Gwiazdą może zostać każdy...

Beznadziejny głos, krzywe nogi i mdły życiorys już nie przeszkadzają w zostaniu gwiazdą show-biznesu. Dzisiaj bożyszczem tłumu może zostać każdy.

Przeszłość napisze się od nowa, nowe ciało stworzy w komputerze, a głos podłoży ktoś inny...

Reklama

Aby osiagnąć sukces na skalę McDonald'sa, trzeba mieć produkt przypominający hamburgera - mawia Iwan Szapowałow, jeden z najzdolniejszych demiurgów show-biznesu. Ten 35-letni Rosjanin, z zawodu psychiatra dziecięcy, dorobił się, kręcąc reklamówki keczupu i majonezu. Kilka lat temu, wykorzystując te same metody, co przy promocji żywności, wypromował kolejny produkt: Tatu, duet śpiewających nastolatek.

Zgodnie z panującą w show-biznesie zasadą, że dobra historia jest ciekawsza od historii prawdziwej, wymyślił im życiorysy, powiedział, co mają myśleć, czuć i mówić, napisał kilka przebojów i zespół ruszył na podbój świata. Efekt: zarobione krocie i kilka milionów płyt sprzedanych od Japonii po Wielką Brytanię.

- Show-biznes to oszustwo. Skończmy z mitami, że w tej branży sukces można osiągnąć bez wspomagaczy, tricków i pomocy macherów od wizerunku - mówi bez ogródek Sylwester Latkowski, autor filmów dokumentalnych o polskim show-biznesie.

Przebój dla wszystkich

- Teraz normą jest, że najpierw pisze się przebój, a dopiero później szuka jego wykonawcy - mówi Grzegorz Skawiński, lider zespołu KOMBII. Służą temu castingi, na które przychodzą spragnione sławy nastolatki, nieświadome tego, że zostaną cynicznie wykorzystane przez producentów. Kiedy już znajdzie się potencjalnych wykonawców, "produkt" trzeba odpowiednio opakować (ubrać, nauczyć gestów itp.) i zbadać zapotrzebowanie rynku (czy bardziej opłaci się stworzyć seksowną lolitkę, czy np. nieokrzesanego macho).

- O sukcesie decyduje to, jak sprzedasz człowieka, nie jego muzykę - uważa Trevor Horn, który wykreował m.in. Pet Shop Boys i Frankie Goes To Hollywood. Z takiego założenia wychodzi również Larry Rudolph, jeden z najlepszych speców od kreowania wizerunku gwiazd w USA. To on stworzył Britney Spears jako idealny produkt dla młodzieży, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. - Pierwszoklasistki widziały w niej przyjaciółkę. Była do tego wystarczająco seksowna, żeby z kolei dla licealistów być inspiracją do masturbacji - pisał śledzący karierę nastolatki z Luizjany dziennikarz "Die Weltwoche", który zwracał również uwagę, że "w pierwszym roku kariery Britney siedziała zawsze na podwiniętych nogach, tak jak najlepsze przyjaciółki sadowią się w swoich dziecinnych pokojach".

A kiedy wizerunek lolity się wyczerpywał, by zawalczyć o dorastającą publikę, przeobraziła się w dojrzałego wampa. Amerykańskie bulwarówki twierdzą, że za wszystkim stał Larry Rudolph, który miał ponoć decydować nawet w sprawach małżeństwa swojej podopiecznej.

Obserwatorzy zachodniego przemysłu rozrywkowego konstatują, że plastikowe gwiazdy typu Britney Spears są do tego stopnia zmanipulowane, że będąc w tłumie fanów i dziennikarzy nie potrafią odpowiedzieć na proste pytanie zadane z zaskoczenia. Składnie i bez zawahania potrafią powiedzieć tylko to, co wcześniej przećwiczyły ze specami od public relations.

Najemnicy show-biznesu

W Stanach Zjednoczonych produkcja gwiazd to wielki, świetnie zorganizowany przemysł, tzw. star system. Co chwilę kreuje się tam kolejnych idoli, bo publika i kolorowe pisma wiecznie domagają się nowości. Producenci, którzy twierdzą, że z "każdego kawałka drewna coś zrobią", wychodzą im naprzeciw.

Perfekcyjnie działająca machina promocyjna z niczego tworzy gwiazdę, która przez kilka sezonów jest w stanie utrzymać się na topie. Wytwórnie fonograficzne finansują nagrywanie płyt, a sztab najemników nakręca zapotrzebowanie mediów: piszą biografie, tworzą skandale, plotki, organizują trasy koncertowe... - W tym biznesie nic, poczynając od koloru włosów po sposób zachowania na scenie, nie jest pozostawione przypadkowi - mówi Sylwester Latkowski.

Bolesław Michałek, wybitny teoretyk kina, dzieło tworzenia gwiazdy porównywał do pracy laboratorium naukowego, w którym tworzy się nowy gatunek człowieka. Jeśli trzymać się tego porównania, to musiałoby to być laboratorium supernowoczesne, w którym pracują wyłącznie cyniczni naukowcy.

- Show-biznes to wielka kasa. A tam gdzie są pieniądze, pojawiają się nieczyste zagrania - uważa Grzegorz Skawiński.

Od zera do gwiazdy

Jak się robi coś z niczego? Drogę od zera do gwiazdy na podstawie historii ukraińskiej wokalistki Rusłany, która z mało znanej nawet na rodzimym podwórku artystki stała się ulubienicą fanów w całej Europie, przedstawiła Elina Słobodianiuk, redaktor kreatywna rosyjskojęzycznego magazynu "Zwierciadło reklamy", zajmującego się marketingiem i public relations.

- Pierwotnie repertuar i wygląd zewnętrzny Rusłany nie różniły się specjalnie od konkurencji. Tworząc produkt na miarę Europy, ze starego wizerunku wzięto tylko element narodowy, który wzmocniono. Do tego napisano nowe, pełne energii piosenki i opracowano śmiałe kostiumy. Dzięki specjalnym treningom Rusłana zaczęła na scenie wykonywać trudne układy taneczne i pokazywać więcej umięśnionego ciała - pisze Słobodianiuk.

Wtedy jej potencjał był już na tyle duży, że można było myśleć o wygraniu festiwalu Eurowizji. Artystkę wsparł w tym zespół speców od public relations - zorganizowano trasę koncertowa po krajach uczestniczących w głosowaniu i zrobiono dokładne rozpoznanie rywali. Rusłana wygrała w cuglach.

Sukces bez głosu

W Polsce produkcja gwiazd wciąż raczkuje. - Na wszystko brakuje pieniędzy. Teledyski niejednokrotnie kręci się na resztkach taśm wyproszonych u producentów reklam - mówi Sylwester Latkowski.

Jedną z nielicznych gwiazd, których karierę dokładnie zaplanowano, jest Mandaryna. Produkcja jej płyt zajęli się Niemcy z Groove Coverage, autorzy kilku dużych hitów wypromowanych na Zachodzie. Za wizerunek odpowiadał Michał Wiśniewski, ojciec sukcesu Ich Troje, prywatnie maż Mandaryny. Po tym, jak na festiwalu w Sopocie cała Polska usłyszała jej fałszujący śpiew, wokalistka już zapowiedziała, że zajmie się podbojem zagranicznych rynków (pierwsze sukcesy odniosła już w Niemczech i Austrii).

Widać tam nikt nie będzie robił jej zarzutów, że nie potrafi śpiewać. Były menedżer Mandaryny przyznaje bez ogródek: - Marta nigdy nie ukrywała, że nie potrafi śpiewać. Jego słowa nikogo nie powinny dziś dziwić. By stać się bożyszczem tłumów dobry słuch i głos już nie są potrzebne. - Koncerty są grane z playbacku.

W czasie coraz rzadszych występów na żywo partie solowe może wykonywać chórek, gwiazda tylko porusza ustami. W studio płyty nagrywają wynajęci anonimowi wokaliści, jak w przypadku Milli Vanilli. Gwiazda tylko się pod tym podpisuje i daje próbki głosu, by móc je dopasować do nagranego materiału. Tak było m.in. w przeboju "It's Raining Man" Geri Halliwell, w którym słabo słyszalny głos byłej gwiazdy Spice Girls pojawia się tylko momentami - zdradza znany muzyk, który od ponad 20 lat występuje na estradzie.

Maciej Cnota

Tekst pochodzi z gazety

Dowiedz się więcej na temat: show-biznes | Sylwester | show

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje