Gdzie jest bohema?

O niepowtarzalnej atmosferze Krakowa, urokach życia w Wieliczce i sekretach artystycznego światka opowiada Renata Przemyk.

Chciałabym porozmawiać na temat Krakowa i jego artystycznej atmosfery. Pani nie jest krakowianką od urodzenia, prawda? Co zadecydowało o tym, że postanowiła pani związać się z tym miastem?
Renata Przemyk: To prawda, nie urodziłam się w Krakowie. Pochodzę z Bielska Białej, miasta przemiłego, ale prowincjonalnego. Zresztą ja nigdy nie miałam takiej mentalności, która by przystawała do szeroko pojętej metropolii. Nie wyobrażam sobie, że byłabym w stanie mieszkać w ścisłym centrum, w hałasie, w ciągłym ruchu. Osiadłam na podkrakowskiej wsi. Wcale nie przeszkadza mi to, że mam daleko do najbliższego pubu. Wręcz przeciwnie. Kiedy wybieram się do centrum miasta, jest to dla mnie swoistego rodzaju święto, szczególny moment, do którego trzeba się przygotować i celebrować go. Zresztą zazwyczaj wiąże się to albo z pracą albo spotkaniem z kimś.

Reklama

Z drugiej strony już od czasów studiów, kiedy zawitałam tu po raz pierwszy, czyli 20 lat temu, czuję się na tyle silnie związana z atmosferą Krakowa, że pragnęłam osiedlić się gdzieś w pobliżu, aby móc korzystać z tego niesamowitego, specyficznego klimatu, pełnego artystycznego fermentu. Tak naprawdę zaczęłam poznawanie tego miasta od dzielnicy Kazimierz. Wtedy, pod koniec lat osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku wyglądała ona jeszcze zupełnie inaczej niż dzisiaj. Dzięki temu udało mi się zobaczyć wiele z jej zakątków w bardzo zaniedbanym stanie, który jednak nadawał jej specyficzny klimat, jak ze starej, przedwojennej pocztówki.

Później wracałam co roku w te miejsca, do których się bardzo przywiązałam, żeby zobaczyć, jak się zmieniają, jak zyskują nowe życie. Na szczęście odbudowa Kazimierza poszła raczej w kierunku renowacji, a nie budowania na nowo, w nowoczesnym stylu. Bardzo cieszy mnie to, że kultywuje się tu tradycję, odkrywa i odnawia stare szyldy sklepowe, zachowuje się charakter tutejszej architektury. Wtedy, przed dwudziestu laty, nie istniały jeszcze liczne puby, dziś mieszczące się prawie w każdej kamienicy. Był tam tylko stary dobry Singer przy Placu Nowym. Kazimierz nie tętnił też tak życiem, głównie nocnym, jak obecnie, ale i tak miał "to coś", szczególny, niepowtarzalny urok żydowskiej dzielnicy, pełnej historii i opowieści o żyjących tu dawniej ludziach. Miałam także to szczęście, że uczestniczyłam w pierwszych edycjach Festiwalu Kultury Żydowskiej, który nie miał wtedy takiego rozmachu ani tak bardzo komercyjnego charakteru, jaki zyskał współcześnie. Kraków jako miejsce mojej młodości to naprawdę świat magiczny, czarodziejski, pełen artystycznych wzruszeń i klimatu, o którym nie da się zapomnieć. No i miejsce mojego poważnego debiutu, którego okrągłą rocznicę właśnie w tym roku świętuję.

Ale teraz mieszka pani w Wieliczce?
Właściwie pod Wieliczką. Tę lokalizację też wybrałam nieprzypadkowo, bo leży na tyle blisko centrum Krakowa, że bardzo szybko i łatwo mogę się dostać na Rynek Główny, jeśli tylko mam na to ochotę. No, może poza godzinami szczytu komunikacyjnego. Ale muszę tu zauważyć, że Wieliczka sama w sobie jest niesamowitym miastem. Moim zdaniem to taka wisienka na torcie Krakowa, królowa małych miasteczek.

Miejsce z ogromnie długą i bogatą historią, które nie ma i nigdy nie miało kompleksów bycia prowincją w obliczu sąsiadującej z nim metropolii i nie zabiegało o włączenie w jej granice. Żyje własnym życiem i swoim rytmem.

W ostatnich latach Wieliczka niesamowicie rozkwitła, stała się bardzo kolorowa, zadbana. Jest tu specyficzny mikroklimat i szczególna atmosfera, której nie niszczą nawet rzesze turystów, odwiedzających Kopalnię Soli. Dobrze mi się tu mieszka i spokojnie pracuje.

Co pani zdaniem decyduje o tej specyficznej atmosferze Krakowa i jego najbliższych okolic?

Poznałam Kraków i zaprzyjaźniłam się z nim. To miasto królewskie, a jak powszechnie wiadomo, król się nigdy nie musi spieszyć, dlatego czas pod Wawelem płynie zdecydowanie wolniej niż w innych miastach. Lubię to. Czuć tu taką leniwą atmosferę, mieszkańcy zawsze znajdą czas, by przysiąść na kawę i pogaduszki w kawiarnianym ogródku. Latem, niestety, Rynek Główny i okolice są systematycznie zadeptywane przez hordy turystów, co bywa męczące. Nauczyłam się jednak traktować ich jako część letniego krajobrazu, jako takich "sezonowych mieszkańców specjalnej troski". Trzeba być w stosunku do nich szczególnie miłym i wyrozumiałym.

Po pierwsze dlatego, że nie wolno nikomu odmawiać dostępu do kultury i sztuki, której symbolem w skali światowej z całą pewnością jest Kraków, no bo mamy się czym pochwalić, a po drugie - ze względów ekonomicznych. Nie oszukujmy się - przecież w dużej mierze to właśnie dzięki pieniądzom zostawionym w naszym mieście przez turystów może się ono tak bujnie i szybko rozwijać i wciąż odnawiać swoje oblicze. Zresztą jedni zwiedzający odchodzą, na ich miejsce pojawiają się następni, a stary dobry Kraków zostaje taki sam, nic nie traci ze swojej istoty. A my w ramach globalnej wioski będziemy wydeptywać ścieżki w innych uroczych miastach na świecie.

Stali mieszkańcy Krakowa znają miasto jak przysłowiową "własną kieszeń", mają w nim swoje tajemnicze ścieżki i zakątki, zawsze więc będą potrafili uciec przed zgiełkiem i tłokiem w jakieś inne, ciekawe i nie mniej urokliwe miejsca. Taką alternatywą dla "autochtonów" ostatnio przez kilka lat był właśnie wspomniany wcześniej Kazimierz, ale teraz i on został doceniony przez programy wycieczek i jest regularnie odwiedzany przez rzesze turystów, którzy jednak nie zawsze zdają sobie sprawę ze specyficznego historycznego wymiaru tego miejsca.

Czy kulturalny klimat Krakowa bardzo się zmienił na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat? Czy miasto to nie traci powoli statusu artystycznego centrum na rzecz innych miejsc, na przykład Wrocławia czy Poznania?
Nie wydaje mi się. Oczywiście, świat artystyczny Krakowa bardzo się zmienił przez te lata, ale to wcale nie znaczy, że na gorsze. Nie da się nie zauważyć, że inne wielkie ośrodki starają się "dogonić" Kraków, wymyślając najróżniejsze festiwale i imprezy, których zadaniem jest przyciągnięcie turystów, ale i szerzenie kultury po prostu. Moim zdaniem status tego miasta pozostanie jednak niekwestionowany, ze względu na wszystkie placówki kultury, które mają tu swoją siedzibę i są szeroko znane i cenione na świecie: liczne muzea, teatry, galerie, kluby, z ich długoletnią historią, tradycją i zasługami. To było, jest i będzie. Z tym, że dawniej było wiadomo, gdzie można posłuchać określonego rodzaju muzyki lub zobaczyć określony typ widowiska.

Miejsca kultury miały swój ściśle określony profil: jak chciało się posłuchać zbuntowanej alternatywy, która w sposób kulturalny, ale też mocno zgryźliwy komentuje otaczającą nas rzeczywistość, społeczeństwo i politykę - to szło się oczywiście do Piwnicy pod Baranami. Jak ktoś miał ochotę posłuchać jazzu, to spędzał wieczór w Klubie pod Jaszczurami, albo U Muniaka i tak dalej. Nowoczesną sztukę kontemplowało się w Bunkrze Sztuki, który jawił mi się wtedy jako miejsce dosyć elitarne, a centrum imprez studenckich była oczywiście Rotunda i kluby Miasteczka Akademickiego. Dziś wiele z tych miejsc zostało zamienionych na dyskoteki. Ale kultura w Krakowie nie umarła, wręcz przeciwnie - namnożyło się różnorodnych imprez. Problemem może być jedynie konieczność dokonania wyboru z wielkiego wachlarza propozycji. Ktoś, kto nie jest bardzo zorientowany w krakowskiej tematyce kulturalnej, na przykład przyjezdny, staje przed nie lada wyzwaniem. Praktycznie w każdym pubie, do którego wejdzie w weekend, znajdzie muzykę graną na żywo i na pewno miło spędzi wieczór, ale czy znajdzie to, czego naprawdę poszukiwał?

Uważa pani, że kulturalne życie Krakowa będzie "emigrować" gdzieś dalej i promieniować na inne dzielnice, na przykład Podgórze czy Nową Hutę? Do tej pory z pojęciem "kultura" łączyliśmy nierozerwalnie obszar Rynku Głównego i okolic Plant.

Myślę, że wszystko do tego zmierza. Trudno dziś znaleźć jedno, albo chociaż kilka głównych kulturotwórczych ośrodków, które skupiałyby wokół siebie całą artystyczną śmietankę Krakowa. Dawniej taką rolę pełniła z całą pewnością Piwnica pod Baranami, ale po śmierci Piotra Skrzyneckiego, który był bardzo charyzmatyczną postacią, to wszystko się jakoś rozeszło, rozdrobniło. Życie kulturalne, które dawniej faktycznie skupiało się w ścisłym centrum, teraz rozprzestrzenia się na inne dzielnice. Młodzi ludzie szukają swojej przestrzeni, alternatywnych lokalizacji. Nie są oni już tak zapatrzeni w tradycję, jak my byliśmy w ich wieku, nie lgną do miejsc, które nam wydają się kultowymi, tylko stwarzają sobie nowe. Jestem jednak optymistką i uważam, zgodnie z teorią "dezintegracji pozytywnej", że z takiego rozproszenia, rozdrobnienia kulturalnego i zróżnicowania poziomów oferty też może wyniknąć wiele dobrego. Może wtedy łatwiej zauważyć wybitne indywidualności artystyczne?

Czy w takim razie istnieje jeszcze grupa artystów, którą można by nazwać bohemą, cyganerią? Czy krakowskie środowisko jest silnie ze sobą powiązane? Czy ci ludzie chętnie ze sobą współpracują, przyjaźnią się?
Sądzę, że istnieje taka grupa, a tym, co najsilniej łączy jej członków jest fakt, że wybierają Kraków jako miejsce swojego życia i twórczej aktywności. Kraków nie test zbyt łaskawy dla artystów, którzy pragną zrobić spektakularną karierę. Brak tutaj wielkich ośrodków telewizyjnych i nie ma szans na szybką reklamę, szybką promocję i szybką popularność. Dlatego Kraków jest dla artysty miastem trudnym, wymagającym, w którym zawodowe losy na pewno układają się inaczej niż na przykład w Warszawie. Tam jest więcej pracy, więcej możliwości i szans zarobku, trudno więc się dziwić ludziom, którzy wyjeżdżają do stolicy, bo chcą szybko zobaczyć efekty swojej pracy.

W Krakowie trzeba po prostu robić "swoje", ale równocześnie mieć świadomość, że popularność może nie przyjść z dnia na dzień. Ja sama jestem z natury raczej odludkiem i nie zabiegałam nigdy specjalnie o to, żeby być w centrum jakiejś grupy towarzyskiej, ani nawet blisko całego tego artystycznego światka. Są to zawsze bardzo miłe spotkania, a kontakty zawsze twórcze, ale mam wrażenie, że każdy z nich woli pracować sam. To wielkie indywidualności, więc trudno mówić o jakiejś grupie artystycznej, ale współpracujemy ze sobą na potrzeby określonych przedsięwzięć kulturalnych i ciekawych projektów.

Na zakończenie chciałam zapytać, jakie są pani plany na najbliższą przyszłość?
Ten rok jest dla mnie szczególnie ważny, bo obchodzę 20-lecie swojej pracy artystycznej. Z tej okazji już 9 lipca wystąpię z jubileuszowym koncertem na Eko Union Of Rock Festival w Węgorzewie. Udało mi się zaprosić ciekawych artystów, którzy uświetnią to wydarzenie. Będzie Marysia Peszek i Anja Orthodox. Następny jeszcze większy koncert będzie na festiwalu w Lubinie. Wystąpią między innymi: Czesław Śpiewa, Gaba Kulka, Maria Peszek i Natalia Grosiak, artystka jeszcze nie bardzo popularna, ale myślę, że szybko podbije serca miłośników nieco trudniejszej muzyki. To młodzi alternatywni twórcy, którym kibicuję.

I największy z tych koncertów w ramach Studenckiego Festiwalu Piosenki, na którym zaczynałam. Poza tym na jesień planujemy premierę nowej płyty, zawierającej piosenki z przygotowanego przez chorzowski Teatr Rozrywki spektaklu muzycznego "ODJAZD", w nowych, często zaskakujących wersjach. Cały czas też koncertuję po całej Polsce. Tych planów i pomysłów jest więcej - nie chcę zdradzać wszystkich. Czas pokaże! A teraz muszę już kończyć, bo lecę na spektakl na Sarego do Bagateli na "Tramwaj zwany pożądaniem" według Dariusza Starczewskiego, w którym gram śmierć...

Rozmawiała Magdalena Wróbel

Sesja zdjęciowa: stylizacja: Dominika Adamczyk, OXA Fashion Art; makijaż: Ewa Grzelczak; fryzura: Anna Solarz, Salon Fryzjerski Ego; produkcja sesji: Grzegorz Bogusz; oświetlenie: Krzysztof Szkolnicki; zdjęcia: Agnieszka Kantaruk

Dowiedz się więcej na temat: Przemyk | Kazimierz | Kraków | Wieliczka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje