystko zobaczyć i  przeżyć. I tak robiłam. Oczywiście przed każdym wyjazdem staram się przygotować, czytam książki i artykuły, ale nie daję się zastraszyć.

- Jestem pełna podziwu do podróżujących kobiet, a w szczególności do Martyny Wojciechowskiej, która jeździ do różnych miejsc, żeby pokazać życie kobiet, przeważnie trudne. To nie zawsze są bezpieczne miejsca, ale nawet Martynie nic się nie stało, z każdej podróży wróciła cała.

Zanim poznała pani męża jeździła pani po świecie sama. Woli pani podróżować sama czy mieć towarzystwo?

- Lubiłam podróżować z mężem, a po jego śmierci zaczęłam jeździć z przyjaciółmi. Ale w młodości rzeczywiście dużo podróżowałam sama i nigdy nie miałam z tym problemów. Wszędzie tam, gdzie chciałam dotrzeć, dotarłam. Nikt nigdy nie próbował mi zrobić krzywdy, nie mam przykrych doświadczeń. Może to dlatego, że jestem w czepku urodzona, a na dodatek pochodzę z rodziny długowiecznej. A poważnie - naprawdę nie ma sensu wierzyć w to, że w podróży czekają na nas niebezpieczeństwa, że tylko w domu jesteśmy bezpieczni. Tak nie jest. Ja na swojej drodze spotykałam samych życzliwych ludzi - w Ameryce Łacińskiej, Afryce, Azji. Często byli to ludzie bardzo biedni, ale uczynni, uśmiechnięci. Dla mnie uśmiech jest bardzo ważny. Gandhi powtarzał, że uśmiechając się dajemy wiele, ale nie tracimy nic. Ja się z nim zgadzam, uśmiech to zdecydowanie najkrótsza droga do drugiego człowieka. M.in. dlatego wydawałam album "Uśmiech świata", żeby moich rodaków zniechęcić do narzekania, w czym, trzeba to powiedzieć, mają doświadczenie i wprawę.

Co najbardziej, prócz "zobaczenia wszystkiego na własne oczy", kręciło panią w podróżach?

- Właśnie poznawanie ludzi. Bardzo interesuję się sztuką, więc ciągnie mnie do artystów. Kiedy pracowałam w "Kontynentach" i byłam odpowiedzialna za dział Ameryki Łacińskiej, rozmawiałam także z wieloma politykami, uczonymi, ekonomistami, a nawet prezydentami.

Czy płeć odgrywała jakąkolwiek rolę podczas tych spotkań? Czy nigdy nie czuła pani, że jest traktowana inaczej, niż koledzy?

- To, że jestem kobietą, nie miało w moim zawodzie znaczenia. Nigdy nie czułam, że przez to, że jestem kobietą, jest mi trudniej.  Nigdy nie starałam się ugrać sobie czegoś korzystając z tego, że jestem kobietą i  sprawiam wrażenie miłej, delikatnej. Zawsze pracowałam zgodnie z zasadami dziennikarstwa, chociaż, nie przeczę, moje metody były czasami bardzo wymyślne.

Może mi je pani zdradzić?

- Przygotowywaliśmy kiedyś w "Kontynentach" numer o głodzie na świecie. Byłam wtedy w Rzymie, na kongresie FAO i bardzo chciałam porozmawiać z szefem tej organizacji. Niestety, ani nasz ówczesny ambasador, ani współpracownicy tego człowieka nie byli mi w stanie pomóc w umówieniu spotkania. Postanowiłam więc działać sama. Napisałam karteczkę: "Panie prezydencie, czy może mi pan udzielić wywiadu?" i podałam mu ją, kiedy wchodził na spotkanie otwierające kongres. Niedługo później przysłał do mnie swojego asystenta, który powiedział mi, że mam zgodę na rozmowę i przekazał szczegóły dotyczące spotkania. Wszyscy byli zdziwieni, że udało mi się przeprowadzić ten wywiad.

- Podobna sytuacja zdarzyła mi się w Meksyku. Pojechałam tam na kongres Światowego Stowarzyszenia Latynoamerykanistów. Z Meksyku chciałam pojechać prosto do Peru, gdzie miałam spędzić rok na stypendium. Niestety, w ambasadzie polskiej w Meksyku czekała na mnie depesza: "Minister kultury, która przyznała pani stypendium, została zdymisjonowana, więc sprawa jest nieaktualna". Wyglądało na to, że będę musiała wracać do Polski. Na szczęście zostałam zaproszona do mojego znajomego, Jose Luisa Cuevasa (znany meksykański artysta - przyp. red.), na obiad, na którym był m.in. Luis Echeverría Álvarez, prezydent Meksyku. Zaczęliśmy rozmawiać, ja opowiedziałam mu o moim odwołanym stypendium, a on zaproponował,  żebym  spędziła ten  rok w Meksyku. Zaprosił mnie na przyjęcie, na którym miałam dogadać szczegóły z sekretarzem prasowym prezydenta. Poszłam na nie, ale nie zostałam wpuszczona. Co było robić - znowu wyjęłam karteczkę i napisałam na niej, po co przyszłam (śmiech).

Udało się?

- Oczywiście. Chwilę później podszedł do mnie Mauro Jiménez Lazcano, ów sekretarz prasowy, i potwierdził zaproszenie. Właśnie podczas tego stypendium poznałam Toniego Halika.

Powiedziała pani, że nie najlepiej wspomina pierwszą podróż. Dlaczego?

- Najgorzej. Ponieważ fatalnie ją zniosłam, marzyłam, żeby już nigdy nie musieć wsiąść do samolotu.

Marzenie się nie spełniło. Nadal boi się pani latać?

- Tak, zawsze mówię, że ja się w życiu naprawdę boję dwóch rzeczy: chamstwa i turbulencji. To się nie zmienia, mimo, że latam bardzo często. Kiedy latałam z mężem, trzymałam go mocno za ramię, wręcz szczypałam, a on mnie uspokajał. Wyjaśniał mi budowę samolotu, przypominał, że piloci też mają rodziny i nie śpieszy im się na tamten świat.

Udawało się mu się panią uspokoić?

- Czasami tak, w końcu Toni sam był lotnikiem, wiedział, co mówi. Po jego śmierci zaczęłam latać z przyjaciółką, Wiesławą Wierzchowską, która pasjonuje się mitologią i starożytnością, co bardzo pomaga mi radzić sobie ze strachem - słucham fantastycznych opowieści Sławki i zapominam, że lecę. Czasem nawet zdarza mi się pocieszać innych. Leciałam kiedyś z Madrytu do Ameryki Łacińskiej. Niedługo po starcie z jednego silnika zaczął wydobywać się czarny dym. Pilot powiedział, że mamy kłopoty techniczne, więc zrzucamy paliwo i wracamy na lotnisko. Ludzie się przestraszyli, zaczęli płakać i modlić się. Ja zagadnęłam Hiszpankę siedzącą obok - prosiłam, żeby przestała płakać i się uspokoiła, bo wszystko będzie dobrze i nie warto się denerwować. Słuchała w milczeniu, spojrzała na mnie i zapytała: "Taaak? Nie ma się czym denerwować? To dlaczego się tak pani kolana trzęsą?". Cóż, próbowałam nad sobą zapanować, ale nie do końca mi się udało.

Niełatwo zachować spokój, kiedy z silnika leci dym.

- To prawda, ale są ludzie, którzy potrafią doskonale nad sobą panować. Leciałam kiedyś samolotem z żoną Rezy Pahlawiego, Farah Dibą. Wpadliśmy w okropną burzę, wszyscy na pokładzie zaczęli pić i głośno śpiewać, widocznie tak próbowali radzić sobie ze strachem. Wszyscy, tylko nie żona szacha. Pamiętam, że miała na sobie różową suknię ozdobioną diamentami i wielki kapelusz pod kolor. Samolot trząsł się niemiłosiernie, a ona siedziała bez ruchu, wyprostowana, cały czas uśmiechnięta. Godnie reprezentowała męża.

- Podobną sytuację przeżyłam w Polsce. Były minister finansów, Grzegorz Kołodko, zaprosił mnie na wycieczkę po Polsce. Wszędzie lataliśmy helikopterem, ale w pewnym momencie pogoda popsuła się tak bardzo, że ze Strzegomia musieliśmy wracać samolotem rejsowym. Od razu po starcie wpadliśmy w okropną burzę, proszę mi wierzyć, jedną z najgorszych, jakie przeżyłam. Obsługa natychmiast podała nam alkohol, wszyscy w trzęsących się rękach trzymali buteleczki.  Wszyscy, tylko nie premier Kołodko. Zapytałam go, dlaczego tak się męczy, a on mi odpowiedział: "Pani Elżbieto, ja muszę zawsze być przytomny".

Powiedziała pani, że lubi podróżować ze względu na ludzi. Ale chyba także ze względu na biżuterię?

- Ma pani rację, uwielbiam biżuterię. W muzeum im. Toniego Halika w Toruniu znajduje się największy w Polsce zbiór biżuterii etnicznej, to skarby, które udało mi się przywieźć z innych krajów. Część można zobaczyć w moim albumie "Biżuteria świata", w którym zamieściłam także sporo ciekawostek o ozdobach pochodzących z różnych krajów świata.

Wiem, że ametyst jest dobry na kaca - podobno...

- To prawda, właśnie z tego powodu zamożni Rzymianie robili sobie z ametystów kielichy, chociaż nie wiemy, czy były skuteczne. Ja bardzo lubię lapis lazuri, który podobno leczy bezsenność. Nie zaobserwowałam akurat tego działania, ale nic nie szkodzi, bo to przepiękny kamień. Wie pani, że w średniowiecznej Polsce bardzo popularnym kamieniem był bezoar, kamień, który tworzy się w żołądkach zwierząt roślinożernych? Oprawiano go w złoto i srebro, bo miał szczególną moc: pokazywał, która potrawa została zatruta. Wystarczyło wsadzić do niej kamień, a trucizna znikała. Był cenny, bo zapewniał bezpieczeństwo.

Ma pani biżuterię, z którą się nigdy nie rozstaje?

- Na co dzień lubię zmieniać biżuterię, ale kiedy jadę w podróż zawsze mam przy sobie jakiś amulet. A skoro wróciłyśmy do tematu bezpieczeństwa - pomyślałam właśnie sobie, że jakbym się tak bardzo bała latać, to bym nie latała. Ja naprawdę wierzę, że w podróży nic złego nie może mi się stać.

 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje