Jarosław Gugała: Jedynak krótko trzymany

Odkąd pamięta, musiał być prymusem. W liceum zapowiadał się na koszykarza. Potem na muzyka...

"Jestem jedynakiem, ale nie takim rozpieszczonym. Moi rodzice mieli wręcz obsesję na punkcie tego, by nie wychować egoisty", mówi SHOW prowadzący "Wydarzenia" w Polsacie. Urodził się w niewielkiej osadzie Młynary niedaleko Elbląga. "Wiem, że na tej samej porodówce co ja, urodził się późniejszy marszałek sejmu Maciej Płażyński", opowiada nam dziennikarz. Po trzech latach rodzina Gugałów przeprowadziła się do pobliskiego Pasłęka. Tata Jarosława był dyrektorem w szkole podstawowej, mama w tej samej szkole uczyła polskiego.

Reklama

"Nie dopuszczałem do sytuacji, aby uczyła mnie. Kiedy brała zastępstwo w mojej klasie, zwalniałem się z zajęć", wspomina Gugała. Rodzice przyszłego dziennikarza byli wymagający - oczekiwali świetnych ocen i wzorowego zachowania. "Wagary nie wchodziły w grę. Odkąd pamiętam, musiałem być prymusem. I zawsze siedziałem w ostatniej ławce, bo byłem najwyższy w klasie", śmieje się Jarosław. Ze względu na wzrost (już w piątej klasie miał ponad 180 cm) trafił do szkoły sportowej. Grał w koszykówkę, uprawiał lekkoatletykę. Oprócz sportu w domu rodzinnym bardzo dużą wagę przywiązywano do muzyki. "Grałem na pianinie, a moja mama na gitarze. W mojej rodzinie muzykujemy zresztą do dzisiaj", wspomina.

W liceum przeżył pierwszą miłość. Zakochał się w Agnieszce, Austriaczce o polskich korzeniach. Niestety, był to związek na odległość. "Codziennie pisałem do niej listy. To trwało dwa lata", wspomina dziennikarz. Choć spotykali się tylko w czasie wakacji, dziewczyna miała na szesnastoletniego Jarka bardzo duży wpływ. "Agnieszka nauczyła mnie nawet palić papierosy. Rzuciłem je dopiero po kilkunastu latach", śmieje się Jarosław. Pierwsza młodzieńcza miłość nie przetrwała, ale szef "Wydarzeń" wspomina tamten czas z rozrzewnieniem. Choć trzeba przyznać, że złamane serce uleczył bardzo szybko... "Kiedy rozstałem się z Agnieszką, odkryłem, że dosłownie obok w naszym domu mieszka sympatyczna sąsiadka, na którą wcześniej w ogóle nie zwracałem uwagi", wspomina.

Idylla znów trwała krótko, bo dziewczyna wyjechała na studia do Gdańska, a Jarosław nowy rozdział życia zaczął w Warszawie. "Tym razem nie pisałem już listów, tylko jeździłem do niej pociągami lub autostopem. Podróże do Gdańska wykorzystywałem zresztą do przewożenia podziemnej prasy i znaczków Solidarności", zdradza. Jako student iberystyki na Uniwersytecie Warszawskim Gugała zaangażował się w działalność opozycyjną. "Uczestniczyłem w tworzeniu na uniwersytecie samorządu, działałem w nim. W stanie wojennym pomagałem wyciągać kolegów aresztowanych podczas manifestacji politycznych", opowiada o trudnych realiach lat 80. Na szczęście studia to nie tylko działalność opozycyjna. Jarosław znalazł też czas na rozwijanie wielkiej pasji.

Z kolegą z wydziału, Filipem Łobodzińskim, założył Zespół Reprezentacyjny. "Graliśmy na festiwalach studenckich w całej Polsce", opowiada. "To była muzyka bardzo zaangażowana. Dziś żartujemy, że uprawialiśmy jedyną dziedzinę, która się wówczas w Polsce dynamicznie rozwijała, a mianowicie - pieśń protestu. Jako muzycy całkiem nieźle zarabialiśmy jak na tamte czasy. Byliśmy członkami Związku Autorów i Kompozytorów ZAKR, dzięki czemu dostawaliśmy obowiązujące wówczas kartki żywnościowe na mięso czy masło. Tak wtedy wyglądała rzeczywistość", opowiada o swoim artystycznym życiu. Na scenie śpiewał m.in. katalońskie ballady. Takim repertuarem oczarował swoją przyszłą żonę Katarzynę.

"Poznaliśmy się na imprezie sylwestrowej, którą zorganizowałem u siebie. Kasia spotykała się wtedy z chłopakiem z Katalonii. Ale chłopak wrócił do siebie, a ja zostałem. Nie miał ze mną szans", uśmiecha się Jarosław. Z muzyka jeżdżącego po całej Polsce (Zespół Reprezentacyjny rocznie dawał około stu koncertów) Jarosław zmienił się w domatora. Wtedy też okazało się, że członkowie zespołu muszą podjąć poważną decyzję dotyczącą przyszłości. "Kiedy skończył się PRL, musieliśmy postanowić, co dalej. Ja zawsze chciałem pisać, jestem przecież z nauczycielskiej, polonistycznej rodziny. Nawet imię rodzice dali mi po Jarosławie Iwaszkiewiczu", przyznaje Gugała.

Działalność Zespołu Reprezentacyjnego została więc zawieszona, a Jarosław zajął się dziennikarstwem. Pod koniec 1989 roku zgłosił się na konkurs do telewizji. "Szukali reporterów i prezenterów, a ponieważ miałem duże doświadczenie sceniczne, a w czasach komuny pisałem do podziemnej prasy (pod pseudonimem Rafał Kalemba - przyp. red.), uznałem, że sobie poradzę", mówi szef "Wydarzeń". Najpierw trafił do działu zagranicznego. "Ale dosyć szybko wciągnięto mnie w prezentowanie wiadomości, zacząłem też zajmować się polityką", opowiada. W 1997 roku był już wydawcą i prezenterem programu publicystycznego "W centrum uwagi". Dwa lata później w jego karierze nastąpił nieoczekiwany zwrot. Gugała został powołany na ambasadora Polski w Urugwaju i wyjechał z rodziną do Montevideo. "Zostaliśmy tam cztery i pół roku", wspomina. Mimo kolejnych propozycji wyjazdu, nie chciał kontynuować kariery dyplomaty. "Moje dzieci zaczynały studia w Polsce. Uważam zresztą, że dziennikarstwo jest o wiele ciekawszym zawodem", kończy swoją opowieść Jarosław.

Oskar Maya

Dowiedz się więcej na temat: Jarosław Gugała

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje