Ewa Błaszczyk: Życie jest nie tylko dane, ale i zadane

Ewa Błaszczyk to superbohaterka? Świetna aktorka i niezwykły człowiek, który pokonuje niemożliwe. Trafia ze swoją działalnością artystyczną i charytatywną prosto w serce, bo wprost mówi o swoich słabościach i o tym, że bycie super to cholernie ciężka robota.


Reklama

Kamila Sypniewska: - Internauci najbardziej lubią w pani wykonaniu "Ja nie odchodzę, kiedy trzeba"Agnieszki Osieckiej.

Ewa Błaszczyk: - Trochę się już tej piosenki naśpiewałam (śmiech). Nawet myślałam, by na jakiś czas ją odstawić.

Bo ważna piosenka teraz to...

- "Pozwól mi spróbować jeszcze..." Ryszarda Riedla z zespołu Dżem. Oczywiście dlatego, że w takim miejscu życia jestem. Przesuwam suwaki na mojej konsoli. Do góry idą teraz te zawodowe. Klinika Budzik ma już dyrektora ekonomicznego, medycznego itd. Są lekarze, pielęgniarki,rehabilitanci, świetny zespół. Budzą się kolejne dzieci. Zrobiło się miejsce na inne moje działania. Jesienią zagrałam w filmie fabularnym o śpiączce w reżyserii Mariusza Paleja. To baśniowa historia na podstawie książki"Za niebieskimi drzwiami Szczygielskiego. Wszystko dzieje się w wyobraźni chłopca, który z mamą miał wypadek samochodowy. Trafia pod opiekę ciotki, czyli mnie. Chłopiec czeka, aż mama wybudzi się ze śpiączki.Mam nadzieję, że ten film choć trochę odsłoni przed widzami ten inny, nieznany świat, zwiększy empatię.  

Zbudowała pani klinikę, budzą się kolejne dzieci, a Ola jest w domu.

- Ja nic nie zbudowałam. Jeśli już to Ola nami to zrobiła. Klinika Budzik przy oddziale Rehabilitacji Neurologicznej w Centrum Zdrowia Dziecka jest dla dzieci do 18. roku życia i które spełniają ściśle określone kryteria medyczne. Ola ma 20 lat, a pierwsi pacjenci trafili do Budzika w zeszłym roku. Teraz Oli szpitalem jest szpital na warszawskich Bielanach. Tam natknęłam się na profesora Wojciecha Zgliczyńskiego, fantastycznego człowieka. Przy okazji okazało się, że jego rodzina jest zaprzyjaźniona z rodzicami chłopca Marianny. Znów dzieją się rzeczy, które tu na dole trudno zrozumieć czy wyjaśnić. Znów ktoś, coś łączy mnie z niezwykłymi ludźmi. Wtedy widzę, że ktoś tam na górze czyta te kilkanaście lat naszego wysiłku. I w tym sensie mówię, że to Ola zrobiła, nie ja.

Patrząc na pani biogram zawodowy, nie widać nawet chwili przerwy. A w tle Fundacja "Akogo?" oraz opieka nad dziewczynkami. Dużo tego.

- Żyję w permanentnej gonitwie. Chyba nie potrafię inaczej. Jak to kiedyś powiedziała o mnie Agnieszka Osiecka: "Błaszczyk, ta nasza nerwica życia". Zawsze wiedziałam, że praca jest podstawą bytu. Że trzeba coś robić, by nie zwariować. Gdy byłam małą dziewczynką, bardzo podobał mi się Ernest Hemingway. I wydawało mi się, że jestem dużym mężczyzną, który pije dużo whisky i bardzo dużo robi. Hemingwayem nie jestem, ale mocuję się i zmagam. 

W ostatnim recitalu "Nawet gdy wichura" córka Marianna występuje z panią na scenie.

- To był pomysł na to, by kraść czas, którego okropnie mało było dla Mani, bo praca, bo Ola. Zaczęło się od tego, że grałam w "Więzi" w Teatrze Studio według Munro. Rola trudna - kobiety, która zabiła męża, a ich córka odwiedza ją w więzieniu. Odnajdują się po latach, dzieją się między nimi cholernie ważne rzeczy. Po spektaklu wracałam do garderoby, rola się jeszcze we mnie kołatała, a tam zawsze siedziała Mania. Odrabiała lekcje, czytała, coś tam pisała, byle tylko być ze mną. Co miałam zrobić? Dałam jej do ręki gitarę. Tak stała się członkiem zespołu. Jeździmy razem w trasy. Do Ostródy i do Nowego Jorku. I zdarzają się nam magiczne momenty. W czasie wyprawy do USA przekroczyłyśmy na piechotę granicę z Meksykiem. Malarz Rafał Olbiński zorganizował w Nowym Jorku bal na rzecz Fundacji Akogo?". Dzięki mojej pracy Mania poznaje fajnych ludzi. Ludzi zrealizowanych, którzy wiele osiągnęli i chcą się tym dzielić z innymi. W takich momentach myślę, że może życie jest nie tylko dane, ale i zadane.

Jak to jest stać na scenie obok córki?

- Bardzo mi się to podoba! W ubiegłym roku Mania zdawała do szkoły teatralnej w Warszawie. Nie udało się. Przez rok chodziła na zajęcia do szkoły Romy Gąsiorowskiej, występowała z naszym zespołem i widziałam, jak się zacięła i postanowiła zawalczyć znów. W czerwcu, gdy ponownie zdawała egaminy, chodziłam na rzęsach, ona też. Gdy zadzwoniła i wrzasnęła "Jestem!", ja też krzyknęłam z radości, zresztą prosto w twarz pani w aptece, bo wyskoczyłam ze szpitala od Oli po lekarstwa. Podoba mi się, że Marianna wygrała tę sprawę z sobą, zwłaszcza po tych rozmaitych traumach życiowych. I przede wszystkim zaczęła się znów uśmiechać. Tak naprawdę, że pokazuje zęby (śmiech). Na scenie więc mam przy sobie dorosłego, spełnionego człowieka. To fantastyczne.

W nowym recitalu Marianna też pojawi się na scenie.

- Poprzedni składał się w opowieść o walce o poczucie szczęścia, szczęścia mimo wszystko. Stąd tytuł wzięty z wiersza Jacka Kleyffa"Nawet gdy wichura". Teraz motto pochodzi ze wspomnianej piosenki "Modlitwa" Riedla.Zaczynamy przewrotnym filmikiem "Mucha" Michała Poniedzielskiego o muszce,która w trakcie popisów spaliła sobie skrzydełka i mówi:"Ale se k... polatałam". Po czym śpiewam piosenkę"Podróżowałam" i pokazujemy zmontowany krótki film, gdzie pojawia się Marilyn Monroe, urywek "Miasteczka cud" Osieckiej, kawałek"Nekrologu" Wołka, na ekranie miga też Mania jako mała dziewczynka. Po chwili Marianna wchodzi na scenę i śpiewa "Once" po angielsku,a ja kawałek Staszka Sojki: "Kiedy patrzę na moje dzieci i myślę o latach,które nie wrócą nigdy już".Tutaj właściwie zaczyna się recital. Będzie o tym, jak stoimy obok siebie: ona dorosła i ja. Kończymy znów utworem Kleyffa, np. "Rydym":"A jeśli jestem sam w obliczu ostatecznego/To to, co dzisiaj mam, to uśmiech twój ze świata twego".

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje