Katarzyna Miller: Nie namawiam do zdrad

- W Polsce nadal brakuje rzetelnej wiedzy o seksie. Mimo tego, że - jak mówią niektórzy - "seks jest wszędzie". Ale podręcznika seksualności ludzkiej nie możemy się doczekać od lat. To czysty ciemnogród, gdzie zarabia się na seksie, ale udaje, że tego nie ma - mówi Katarzyna Miller.

Katarzyna Pruszkowska, INTERIA.PL: W jednym z wywiadów przeczytałam, że pani najnowsza książka "Słone ciasteczka. 10 opowiadań erotycznych" mogła ukazać się już kilka lat temu, jednak wydawnictwo zrezygnowało. Ukazała się dopiero teraz.  Czy ma to związek z jakąś większą przemianą społeczną, a może z sukcesem książki "50 twarzy Grey’a"?

Reklama

Katarzyna Miller: - Oczywiście, pewna zmiana zaszła. Ale to książka Grey’a, która zyskała ogromną popularność, pokazała wszystkim, także decydentom, że nie można ani zatrzymać, ani ignorować kobiecej twórczości. O seksie można przeczytać w prasie, w internecie - zwykle w kontekście pornograficznym, plotkarskim albo "poradnikowym": jak? kiedy? z kim? A w literaturze chodzi o historie, obrazy dla wyobraźni, dreszczyk, przeżycie, oswojenie się z tematem seksualności, przekroczenie tabu, wprowadzenie seksu w "samo życie".

- To jest  szalenie ważne, bo w Polsce nadal brakuje rzetelnej wiedzy o seksie. Mimo tego, że - jak mówią niektórzy - "seks jest wszędzie". Ale podręcznika seksualności ludzkiej nie możemy się doczekać od lat. To czysty ciemnogród, gdzie zarabia się na seksie, ale udaje, że tego nie ma. Ucieka się od problemu mówiąc, że uczyć seksu ma dom rodzinny, ale rodzice są zupełnie bezradni, bo ich nikt nie uczy, jak uczyć tego dzieci.

W Grey’u tej wiedzy chyba nie było za dużo...

- Grey jest powieścią wymyśloną. To opis marzeń młodej kobiety, idealistki, patrzącej na życie mało realistycznie. Jest trochę jakiegoś niby sadomasochizmu, żeby zanęcić perwersją, ale więcej naiwności, która nikogo nie obraża ani nie przestrasza. Dlatego ta książka jest łatwa i popularna.

- Ja napisałam książkę realistyczną, o bardzo różnych ludziach. Chciałam pokazać, że szczęście bywa, a nie jest, marzenia nie muszą się spełniać, często trzeba się napracować, żeby coś dostać. Chcę, żeby to, co piszę, było uczciwe i prawdziwe. Znam mnóstwo ludzi, słyszałam wiele ludzkich historii - i prywatnie, i w gabinecie - wiem, jak wygląda życie za zamkniętymi drzwiami. Na rynku jest wiele książek, które pokazują całą ohydę życia. Ja do tego ręki nie przyłożę. Chciałam pokazać, że za wysiłek i wykazanie się odrobiną mądrości można dostać nagrodę. Że warto.

Co to za nagroda?

- Na przykład udany związek. W jednym z opowiadań jest mężczyzna coraz bardziej zainteresowany kobietą. Na początku nie traktuje jej jak osoby, chciałby seksu, gdyby się "udało", ale ona nie poddaje się jego zachciankom, stawia mu swoje warunki. Jest prawdziwa, jest sobą. I co? On nie ucieka, czego boi się wiele kobiet, na zasadzie: "Jak się nie zgodzę, znajdzie sobie inną", ale  gubi się, próbuje, ucieka, wraca... Ta kobieta, która ma swoje zdanie, zaczyna go fascynować. Ona postawiła na swoim, a on nie zwiał, ale się nią jeszcze bardziej zainteresował.

- Powtarzam kobietom: bądźcie odważne, nie bójcie się stawiania warunków i mówienia, czego chcecie. Jasne, fajnie być czułą i miękką, ale kiedy trzeba - postawić się. Nie należy się też "wieszać" na mężczyźnie, ale mieć swoje życie. Takie kobiety - odważne - są naprawdę atrakcyjne.

W książce otwarcie pisze pani o otwartych małżeństwach: ludzie zdradzają, ale nie chcą opuścić dotychczasowych partnerów. Wielu ludzi stać na życie w takich związkach?

- To może dziwić, ale wielu ludzi stać. Oczywiście, to nie jest łatwe, wymaga mądrości. Ja powtarzam, że "genitalia się nie rozmyją". Zakochania, zauroczenia się przecież zdarzają wszystkim, ludziom w związkach też. Oczywiście, można sobie zabronić pewnych zachowań i snuć się po domu z nieszczęśliwą miną. Ale po co obciążać tym partnera?

- Kiedyś mój były mąż zauważył, że łażę nieszczęśliwa i zapytał o powód. A powód był taki, że spotykaliśmy się z pewną parą, ja poczułam, że ten drugi mężczyzna "za bardzo" mi się podoba i ograniczyliśmy kontakty. Na to mój bardzo mądry były mąż powiedział, żebym "puknęła" tego faceta i była szczęśliwa, bo on mnie woli szczęśliwą - dodaję dla wyjaśnienia, że rozstaliśmy się z innych powodów. Wielu ludzi boi się takich sytuacji, bo uważają, że to może zniszczyć ich związek. Jeśli mają takie obawy, to znaczy, że w tym związku i tak  nie wszystko  jest w porządku.

 - Ja ani nie usprawiedliwiam zdrad, ani do nich nie namawiam. Ale dziś świat wygląda zupełnie inaczej niż dawniej. Nie umieramy już w wieku 40 lat, dziś 40-letnia kobieta to ciągle młoda laseczka. Żyjemy długo, 70 - 80 lat i naprawdę trudno mieć na przestrzeni tylu lat tylko jednego partnera. Oczywiście, nie mówię, że takie historie się nie zdarzają, sama znam ze dwie takie pary. Nie wiem czy się zdradzają, czy nie, ale wiem, że nadal bardzo się kochają.

Ludzie nie zawsze się rozwodzą. Często boją się odejść.

- Tak, boją się, że nikogo sobie nie znajdą, boją się, że druga strona sobie nie poradzi, że ktoś ich skrytykuje. Ludzie w ogóle boją się życia - i kobiety, i mężczyźni. Boją się rozstań, bo za wszelką cenę nie chcą być sami. Szczególnie mężczyźni, bo kobiety same sobie świetnie radzą. Są niezadowolone, chodzą nieszczęśliwe. Mówią: "Nikt mnie nie chce", "Nie jestem dość dobra", "Coś jest ze mną nie tak" - ale sobie radzą. Z mężczyznami bywa gorzej.

Sądziłam, że to mężczyźni lepiej znoszą rozstania i lepiej wiedzą, czego oczekują w związku i w sypialni.

- Tak sądzi wiele osób, ale to mit. Kobiety częściej i dokładniej wiedzą, czego chcą. Stereotyp jest taki, że mężczyźni są konkretni i dążą do celu. Do celów zadaniowych może tak, ale oni mają mniejszy kontakt ze swoimi uczuciami. Kobiety zwierzają się sobie, wiedzą, że kogoś lubią, nie lubią, ktoś je denerwuje, ktoś inny inspiruje, krzyczą, płaczą.

- A mężczyźni powstrzymują uczucia. Proszę mi wierzyć, większość z nich, zapytana o uczucia, odpowie: "Jestem lub nie jestem zakochany". Ale jest cała paleta innych uczuć: podziw, pogarda, smutek, lekceważenie itd. Kilkaset ich można wymienić w polskim języku. Kobiety mają do uczuć lepszy dostęp, ale im za to w procesie wychowania pokazuje się, że powinny dążyć nie do tego, czego chcą, tylko do tego, co powinny chcieć. Wymyślają więc potem jakieś absurdy i są nieszczęśliwe.

Pani bohaterki nie wydają się szczególnie bojaźliwe, np. eksperymentują w łóżku z kobietami.

- Dużo dziewczynek i chłopców to przeżywa. W doświadczeniach homoseksualnych nie ma niczego złego. Są teorie mówiące o tym, że jesteśmy biseksualni, a przynajmniej, że jest taka faza w życiu, kiedy bardzo interesujemy się przedstawicielami własnej płci. W naszej kulturze widać to bardziej wśród dziewczynek, bo akceptuje się to, że trzymają się za ręce, śpią razem.

- W islamie jest odwrotnie - tam taki bliski kontakt mają chłopcy. Takie doświadczenia można mieć  na  koloniach, obozie, przyjaźniąc się w szkole. Dziewczyna opowiada koleżance, że chłopak pocałował ją "z języczkiem", a druga mówi jej: "To pokaż", albo "Naucz mnie". To należy do normalnej edukacji erotyczno - seksualnej, a nie jest jakimś dziwem. U chłopców częste jest wspólne masturbowanie.

- Co innego trwałe, wyraźne reagowanie podnieceniem tylko na osoby swojej płci. Związek osoby homoerotycznej z heteroerotyczną nie może być udany. Znam  parę - ona heteroseksualna, on homoseksualny. Ona wiedziała o jego orientacji, jednak tak się lubili i kochali, że postanowili świadomie zaryzykować i się pobrali. Próbowali, ale frustracja seksualna była zbyt silna i się rozstali. Dzieci nie zrobili.  Ale przynajmniej spróbowali, a dziś są dobrymi przyjaciółmi.

Pani książkę przeczytało już kilka osób. Ktoś się zbulwersował?

- Na razie książkę czytały bliskie mi osoby i były nią zachwycone - ale oczywiście są to osoby życzliwe, które lubią nie tylko moją twórczość, ale i mnie. Rozmawiałam  z kilkoma dziennikarkami, które mówiły, że książka im się podoba, ale też trochę zawstydza. Rozmawiałam już z dwoma mężczyznami - dziennikarzami i mówili, że bardzo im się podoba, a nie mówili, że ich zawstydza. Więc albo są mniej szczerzy od kobiet, albo ich nie zawstydza...

Od wielu lat zajmuje się pani seksem - pisze o nim artykuły i książki. Czy spotkały panią z tego powodu jakieś przykrości?

-  Prowadziłam w telewizji program, do którego zaprosiłam parę lesbijek. Dwa miesiące przygotowywałam je do tego wydarzenia, była to pierwsza historycznie sytuacja ujawnienia się  kobiet homoseksualnych w tv. Dziewczyny zrobiły wielki krok dla siebie i dla społeczeństwa, a potem jedna  koleżanka zarzuciła mi, że w ten sposób nawołuję  do  homoseksualizmu. Oczywiście, próbowałam jej wytłumaczyć, że nikt nie ma takiej mocy sprawczej, jednak była  zbyt konserwatywna, żeby to zrozumieć. Ale na przestrzeni wielu, wielu lat to była tylko ta jedna osoba.

Być może kobiety zawstydza  język? Używa pani dość odważnych słów.

- Być może. Ale wszyscy te słowa znamy przecież i to bardzo dobrze. Niektórzy nadal mają opory przed ci**ą, czasem nawet porusza ich sformułowanie "między nogami". Ale te słowa są potrzebne, mało tego, powinniśmy tworzyć nowe. Jeżeli kogoś to bardzo porusza, wręcz odrzuca, to może ma jakiś problem. Generalnie im bardziej się ludziom czegoś zabrania, tym bardziej tego chcą, ale też wstydzą. A wstydzą się, bo nikt ich nie nauczył, że można do seksualności podchodzić inaczej. Im mniejszy wpływ mają na nas nasze przekonania, tym łatwiej jest się cieszyć z seksu.

Na łonie przyrody? Dużo jej w pani książce.

- Jak najbardziej! Natura jest zmysłowa. Ja w ogóle popieram i bardzo polecam seks na łonie natury. To coś naprawdę wspaniałego. Można się poczuć jak grecka bogini, naga wśród traw. Wiejący wiaterek, promienie słońca - to wszystko pieści zmysły, jest bardzo przyjemne. Napisałam  kiedyś w wierszu "pszczoła kreśli serca nad naszymi głowami"... Gorąco polecam kochanie się w przyrodzie.

Dowiedz się więcej na temat: katarzyna Miller | wywiady | seks

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje