Karol Strasburger: Mam na kogo liczyć

Po śmierci ukochanej żony ma obok siebie osoby, dzięki którym znowu się uśmiecha. Jego powiernikiem jest zaprzyjaźniony ksiądz.

Od 21 lat w niedziele gości w naszych domach jako gospodarz popularnego teleturnieju "Familiada". Zawsze elegancki, serdeczny, otwarty. Ludzie traktują go jak dobrego znajomego, sąsiada.

Reklama

Widziałam pana zdjęcia w mundurze lotniczym. Zmienia pan zawód?

Karol Strasburger: - Nie, choć lotnictwo bardzo mnie fascynuje. Byłem przewodniczącym Międzynarodowego Festiwalu Filmów Lotniczych w Dęblinie, którego tegoroczna inauguracja została połączona z uroczystością 90-lecia Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych (Szkoły Orląt). Ten strój był rodzajem żartu. W zeszłym roku uszyto dla mnie mundur pilota F-16. Czułem się jak prawdziwy generał i bardzo mi ta rola przypadła do gustu. W Dęblinie organizowane są też loty turystyczno-treningowe, ale ja nie siadam za sterami, jestem pasażerem.

Lubi pan latać?

- Lubię i latam dużo, choćby do Wrocławia na plan serialu "Pierwsza miłość". Kiedyś się bałem, ale teraz to dla mnie przyjemność. W tym roku poza podróżami zagranicznymi do Belgii, Holandii czy Włoch, podziwiałem też Kazimierz Dolny z "lotu ptaka". Jest cudny.

Niewiele brakowało, a zostałby pan marynarzem. Dlaczego pan zrezygnował?

- Byłem w szkole morskiej, studiowałem w Szczecinie i jako student nosiłem mundur. Po krótkim czasie pojawił się jednak w mojej głowie inny pomysł. Za namową mojej ówczesnej przyjaciółki, która zauważyła we mnie predyspozycje aktorskie, postanowiłem zdawać do PWST i tak zostałem aktorem.

Co panu daje siłę do życia?

- Od zawsze był to ruch i sport. To jest motor napędowy moich wszelkich poczynań. Kiedy źle się czuję, napotykam sytuacje stresowe, mam po prostu doła, to uciekam w sport. Gram w tenisa, jeżdżę na nartach, na rowerze, pływam. Ruch daje mi siłę i pozwala zapomnieć o trudach codzienności.

A jest coś poza sportem?

- Poza nim siłę zawsze daje bliska osoba - partner czy przyjaciel. Ważne, kim się otaczamy i kto nas motywuje do działania. Kiedyś była to moja żona, teraz najczęściej muszę radzić sobie sam. Na szczęście są obok mnie osoby, dzięki którym smutek zamieniam w uśmiech, a szare dni nabierają kolorów.

Niektórzy w trudnych chwilach zbliżają się do Boga. Czy to dobry sposób?

- Każdy sposób radzenia sobie z problemami jest dobry, o ile jest skuteczny. Jednak każdemu co innego pomaga i nie ma jednej recepty na troski. Wiara jest istotna i potrzebna. Z rzeczami, nad którymi tracimy kontrolę, jak choroby czy śmierć, nie zawsze łatwo sobie radzimy. Po takich traumatycznych przeżyciach musimy sobie w głowie wszystko na nowo poukładać i ustawić nasze myślenie w pozytywną stronę. W takich sytuacjach często szukamy ratunku w Bogu, wiara jest absolutnie potrzebna.

Wierzącym jest łatwiej?

- Na pewno tak. Oni wiedzą do kogo się odwołać, kto daje im siłę i nadzieję. Jestem osobą wierzącą, wychowaną w katolickiej tradycji. Wśród moich przyjaciół mam księdza i zdarza się, że to właśnie on, w najcięższych dla mnie chwilach, jest moim powiernikiem.

Od 21 lat prowadzi pan "Familiadę", a gdzie jeszcze możemy pana oglądać? 

- Jako gospodarz "Familiady" mam dużą swobodę, wiele zależy ode mnie i to mi odpowiada. Mogę być sobą, a naturalność jest wartością, którą bardzo cenię. Otrzymuję też zaproszenia do współpracy przy różnych projektach artystycznych. Nadal gram w "Pierwszej miłości" oraz spektaklu "Dzikie żądze". Z Jurkiem Bończakiem planujemy wyruszyć w Polskę i za granicę ze spektaklem "Prawda". Poza tym wciąż otrzymuję propozycje gry w spektaklach i produkcjach telewizyjnych. Nie korzystam jednak ze wszystkich, bo szanuję swój wolny czas i chciałbym go mieć jak najwięcej, by uprawiać sport i spotykać się z przyjaciółmi.

A co pan robił niedawno w krajach Beneluksu?

- W Belgii i w Holandii dzięki gościnności naszych ambasad spotkałem się z Polonią. Publiczność nie tylko mnie słuchała, ale i zadawała pytania. Okazją do spotkań była też książka o Holandii, w której wykorzystano moje zdjęcia z prywatnych podróży.

Ma pan już plany wakacyjne?

- One zawsze są podobne. Jak mam czas, to od wielu lat jeżdżę moim camperem do Grecji lub Chorwacji popływać na desce surfingowej. Odpoczynek jest rzeczą bardzo istotną. Zawsze namawiam innych, oczywiście w miarę możliwości, żeby wyjeżdżali i wypoczywali. To jest dobre dla zdrowia i dla psychiki.

Jest pan bardzo aktywny na Facebooku. Co panu to daje?

- Chcę podążać za nowymi technologiami i być na bieżąco ze wszystkim, co daje mi kontakt z ludźmi. Świat jest teraz tak zorganizowany, z internetu czerpie się informacje, także branżowe newsy. Dzięki Facebookowi wielu fanów może ze mną porozmawiać czy poprosić o autograf. Natomiast dziwią mnie prywatne zdjęcia z urlopów i uroczystości rodzinnych, czy też opisy, co ktoś zjadł na śniadanie. Nie rozumiem tego, ale szanuję, że ktoś tak już ma i musi to pokazać.

Pan chroni życie prywatne?

- Bardzo prywatnych rzeczy nie zamieszczam na Facebooku i będę tego się trzymać. To, co nie jest na sprzedaż, to moi bliscy, mój dom, ważne uroczystości prywatne i moje życie - zwykłego człowieka, który po zgaśnięciu fleszy i lampki w kamerze ma swój intymny świat. Nie chcę handlować moim życiem.

Rozmawiała: Ewa Leto

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje