Gwiazdy są tylko na niebie!

Rozmowa z Łukaszem Zagrobelnym.

Posiadasz tajemniczo brzmiący tytuł magistra sztuki o specjalności dyrygent chóralny. Skąd ten wybór?

Reklama

Łukasz Zagrobelny: Ukończyłem szkołę muzyczną 1 i 2 stopnia. 13 lat grałem na akordeonie, jednak w pewnym momencie swojej muzycznej edukacji zdałem sobie sprawę, że chciałbym związać moje życie ze śpiewem. Niestety nie miałem odwagi, żeby porzucić wrocławską uczelnię i przenieść się do Katowic, gdzie znajduje się jedyny w Polsce Wydział Instrumentalno-Wokalny, stąd też nie chcąc zrywać kontaktu z muzyką , postanowiłem skończyć Akademię Muzyczną we Wrocławiu i zdobyć tytuł magistra sztuki.
Twoje życiowe wybory są naprawdę niecodzienne i mało popularne wśród męskiej części populacji. Dyrygent chóralny to raz. Dwa - technikum ekonomiczne o profilu eksploatacja pocztowa.

Każdy mój wybór tak naprawdę wynika z faktu, że swoje życie poświęciłem i podporządkowałem muzyce. Co do technikum ekonomicznego to... był to po prostu dość łatwy i bezbolesny sposób na zrobienie matury (śmiech).

Jednak ani akordeon, na którym grałeś prawie 13 lat, ani okienko pocztowe stały się twoim przeznaczeniem. W 1998 roku poznałeś Elżbietę Zapendowską, która zaprosiła Cię na warsztaty wokalne, a już rok później znalazłeś się w gronie debiutantów Festiwalu Opolskiego. Jak wspominasz pracę z Zapendowską? Naprawdę jest tak groźna, wymagająca i krytyczna, jak o niej mówią?

Jeżeli chodzi o sprawy zawodowe, to Pani Ela jest naprawdę wymagającą osobą. Profesjonalistka w każdym calu. Szczera i bardzo krytyczna. Tak naprawdę tylko ona potrafi ocenić stojącego przed nią młodego człowieka i stwierdzić, czy będzie z niego wokalista, czy nie. Prywatnie - to przecudowna, kochana, przemiła, sympatyczna osoba. Do dzisiaj przyjaźnimy się.

Pamiętasz swój pierwszy występ na Festiwalu w Opolu?

Oczywiście, że pamiętam. Mój debiut nie należał jednak do udanych z powodu strasznej anginy, której nabawiłem się przed samym występem. To cud, że w ogóle wydobyłem wtedy z siebie jakieś dźwięki. Zżerała mnie ogromna trema, która bardziej wynikała z kondycji fizycznej, niż ze strachu przed publicznością. Poza tym miałem do zaśpiewania bardzo trudną piosenkę, którą teraz, po tylu latach i zdobytym doświadczeniu bałbym się znów zaśpiewać. Nigdy natomiast nie zapomnę opolskiej widowni i ciepłego przyjęcia przez publiczność. Coś niesamowitego.

W czasie tego festiwalu poznałeś Natalię Kukulską, która zaproponowała Ci współpracę (śpiewanie w jej chórku). Zrodziła się między wami przyjaźń, która trwa do dziś. Jaka jest na co dzień Natalia?

Natalia to super osoba. Wesoła, imprezowa. Często po koncertach zdarzały nam się przezabawne historie. Natalia jest w stu procentach profesjonalistką, która dba o każdy szczegół i nad wszystkim panuje. Cieszę się, że mogłem z nią pracować. Dzięki niej nauczyłem się wielu rzeczy, które dzisiaj bardzo mi się przydają.

Jedną z konsekwencji opolskiego debiutu było także zaproszenie (przez kierownika Teatru Muzycznego Roma - Macieja Pawłowskiego) na casting do Romy, która miała właśnie wystawić światowy hit "Miss Saigon". Jak przyjąłeś informację, że zagrasz jedną z głównych ról ? Spodziewałeś się takiego wyróżnienia?

Z jednej strony bardzo się cieszyłem, z drugiej zaś bardzo bałem się czy sobie poradzę. Nie miałem wtedy absolutnie żadnego doświadczenia aktorskiego na scenie musicalowej. Obawiałem się słów krytyki. Na szczęście jakoś dałem radę, a jak pokazał czas, lata spędzone w Romie wyszły mi na dobre.

Dowiedz się więcej na temat: śmiech | Artysta

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje