Jak się oblewali - gwiazdy wspominają śmigusa-dyngusa

Aktorka Olga Borys była "małym harpaganem" i chłopakom trudno było ją oblać. Piłkarz Piotr Świerczewski oblewał jadących z nim autem... płynem ze spryskiwaczy. Aktor Jacek Kawalec przeżył góralskiego dyngusa. W rodzinie Przemysława Salety skrapiano się... perfumami.

Koledzy z dzieciństwa nie mieli łatwo z Olgą Borys. Jak mówi o sobie aktorka: "byłam małym harpaganem". Potrafiła się bronić i trudno było ją oblać.  -Koledzy trochę się mnie bali. Skropili czasem leciutko, ale bez wylewnych zalotów, bo dostaliby po łbie - mówi z uśmiechem.

Reklama

Trudniejszą przeprawę aktorka miała z wujkiem, który chciał być elegancki i oblewał małą Olgę niezbyt wyrafinowaną męską wodą toaletową. -Dla małych dziewczynek był to najgorszy smród świata. (...) Wolałabym być zlana wodą niż zmywać z siebie ten zapach. Kiedyś zastanawiałam się, czy nie kupić hektolitrów jakiejś najgorszej damskiej wody i nie oblać nią chłopaków - żartowała.

Dużym poczuciem humoru wykazywał się były piłkarz reprezentacji Piotr Świerczewski. Kiedyś wpadł na pomysł, by nalać wodę do zbiornika na płyn do szyb w samochodzie i ustawić dysze tak, by skropić nią osobę stojącą obok. -Podjeżdżałem, pytałem o drogę i hop - włączałem spryskiwać. Zawsze lubiłem żyć na wesoło - powiedział.

Aktor Jacek Kawalec szczególnie zapamiętał, jak kiedyś w lany poniedziałek górale pozbawili go posiłku. -Spędzałem Wielkanoc na Kasprowym Wierchu. Było sporo śniegu. Akurat jadłem w barze zupę, gdy wpadło kilku krzepkich górali z wiadrami, by oblać kelnerki. Mieliśmy zupę z woda. "Wodziankę" - wspominał.

Najspokojniej lany poniedziałek przebiegał w rodzinie byłego pięściarza Przemysława Salety.  - Wielkiego lania w domu nigdy nie było. Tylko ojciec matkę z rana nieco pokropił perfumami - powiedział.

Szczególnie twardym charakterem wykazywała się aktorka Joanna Jabłczyńska, która Wielkanoc spędzała zwykle u dziadków w Czersku. Była jedyną dziewczyną, która wiodła rej wśród chłopaków. Dzięki uznaniu, jaki zyskiwała brylując na boisku i strzelając bramki, miała posłuch. "To ja wyznaczałam, którą dziewczynę oblać. Ewentualnie na sam koniec śmigusa-dyngusa, gdy już się nam nudziło, pozwalałam by i mnie oblano" - wspomina.

Dla kabareciarza Mariusza Kałamagi tradycja to rzecz święta. Przy nim nikt nie miał szans pozostać suchym. Brał z kolegami hydronetkę do samochodu i ostrzeliwali każdą napotkaną osobę, zwłaszcza dziewczęta.

-Oj, człowiek biegał za dziewczynami po blokach, po piwnicach i klatkach schodowych. Później dostawaliśmy ochrzan od gospodarza domu - wspomina były hokeista Mariusz Czerkawski.

Śmigusa-dyngusa dziennikarz i prezenter telewizyjny Michał Olszański wspomina, jako świetną zabawę. Wychowywał się na Bielanach w Warszawie, gdzie dzieciaki z różnych podwórek rywalizowały ze sobą. Jak podkreśla, zawsze była to przyjemna zabawa, bez szarż z kubłami wody.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje