Inga Iwasiów: Ostatniej rozmowy z tatą nie pamiętam

Mówimy często, że dziś jesteśmy odizolowani od śmierci, i że to jest złe. Dawniej było czuwanie przy zwłokach, a dziś udajemy, że śmierci nie ma. Ale ja myślę, że to trochę myślenie magiczne - posiedzę trzy dni w jednym pokoju ze zmarłym i będzie mi potem łatwiej. (...) Ja mogę pogodzić się z widokiem martwego ciała, ale nie mogę pogodzić się z tym, że kogoś już nie ma - mówi Inga Iwasiów, literaturoznawczyni, poetka, prozaiczka, autorka książki "Umarł mi".

O śmierci ojca dowiedziała się w hotelowym pokoju w Gdyni, 300 kilometrów od rodzinnego Szczecina. Tata nie chorował ("miał jakieś przypadłości, ale nie większe niż ja w tej chwili"). Tego dnia poodkurzał ("żeby mama nie musiała tego robić"), wybierał się do pracy.  Źle się poczuł, zasłabł.  Po godzinie zmarł.

Reklama

Na swojej stronie internetowej Inga Iwasiów napisała: "Nie pisałam, chociaż wydarzyło się tak wiele, w rutynie quasi-dziennikowej byłoby co notować. W blogu znów wahanie: wypuścić w  świat straszne zdanie, czy zostawić je w sobie? Jakby nigdy nic wrócić do komentowania wyjazdów, wizyt, spotkań, lektur, zdarzeń bieżących, a może już dać spokój? Nie wiem co jest lepsze, jednak napiszę: zmarł mój tata, więc już nie jestem córeczką tatusia".

Katarzyna Pruszkowska: Przypomniała sobie pani ostatnią rozmowę z ojcem?

Inga Iwasiów: - Nie przypomniałam sobie. Myślę, że to jest typowe zasłonięcie: często czujemy się winne, mamy niedosyt związany z kontaktami ze zmarłą osobą, uruchamiają się wyrzuty sumienia. U mnie czegoś takiego nie było, powiedziałam nawet, że żałuję, bo nie mam nic złego do powiedzenia o moim ojcu.

- Jasne, były momenty, kiedy zachowywałam się niewłaściwie, szczególnie we wczesnej młodości, ale nie było to nic takiego, przez co nie mogłabym spać, czego nie mogłabym sobie wybaczyć. Więc ułożyło się tak, że robię sobie wyrzuty z powodu  ostatniej rozmowy. Ta klapka zapadła po to, żeby została zachowana jakaś równowaga.

Powiedziała pani, że śmierć ojca była niespodziewana. Na nic nie chorował?

- Zupełnie niespodziewana śmierć. Oczywiście, miał jakieś przypadłości, ale nie większe niż ja w tej chwili. Rano wstał, poodkurzał dywan, żeby mama nie musiała tego robić, zbierał się do pracy. Usiadł w fotelu, mama usłyszała dziwny dźwięk, jakby kaszel. Zaczęła tatę reanimować, potem przyjechały dwie karetki, jedna po drugiej. Ale to nic nie dało, tata zmarł w mieszkaniu.

- Nie chcieliśmy sekcji zwłok, bo dziś nie robi się ich bez wyraźnej potrzeby, diagnoza brzmiała "ostra niewydolność oddechowa", czyli prawdopodobnie zator płucny.

Czy sekcja i ustalenie dokładnej przyczyny śmierci mogłyby coś ułatwić?

- Nie, to pewnie był zator, najczęstsza przyczyna gwałtownych śmierci. Moja mama, która z zawodu jest pielęgniarką, widziała wiele takich śmierci i czasem wraca do tego, pyta "co to mogło być?", "czego nie dopatrzyłam?". Ale ja sądzę, że nie mieliśmy na nic wpływu, tata mógł brać garść tabletek, chodzić po lekarzach, ale takie nagłe śmierci się po prostu zdarzają. Nie ma sensu się obwiniać.

Napisała pani, że trudno było wam rozstać się z rzeczami ojca. Tam, skąd pochodzę, rzeczy zmarłych często rozdaje się rodzinie, najbliższym sąsiadom.

- Taki zwyczaj  bardzo mi się podoba, my też oddałyśmy niemal całe wyposażenie mieszkania babci spokrewnionym osobom, które ich potrzebowały. Ale nie obcym. Tutaj pojawia się  szczególna kategoria "ludzi, którzy zasługują na te rzeczy i ludzi, który na nie zasługują".

- Przecież wiadomo, że ubrania, które trafiają do kontenerów PCK, wcale nie są zabierane od razu. Są przerabiane na szmaty,  zabierają je zbieracze i rozwlekają po osiedlu. Nie chcę, żeby moja mama zobaczyła osiedlowego pijaczka w kurtce taty. Myślę, że chodzi też o pewien rodzaj buntu - ten człowiek w kurtce taty idzie po kolejne piwo, a tata już nie chodzi po chleb i wodę mineralną.

Te rzeczy należały do kogoś drogiego, więc można je traktować w kategoriach daru.

- Tak, a dary nie powinny walać się po śmietnikach i być używane tak, jak nigdy nie użyłby ich ten, który nie żyje.

Pani ojciec został pochowany w niewłaściwym garniturze, co obie z mamą bardzo przeżywałyście. Czy wcześniej przygotował sobie ubranie, w którym chce być pochowany?

- Nie, nie o to chodziło, tata zmarł tak nagle, niczego takiego nie przygotował. Babcia miała swój komplet do trumny, szykowała go przez ostatnie 10 lat życia i co jakiś czas aktualizowała zgodnie ze zmianami w modzie. Oczywiście nie mówiła tego wprost, raczej półsłówkami: "zobacz, to ten". Śmierć taty była niespodziewana i przedwczesna - miał 70 lat.

- Oczywiście w czasie, w którym babcia chorowała i już po jej śmierci czasem rozmawialiśmy o tym, jak wyobrażamy sobie nasze odejście. Zazwyczaj te rozmowy były inicjowane przez mamę, przekonaną, że umrze przed swoim mężem. Tata kwitował te rozmowy z humorem, z ironią. Mówił na przykład, że garnitur od krawca Mariana, brata babci, nadaje się "tylko do trumny", w sensie - do niczego, bo to był ciężki, brzydki garnitur, zupełnie nie w stylu taty. A potem okazało się, że rzeczywiście został w nim pochowany.

- To była pomyłka, mama zajrzała do szafy i wyjęła ten, chociaż obok wisiał właściwy, kupiony na ślub mojego syna. Po prostu chcieliśmy ubrać tatę w coś lepszego, niż "garnitur od Mariana".

Pani tata życzył sobie pogrzebu świeckiego, pani zdecydowała, że odbędzie się religijny. Dlaczego?

- Tak, podjęłam taką decyzję nawet się nie zastanawiając, oczywiście za zgodą mamy. Tata był osobą bardzo wrażliwą, troskliwą, myślę, że by nas zrozumiał. Ani mama, ani ja nie byłyśmy nigdy na pogrzebie świeckim, nie wiedziałybyśmy, jak mamy się zachować. W takiej sytuacji ksiądz wydaje się właściwą osobą na właściwym miejscu, urzędnik by nas drażnił, pewnie myślałabym, że w jego roli byłabym lepsza.

- Oczywiście, nie bez znaczenia było to, że większa część rodziny to katolicy i myślę, że nie uznaliby brak  księdza za wykroczenie, może nawet za skandal.  Obwinialiby mamę, a ja nie mogłam na to pozwolić. Wielu osób podejmuje takie decyzje, wspierając niechcący tchórzliwie kościelne statystyki. Ale wtedy nie zależało nam, żeby cokolwiek manifestować, ale żeby przeżyć.

Myśli pani, że ostatnie pożegnanie - mam na myśli to w kaplicy lub domu pogrzebowym, jest dla każdego? Ja żałuję, że w nim uczestniczyłam, bo teraz, zamiast żywego, bliskiego człowieka, pamiętam tylko to, jak leżał w trumnie.

- Ciekawe, bo mój 30-letni syn powiedział mi ostatnio coś bardzo podobnego. Kiedy żegnaliśmy babcię, był z nami w sali pożegnań, wspierał nas. Babcia po śmierci była bardzo zmieniona, to był taki moment, kiedy tragedia pomieszała się z groteską, bo moja mama nie rozpoznała swojej teściowej. Mój syn zachowywał się wtedy niezwykle dzielnie, ciepło, wspierająco. Na pożegnanie dziadka nie zdążył,  przyjechał już na pogrzeb.

- Mój tata chciał być poddany kremacji, więc do tego przygotowywałyśmy go we dwie z mamą. Poszłyśmy na pożegnanie, w którym - brutalnie mówiąc - chodzi o rozpoznanie i pokwitowanie osoby zmarłej. I syn powiedział mi, że cieszy się, że nie widział dziadka w trumnie, więc ja cieszę się, że wzięłam to na siebie i odizolowałam synów. Ma pani rację, to nie jest widok dla każdego.

- Mówimy często, że dziś jesteśmy odizolowani od śmierci i że to jest złe. Dawniej było czuwanie przy zwłokach, a dziś udajemy, że śmierci nie ma. Ale ja myślę, że to trochę myślenie magiczne - posiedzę trzy dni w jednym pokoju ze zmarłym i będzie mi potem łatwiej. Jakbyśmy o istnieniu śmierci dowiadywali się dotykając zwłok. Tymczasem bez względu na czuwanie, kontakt z materialnością śmierci, strata zostaje. Ja mogę pogodzić się z widokiem martwego ciała, ale nie mogę pogodzić się z tym, że kogoś już nie ma.

Czy "grzeszenie przeciw żałobie", o którym napisała pani w książce, było próbą zapomnienia o śmierci ojca?

- Nie, to nie była próba zapomnienia, ale uleganie koniecznościom życia codziennego. Nazwałam tę krzątaninę "grzeszeniem", umieściłam w świecie religii, chociaż moja żałoba nie miała charakteru religijnego. Chodziło mi o to, że miałam potrzebę umieszczenia jej w szczególnym czasie, co okazało się niemożliwe - co  próbowałam podkreślić. Że w rzeczywistości społecznej, w której żyjemy, nie można tak po prostu oddać się przeżywaniu żałoby.  

Są osoby, które przeżywają ją latami.

- Myślę, że w naszej rzeczywistości jest tak, że są osoby w permanentnym kryzysie, uważane za wrażliwsze, słabsze, którym daje się taryfę ulgową i takie, która uważa się za silne. Te drugie zawsze powinny sobie radzić. Często relacje z nimi oparte są właśnie na tym założeniu, że się nie załamią, nie będę potrzebowały wsparcia. Przecież mówi się: "taka silna, a się załamała".

- Jednak w naszym codziennym życiu, w tym, w którym chodzimy do pracy, zajmujemy się rodziną, mamy jakieś sprawy pozazawodowe - nie ma miejsca na mówienie "jestem w żałobie" i niepodejmowanie innych aktywności. Tempo życia nie pozwala być w żałobie.

To bez znaczenia, czy opłakujemy śmierć dzieci czy dorosłych?

- Znam ludzi, którzy stracili dzieci i wiem że po ich śmierci dostają od otoczenia  większe przyzwolenie na załamanie. Taka śmierć wydaje się końcem świata i oczywiście jest nim, co nie oznacza, że potem nie ma już życia. Powoli wracamy do rzeczywistości i  otoczenie nas zwykle wspiera  dając nam czas. A śmierć rodziców jest osadzona w naturalnym porządku, mówi się, że każdy z nas straci rodziców, że to naturalna kolej rzeczy, przykry moment, nawet bardzo, ale na pewno nie koniec świata. Dlatego dorosły, który rozpacza po śmierci rodziców jest wystawiony na ocenę - że za bardzo przeżywa tę stratę.

- Zauważyłam, że istnieją też pewne kręgi związane ze startą bliskich. Dzieci są w pierwszym - po nich możemy rozpaczać najbardziej, najdłużej. W drugim są  małżonkowie, dalej rodzice i rodzeństwo. A dziadkowie w ostatnim. Nie wypada bardziej płakać po babci niż po małżonku, chociaż przecież są osoby, które mogą być bardziej związane z dziadkami niż z partnerem.

- Te kręgi mówią nam, która śmierć uprawnia nas do rozpaczy, a która najwyżej do smutku. Kiedy załamanie jest zrozumiałe, a kiedy świadczy o nadwrażliwości. Śmierć starszych osób często komentuje się słowami: "miała długie życie"

Albo "odeszła w pokoju".

- Tak, "przynajmniej nie cierpiała"

"Doczekała się wnucząt".

- "Długo żyła" - i wiele innych. Tak, ta cała wata pocieszeń ma nas trzymać w pionie, pokazywać, że śmierć  nie kończy świata.

Warto sięgać po te puste formułki i powtarzać je komuś, ktoś stracił kogoś bliskiego?

- Tak. W przeżywaniu żałoby jest miejsce na wszystko, także na te, z pozoru puste, rytuały i słowa.  Wiemy przecież, że ludzie często nie wie wiedzą co powiedzieć, jak się zachować. Dlatego warto docenić fakt, że przynajmniej się starają.

Jak powinna wyglądać dobrze przeżyta żałoba?

- Nie znajduję łatwej odpowiedzi. Żałoba religijna ma swój rytm - wkłada się czerń, chodzi na msze, zamawia wspominki. W innych kulturach po jakimś czasie od pierwszego pogrzebu ponownie grzebie się zmarłego. Dzięki tym rytuałom i sekwencji zdarzeń, łatwiej się odnaleźć w żałobie, wrócić do równowagi w bezpieczny sposób.

- W przypadku żałoby "cywilnej" jest inaczej. Nie ma tego rytmu, więc trzeba poszukać go na własną rękę. Zadawać sobie pytania: "co jest najlepsze dla mnie?", chociaż oczywiście taka rozmowa z samym sobą wcale nie jest łatwa. Czy wolę być sama czy wyjść do ludzi? Czy chcę mówić o tej stracie czy nie? Czy siedzieć w domu czy wyjść na imprezę? A kiedy wybiorę imprezę - czy nie jest to forma zagłuszania uczuć?

Oczywiście,  psychologia powiedziałaby, że takie odkładanie myślenia się mści, że przychodzi moment, kiedy stajemy się bezradne wobec  przeżyć. Dlatego najważniejsze jest znalezienie równowagi. Brzmi łatwo, jest trudne,  bo przecież nie dostajemy wolnego w pracy i codzienności dlatego, że ktoś na umarł. Dwa dni na pogrzeb, a potem wracamy do "normalnego" życia. Oczywiście można iść do psychiatry i dostać zwolnienie lekarskie, ale żałoba to nie choroba.

Powiedziała pani, że dziś nie ma czasu na oddanie się przeżywaniu żałoby. Ile czasu chciałaby pani mieć?

- Trudne pytanie. Dawniej uważano, że żałoba powinna trwać rok - bo trzeba przeżyć wszystkie ważne daty, wszystkie ważne wydarzenia już bez tej osoby, która odeszła. Święta, urodziny, a także rocznicę śmierci. Dziś jest inaczej, ze względu na przyspieszenie tempa życia nikt już nie da nam roku.

- Ile dziś powinna trwać żałoba? Miesiąc? Trzy? Kto może zadecydować, że już wystarczy, że pora wracać do "normalnego" życia? Oczywiście z każdym mijającym miesiącem mniej płaczemy, częściej się uśmiechamy. Wizerunki zmarłych ocieplają  się, bolesne wspomnienia zaczynają wywoływać zadumę, z czasem mogą stać się nawet miłe. Ale przecież z tą stratą musimy żyć do końca życia. 

-----

Książka "Umarł mi" ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne.

Dowiedz się więcej na temat: inga iwasiów

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje