Emilia Krakowska: „Dojrzała miłość nie wymaga już wielkich wyrzeczeń”

– Mój zawód pochłaniał mnie 24 godziny na dobę, a mężowie chcieli, żebym była kurą domową. Nie ułożyło się, ale nie żałuję żadnej z czterech decyzji o ślubie – mówi aktorka.

Kiedy wchodzę do jej pięknego mieszkania w centrum Warszawy, aktorka ma jeszcze nierozpakowane walizki. Właśnie wróciła z Kanady. Prosto z lotniska pojechała do domu kultury w Łomiankach, gdzie miała występ kabaretowy "Old Spice Girls" z Barbarą Wrzesińską i Lidią Stanisławską. Na jej drzwiach wejściowych wisi tabliczka: "Życie jest podróżą, która prowadzi do domu".

Reklama

Napis na drzwiach to pani motto?

Emilia Krakowska: - Życie to taka podróż, a najważniejszy jest w niej powrót do korzeni, do domu rodzinnego. Można wciąż być w drodze, ale trzeba mieć dokąd wrócić. Tę tabliczkę dostałam od starszej córki. To miłe, że dzieci traktują ten dom jako taki bezpieczny port, choć mają już swoje rodziny.

A co pani robiła w Kanadzie?

- Odbierałam medal honorowy (uśmiech). Dostałam go od Fundacji im. Władysława Reymonta, która od 45 lat urządza konkurs recytatorski tekstów naszego noblisty dla polonijnych dzieci z całej Kanady. Byłam też gościem honorowym w jury. Mój pobyt trwał dziesięć dni, organizatorzy zorganizowali również zwiedzanie ważnych dla Polaków miejsc historycznych w Kanadzie.

I prosto z lotniska przyjechała pani do Łomianek na spektakl!

- No i co? Mam stękać nad sobą, jaka to ja zmęczona jestem? Całą podróż przespałam, więc byłam wypoczęta. Wystarczyło trochę się odświeżyć i byłam gotowa, by wystąpić przed publicznością. Lubię podróże ze spektaklami, z którymi jeżdżę po Polsce. Nasz kraj jest taki piękny! Jedziemy nowymi autostradami, po których prowadzi nas nawigacja GPS w samochodzie. Czasem się z nią zgadzamy, czasem nie i też jest wesoło.

Właściwie mogłaby już pani siedzieć w domu, zajmować się wnukami oglądać seriale. A pani wciąż aktywna!

- Nie ma nic gorszego niż gnuśnienie w domu, wieczne narzekanie i użalanie się nad sobą. Oglądam spektakle w teatrach, chodzę do filharmonii, czytam książki, oglądam wystawy - to wszystko przydaje mi się w mojej pracy. Całe życie zajmuję się sztuką. Sztuka nigdy nie zawodzi! Czasem spotykam ludzi, których całe życie kręciło się wokół pracy. Kiedy przeszli na emeryturę, ich świat nagle się zatrzymał. Jak nie masz pasji, a twój rytm wyznacza tylko pracodawca, to tak, jakby choremu w szpitalu odłączyli kroplówkę - przestaje żyć. Trzeba być potrzebnym.

Co panią gna do tej pracy w kabarecie?

- A co mam innego do roboty? Dzieci wyszły z domu, a ja biegnę do kabaretu (śmiech). A blisko mam przyszywanego wnuczka, Pawełka. To synek sąsiadów. W przedszkolu miał zrobić laurkę dla babci. Własnej nie miał, więc przyszedł do mnie zmartwiony: "Czy mogłabyś zostać moją babcią?" Niezwykle utalentowany. Uczeń szkoły baletowej, idzie do drugiej klasy. Lubię z nim spędzać czas, chodzę na spacery.

A czy to prawda, że szykuje się pani do piątego ślubu...?

- Miałam czterech mężów, nie śpieszno mi już do ślubu. Na razie druga córka wyszła za mąż, jest właśnie w podróży poślubnej. Cieszę się szczęściem moich dzieci, ale sama o ślubie nie myślę. Co nie znaczy, że nie jestem zakochana. Bo co to za życie bez miłości?

Kim jest ten szczęściarz?

- Poznaliśmy się na studiach, ale każdego z nas gnała ambicja. Zresztą, Sergiusz musiał mieć kobietę, która podporządkowałaby się jego karierze. A ja miałam swoje plany. Odnaleźliśmy się po 40 latach. On był już wdowcem...

A pani po czterech rozwodach...

- Wszystkie moje związki były szczęśliwe, może dlatego, że w porę potrafiliśmy się rozstać. O Sergiuszu słyszałam od przyjaciół, że jest gdzieś w Afryce. Po pięćdziesięciu latach telefon jak grom z jasnego nieba. Odnalazło się moje wspomnienie ze studiów. Dzieli nas 18 tys. km, ale czuję się jak na wiecznej randce. Spotykamy się rzadko, zabiera mnie w egzotyczne podróże, natomiast często rozmawiamy ze sobą telefonicznie lub przez komputer. Dojrzała miłość ma zupełnie inną wartość. Zawodowe ambicje zostały w większym czy mniejszym stopniu zrealizowane. Nasz związek oparty jest na przyjaźni. Dojrzała miłość nie wymaga już wielkich wyrzeczeń.

Chciałabym jeszcze zapytać o córki.

- Starsza, Weronika, jest rehabilitantką. Mieszka pod Warszawą, ale często do mnie przyjeżdża. To przecież wciąż jest jej dom... Natomiast Eleonora żyje w Szwajcarii i czasem przylatuje. Jest śpiewaczką operową, sopranem lirycznym. Dwa lata temu wyszła za mąż. Bywam na jej koncertach. Nie ma większej radości dla matki, która uwielbia sztukę! Z moimi córkami bardzo się kochamy. Troszczą się o mnie. Ostatnio schudłam i jestem zadowolona ze swojego wyglądu, więc pilnują, żebym znów nie utyła.

Rozmawiała Beata Biały

Tekst pochodzi z magazynu

Tina

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje