Irlandia Północna: Państwo, w którym wciąż trwa wojna podjazdowa

Belfast to miasto, które dla przeciętnego Europejczyka nadal jest zagadką. Formalnie Irlandia Północna jest częścią Zjednoczonego Królestwa, stale jednak walczy o swoją autonomię. Aleksandra Łojek w swojej nowej książce "Belfast. 99 ścian pokoju" opowiada o trudnych i wciąż nieuporządkowanych relacjach katolików i protestantów, a także o tym jak wygląda życie polskiej imigrantki w mieście murów i interfejsów.

Dominika Dziubińska: Kiedy 10 kwietnia 1998 roku podpisywano Porozumienie Wielkopiątkowe oczekiwano, że konflikt między katolikami i protestantami  raz na zawsze się zakończy?

Reklama

Aleksandra Łojek: - Myślę, że nadzieje były takie, że konflikt zostanie rozwiązany i wszystko będzie wyglądało trochę inaczej. Zakończy się coś w rodzaju wojny cywilnej. Samo Porozumienie mówiło o tzw. share space- share future, czyli wspólnym dzieleniu tej samej przestrzeni, która zamieszkana jest niemal w równym stopniu przez Irlandczyków i Brytyjczyków, no i oczywiście współgospodarowaniu przyszłością. Zakładano, że rzecz zakończy się pokojem.

Po podpisaniu Porozumienia sytuacja się poprawiła?

- W pewny sensie panuje tutaj pokój. Raz na zawsze zakończył się konflikt, który w Irlandii Północnej nazwany był "Kłopotami". Ale ponieważ jest to społeczeństwo postkonfliktowe, a powstałe w wyniku konfliktu rany są jeszcze świeże, nie wszystkim łatwo jest się pogodzić z tym, że Irlandia Północna wciąż należy do Zjednoczonego Królestwa. Nie wszyscy są również gotowi, aby zapomnieć o tym, co działo się przez ostatnie dziesięciolecia.

Dlaczego tak mało słyszy się o sytuacji w Irlandii Północnej? Wiadomości o Izraelu spływają do nas na bieżąco...

- To jest bardzo stary konflikt, same "Kłopoty" trwały wiele dekad. Może właśnie przez to, że jest "wieczny", nie budzi już takiego zainteresowania.  Z drugiej strony o Irlandii Północnej naprawdę sporo się wie na terenach postkonfliktowych. Gdybyśmy wyjechali do wspomnianego przez panią Izraela i Palestyny, to tam o irlandzkim konflikcie mówi prawie każdy. Głównie dlatego, że rozwiązania wprowadzone przez rząd i organizacje charytatywne w Irlandii Północnej są bardzo innowacyjne i oryginalne, więc eksportuje się je i zaszczepia do innych miejsc ogarniętych konfliktami.

-  Ale Zjednoczone Królestwo nie jest dumne z faktu, że w tzw. "ostatniej kolonii" - jak niektórzy Brytyjczycy nazywają to miejsce - jest tak niespokojnie, więc nie zależy im też na zbytnim rozpowszechnianiu tych informacji. Przykładem może być tutaj wielka cenzura nałożona przez rząd brytyjski na Irlandię Północną, o której prawie nikt nie wie.

W jaki sposób przejawiała się ta brytyjska cenzura?

- W 1988 roku Margaret Thatcher wprowadziła tzw. Northern Ireland Ban. Był to projekt zakładający, że wszyscy ludzie, którzy z punktu widzenia rządu brytyjskiego powiązani byli z "organizacjami terrorystycznymi" (mogły to być zarówno organizacje lokalne lojalistyczne jak i republikańskie), powinni być pozbawieni prawa do wypowiadania się na antenie radia i telewizji. Ponieważ to nie zawsze było możliwe, wprowadzono pewien podstępny plan. Podkładano wypowiadającym się w mediach  "terrorystom" głosy znany aktorów brytyjskich, żeby zmniejszyć ich wiarygodność w oczach odbiorców.

- Kiedy w telewizji pojawiał się np. Gerry Adams (aktywista radykalnego nurtu katolików walczącego o zjednoczenie Irlandii Północnej, przywódca  Sinn Féin - przyp. red.  ), jego głos zastępowano głosem popularnego aktora. Widzowie, którzy oglądali program i znali już wcześniej prawdziwy głos Adamsa zastanawiali się czy to, co mówi w ogóle ma sens. Ten sposób dyskredytowania działaczy był czymś unikalnym na skalę światową.

- Prasa również była dyskretnie monitorowana. W sytuacjach, w których do końca nie było wiadomo czy Zjednoczone Królestwo nie współpracuje przypadkiem z organizacjami paramilitarnymi, zdarzało się, że Ministerstwo Obrony Zjednoczonego Królestwa wysyłało do gazet okólniki z prośbą o niepublikowanie zdjęć konkretnych osób w kontekście podejrzanych opowieści.

W Belfaście nie ma wojny, ale nie ma też pokoju. Północnoirlandczycy żyją więc w stanie ciągłego zawieszenia?

- W niektórych dzielnicach jest pięknie, kolorowo i kosmopolitycznie. Centrum Belfastu jest stosunkowo bogate, nowoczesne. Państwo przeznacza ogromne środki na rozwój sztuki. Są zatem takie miejsca, które możemy nazwać idyllą. Klasa średnia praktycznie nie zauważa trwającego wciąż konfliktu.

- Z drugiej strony istnieją również dzielnice, w których mieszkają ludzie bardzo biedni, potomkowie osób, które wcześniej bezpośrednio brały udział w konflikcie lub też tzw. "ekskombatanci", jak sami lubią o sobie mówić. W tych miejscach mnożą się problemy zarówno finansowe, emocjonalne jak i doświadczenia posttraumatyczne. Mieszkańcy tych rejonów  mają duże problemy z odnalezieniem się na nowo, tym razem w czasach pokoju. Alkoholizm, narkotyki to problemy dnia codziennego, a politycy niechętnie zwracają wzrok w stronę takich problematycznych dzielnic albo zwracają na nie uwagę tylko w okresie przedwyborczym.  Niektórzy uważają, że nadal trwa tam wojna podjazdowa.

Nienawiść lojalistów do republikanów czy też protestantów w stosunku do katolików jest dziedziczona z pokolenia na pokolenie?

- To pytanie jest jednostronne. Nienawiść lojalistów do republikanów i odwrotnie - republikanów do lojalistów, bo przecież tu są dwie strony konfliktu. W Belfaście nadal istnieją miejsca, w których katolickie, czy też szerzej, republikańskie dzieci nigdy nie spotkały protestanckich i odwrotnie.  Nie jestem zwolenniczką twierdzenia, że można dziedziczyć emocje, ale z pewnością jeśli w domu ta niechęć jest widoczna i ciągle się o niej mówi, a wychowywane w niej dzieci nie mają szansy skonfrontować opinii rodziców  z tym, jak sytuacja wygląda naprawdę, to rzeczywiście pojawia się wtedy taka głupia i ślepa nienawiść.

- Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że w mieście jest bardzo dużo ludzi, którzy pracują u samych podstaw. Starają się doprowadzać do jak najczęstszych i twórczych spotkań między dzieciakami z rodzin katolickich i protestanckich. Chodzi przede wszystkim o przełamywanie stereotypów, które wynoszą z domów. Problem tkwi w tym, że dzieci po zakończeniu tych warsztatów wracają do środowiska, które bywa, że nadal tkwi w poczuciu nienawiści dla tej drugiej strony i naprawdę ciężko jest je z niego wyciągnąć.

Jak w takim razie wygląda codzienne życie w mieście murów i interfejsów?

- To są dwa światy, wszystko zależy od adresu. Ja mieszkam obecnie w jednej z protestanckich dzielnic, tu na szczęście nie mamy murów. Życie jest bardzo spokojne, wygląda tak samo, jak w każdym innym mieście. Sytuacja byłaby zupełnie inna, gdyby los rzucił mnie do "interfejsu", czyli miejsca, w którym stykają się dzielnice katolickie z protestanckimi. Mieszkając w takiej okolicy należy brać pod uwagę bardzo wiele różnych czynników, nad którymi normalnie nie trzeba się zastanawiać np. czy brama jest otwarta, czy mogę swobodnie wychodzić wieczorami,  czy w okolicy nie ma zbyt dużo dzieciaków, które wałęsają się bez celu  i po prostu nudzą, szukając rozrywki.

- Wydawać by się  mogło, że nie ma nic gorszego niż spędzanie czasu w mieszkaniu z widokiem na mur, ale osoby, z którymi rozmawiałam, a które na co dzień żyją w interfejsach, twierdzą że mur to gwarancja ich bezpieczeństwa. Są też w Belfaście dzielnice, w których ludzie nie mają świadomości, że mury wciąż istnieją, a podczas "Kłopotów" nie brali w nich udziału. Miasto zdecydowanie żyje dwoma światami.

Wydaje się, że rząd brytyjski nie jest przesadnie zainteresowany sytuacją Irlandii Północnej. Mieszkający tam lojaliści nie mają o to żalu do Brytyjczyków?

- Zdecydowanie tak. Rzeczywiście rząd brytyjski właśnie takie sprawia wrażenie w oczach lojalistów. Czują się zaniedbani i w pewien sposób odrzuceni. Mimo demonstracji uczuć patriotycznych względem Zjednoczonego Królestwa, nikt nie zajmuje się ich losem tak, jakby tego oczekiwali. Rozmawiając z mieszkańcami wiernymi Zjednoczonemu Królestwu da się wyczuć poczucie rozczarowania brakiem wsparcia ze strony rządu brytyjskiego. Choć z drugiej strony, pomoc materialna dla mieszkańców Ulsteru nie jest mała...

Mamy zatem w Irlandii Północnej lojalistów i republikanów, a czy są i tacy, którzy nie czują się ani jednym ani drugim?

- Myślę, że takich osób jest coraz więcej. Mamy XXI wiek i ludzie po prostu chcą żyć w pokoju. Są tacy, dla których kwestia tożsamości nie jest aż tak paląca. Ważne jest dla nich to, że są częścią Europy. Coraz większa część społeczeństwa chce się raz na zawsze odciąć od tych tradycji postkonfliktowych. Na pytanie czy jesteś Brytyjczykiem czy Irlandczykiem, wzruszają ramionami i odpowiadają - Jestem Północnoirlandczykiem.

W książce "Belfast. 99  ścian pokoju" wspomina pani historię Jenny, która była dowódcą w jednej z organizacji paramilitarnych. Kobiety często piastują w nich tak wysokie stanowiska?

- O ile mi wiadomo, w tej chwili w brytyjskich i irlandzkich organizacjach paramilitarnych, kobiety raczej nie zajmują wysokich stanowisk. Nie oznacza to jednak, że nie mają władzy. Północnoirlandki  znają swoją wartość. Są silnymi osobowościami i da się wyczuć, że miały i mają bardzo duży wpływ na to, co się dzieje w kraju, a już na pewno na to, co się dzieje w ich dzielnicach.

- Jeśli chodzi o IRA w przeszłości, to była w niej nawet  frakcja  złożona z samych kobiet Cumann na mBan! W tej chwili nie ma raczej takich frakcji, które byłyby czysto kobiece.

A jakie są pani doświadczenia jako polskiej imigrantki, która pewnie - w opinii miejscowych - nie ma zielonego pojęcia o toczącym się konflikcie i żyje w cieplarnianych warunkach.

- Ponieważ pracuję jako mediator w organizacji charytatywnej i cały czas obcuję z miejscowymi, a także osobami pracującymi w innych organizacjach, coraz więcej rdzennych mieszkańców zdaje sobie sprawę z tego, że fascynuje mnie ich historia.

- Wciąż jednak zdarzają się sytuacje, w których ich reakcje zdradzają, że nie są do końca przekonani,  czy naprawdę jestem świadoma tego, o czym myślą i co nimi kieruje. Przez to, że muszę prowadzić mediacje między zwaśnionymi stronami (najczęściej między mniejszościami etnicznymi i lokalnymi), zrozumiałam w dużym stopniu sposób, w jaki żyją ci ludzie.

- Będąc w Belfaście, nigdy nie mieszkałam w dzielnicach klasy wyższej, staram się raczej wybierać te, które są z natury rzeczy trudniejsze. Dzielnice klasy średniej mnie nudzą, choć oczywiście jest w nich łatwiej żyć. Kiedyś wynajmowałam mieszkanie w dzielnicy ultrarepublikańskiej, a teraz przeniosłam się  z rodziną do ultraprotestanckiej. Mam wspaniałych sąsiadów.

W książce wspomniała pani, że Północnoirlandczycy mieli trudność z akceptacją przybyszów z innych krajów. Jak teraz wygląda sytuacja społeczności imigranckich?

- W tej chwili Irlandia Północna tkwi w potężnym kryzysie finansowym i szczególnie brytyjskie tabloidy piszą o imigrantach w sposób bardzo negatywny. Nastroje antyimigranckie rzeczywiście się pojawiają i nie wiązałabym ich z rasizmem, a raczej dbałością o własne interesy i lękiem przed obcymi. Dochodzi do napięć ze względu na niezadowolenie zarówno Irlandczyków, jak i Brytyjczyków, dla których imigranci są po prostu konkurentami do pieniędzy. Z całą pewnością nie można oskarżać tego miejsca o to, że jest rasistowskie.

- Należy pamiętać o tym, że w ciągu bardzo krótkiego czasu na teren postkonfliktowy przyjechały tysiące ludzi reprezentujących odmienne kultury. W tym momencie mieszkańcy Irlandii Północnej nie są jeszcze w stanie dojść do porozumienia  sami ze sobą, więc pojawienie się przedstawicieli różnych narodów, które mają odmienne potrzeby, własne roszczenia i różne pomysły na życie, może niektórych miejscowych przytłoczyć.

Zaciekawił mnie również poruszony przez panią kilkakrotnie na kartach książki problem alkoholizmu i narkomanii szerzących się w Irlandii Północnej.

- Tak, obecnie jest to niezwykle duży problem, głównie z narkotykami u bardzo młodych ludzi. Ale jednocześnie uruchomiono naprawdę ogromną liczbę programów integracyjnych, odwykowych, psychologicznych i konsultacyjnych, i walka o tych młodych ludzi wciąż trwa.

- Zjawisko jest bardzo złożone, to na pewno dziedzictwo konfliktu, dzieciaki są często pozbawione rodziców, ponieważ ich opiekunowie, psychicznie i mentalnie wciąż żyją w przeszłości, a często sami mają potężne problemy z uzależnieniem. Wiele młodych osób ma również problem z funkcjonowaniem w świecie pokoju.

Czy ten trwający od wieków konflikt ma w ogóle szansę się zakończyć?

- Wydaje mi się, że Irlandii Północnej potrzeba jeszcze więcej siły i dobrej woli, i to też ze strony przyjezdnych, imigrantów. Tak samo jak wszystkie inne konflikty, także i ten wymaga ogromnych nakładów pracy i cierpliwości z obu stron oraz mądrych rządzących, którzy skupią się na prawdziwych potrzebach ludzi. Jak zwykle, także i w tym przypadku, czas leczy rany.


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje