Katie Piper: Na początku chciałam chłopca

- Po pierwsze, bałam się o dziewczynkę ze względu na to, co spotkało mnie – czułam po prostu, że przyszłoby jej żyć w bardzo niebezpiecznym świecie. Po drugie, świat wywiera ogromną presję zarówno na mężczyzn, jak i kobiety - na to, jak wyglądają i jak powinni wyglądać - mówi o początkach macierzyństwa Katie Piper, modelka, która kilka lat temu została zaatakowana i oblana silnie żrącym kwasem siarkowym.

Gdy w 2008 roku spotkała Davida Lyncha, intrygującego miłośnika sztuk walki, nic nie zapowiadało tragedii. Katie, wschodząca gwiazda brytyjskiej telewizji oraz wzięta fotomodelka nie przypuszczała, że jej wybranek był skazany za oblanie wrzątkiem twarzy mężczyzny. Gdy po dwóch tygodniach postanowiła zakończyć znajomość, ujawniła się prawdziwa natura Davida. Katie została porwana, zgwałcona, zaatakowana nożem i więziona przez 8 godzin w hotelowym pokoju, po czym wynajęty przez Lyncha napastnik oblał ją silnie żrącym kwasem siarkowym.

Reklama

W wyniku ataku Katie poniosła rozległe obrażenia twarzy, przełyku i żołądka, straciła również wzrok w jednym oku. Rany na twarzy zostały zakwalifikowane jako poparzenia trzeciego stopnia, praktycznie uniemożliwiając Katie normalne funkcjonowanie, w tym wykonywanie tak podstawowych czynności jak jedzenie czy picie. W licznych wywiadach Katie wspomina, że gdy odzyskała przytomność błagała swoich lekarzy oraz rodziców, by ją zabili. Jednak nieugięta postawa jej mamy i ogromne wsparcie najbliższych sprawiły, że dziewczyna postanowiła walczyć o powrót do normalności.

Dziś jest po prawie 200 operacjach, które zrekonstruowały jej twarzy i pomogły odzyskać wzrok w niewidzącym oku. Jednak proces leczenia nie należał do najłatwiejszych i wystawił Piper na ciężką próbę. Podczas jednego z etapów rekonstrukcji, kobieta przez 23 godziny na dobę musiała nosić na twarzy specjalną maskę, która goiła blizny i utrzymywała wysoki poziom nawilżenia przeszczepionej skóry. Okres rekonwalescencji wykorzystała na napisanie dwóch książek: "Katie: Moja piękna twarz" i "Katie: moi cudowni przyjaciele", które były dla niej swego rodzaju terapią.

Katarzyna Pruszkowska: Kilka lat temu uległaś wypadkowi, który zmienił twoje życie. Jak udało ci się poradzić sobie z negatywnymi myślami, które - jak sądzę - pojawiły się zaraz po zajściu?

Katie Piper: - Sporo wsparcia okazali mi nie tylko moi bliscy i lekarze, ale też zupełnie obcy ludzie. Tacy, których spotkałam w Internecie, na Twitterze, ulicy, a także czytelnicy moich książek, z którymi rozmawiałam. To właśnie oni wszyscy dali mi siłę i odwagę, by widzieć świat w pozytywnych barwach. By się starać i doceniać rzeczy, które już mam, a nie szukać dziury w całym. Uważam, że to właśnie inni ludzie i ich wsparcie odgrywają najważniejszą rolę w rekonwalescencji skrzywdzonego człowieka. I co najważniejsze, motywują do walki o siebie, nie pozwalając poddać się depresji. 

- Wbrew pozorom nie jestem szczęśliwa i pewna siebie przez 24 godziny na dobę. Szczerze? Wciąż postrzegam pewne rzeczy w bardziej negatywnych barwach, niż powinnam, ale uważam, że każdy tak ma i jest to jak najbardziej normalne. Myślę, że wielu ludzi codziennie walczy ze sobą. A to, że wydają się tak pewni siebie przez cały czas, to tylko maska, złudzenie. Mój sekret? To chyba samoakceptacja. To ona pozwoliła mi wyjść z dołka. Pogodziłam się z tym, co mi się przydarzyło, kim teraz jestem i jak wyglądam po wypadku. Powiedziałam sobie po prostu: "jest dobrze, to jest moje życie i postaram się uczynić je najlepszym".

- Myślę, że poziom naszej samoakceptacji rośnie wraz z wiekiem. Gdy tylko osiągniemy tę magiczną granicę lat i wreszcie poczujemy, że jest dobrze - wtedy spojrzymy na swoje życie z większą wyrozumiałością i złapiemy się za głową, jak się okaże, że straciliśmy tyle czasu na nienawidzeniu samego siebie lub byciu nieśmiałym. Moja rada jest taka, by każdy, zanim nadejdzie ten moment, spróbował polubić samego siebie już teraz. Bo w życiu ważne jest, by pracować nad sobą takim, jakim się jest, doskonalić to, co mamy, a nie za wszelką cenę próbować być kimś innym. Cieszę się, że mogłam poprowadzić program "Piękno do poprawki" - jestem pewna, że pomoże wszystkim borykającym się z niedoskonałościami zapomnieć o kompleksach i skutecznie je zwalczać.

- Ludzie, którzy przeszli nieudany zabieg albo zostali zdeformowani w wyniku wypadku przeszli przez to samo co ja, mamy mnóstwo wspólnego. Rozumiem ich rozterki, wiem co czują patrząc codziennie w lustro, bo doznaliśmy tego samego - ktoś zniszczył naszą pewność siebie. Najważniejsze to się nie poddawać i określić sobie cel, do którego będziemy za wszelką cenę dążyć. Odpowiednia mobilizacja potrafi uratować życie. Nie potrafię jednak wskazać jeden osoby, którą szczególnie zapamiętałam. Wszyscy bohaterowie programu byli wyjątkowi, a to, o czym zdecydowali się nam opowiedzieć dało mi bardziej do myślenia niż jakikolwiek film czy książka!

Domyślam się, ze trudno było ci zaakceptować nową sytuację, ale nie zamknęłaś się w domu, nie ukrywałaś się - przeciwnie - wróciłaś do Londynu, założyłaś własną fundację. Skąd brałaś siły do walki?

- Mój sekret? To chyba samoakceptacja. To ona pozwoliła mi wyjść z dołka. Pogodziłam się z tym, co mi się przydarzyło, kim teraz jestem i jak wyglądam po wypadku. Powiedziałam sobie po prostu: "jest dobrze, to jest moje życie i postaram się uczynić je najlepszym". Uważam, że ten dzisiejszy trend "bycia idealnym" pod względem wyglądu jest bardzo trudny w realizacji i dla mężczyzn, i dla kobiet. Zewsząd czuć bowiem presję, by każdy wyglądał tak a nie inaczej. Czasopisma i telewizja narzucają nierealistyczny sposób postrzegania siebie przez ludzi. Najważniejsze to pamiętać, że to, jak wyglądamy i w czym przejawia się nasze piękno, to nie jedyna rzecz, jaką możemy zaoferować światu. 

- Każdy z nas to odmienna jednostka, o niepowtarzalnej mieszance cech charakteru i urody. I to właśnie one sprawiają, że ktoś się nam podoba. Może zabrzmi to jak banał, ale tak właśnie jest: nasze piękno możemy dostrzec tylko w oczach drugiej, bliskiej nam osoby. Podobamy się innym z różnych powodów, dlatego uważam, że obsesyjne skupianie się tylko na jednej rzeczy w swoim wyglądzie zwyczajnie niszczy naszą urodę.

Twoja fundacja zajmuje się ofiarami poparzeń, sama spotykasz się z nimi podczas pracy. Czy usłyszałaś kiedyś, że dzięki twojej dzielności, a także temu, że zdecydowałaś się zrezygnować z anonimowości i opowiedzieć swoją historię, ktoś odzyskał wiarę w to, że po poparzeniu można dalej wieść udane życie?

- W fundacji idzie nam naprawdę świetnie. Pracuje u nas sporo ludzi, a wśród nich wielu poparzonych i wolontariuszy. Wspaniałe jest w tym wszystkim to, że nie tylko ja - tak jak to było na początku - udzielam dziś wywiadów. Mamy bowiem całe zastępy osób, które są zapraszane przez media i opowiadają o tym, co przeszły. Ci ludzie wykorzystują swoją traumę w szczytnym celu - po to, by pomóc innym.

- Na przykład w zeszły weekend zorganizowaliśmy warsztaty w Manchesterze. Nasi bardzo uzdolnieni makijażyści uczyli chętnych, jak wykonać profesjonalny makijaż kamuflujący blizny po poparzeniach, dopasować kolor podkładu, który najbardziej pasuje do ich urody. Prowadzimy różne warsztaty w całej Anglii. Organizujemy też kursy akademickie dla pielęgniarzy: lekarze uczą ich najnowszych technik usuwania blizn. Sporo więc dzieje się w naszej fundacji. Startujemy też z forum internetowym, na którym mogą się zalogować ludzie z całego świata i rozmawiać z innymi osobami o swoich doświadczeniach.

14 marca zostałaś mamą. Twoje życie zmieniło się po raz kolejny - tym razem na plus. Co zmieniło się najbardziej po narodzinach Belli? Planujecie więcej dzieci?

- Och, nie! Myślę, że jest jeszcze za wcześnie, by o tym myśleć. Ja nie mam zwyczajnie czasu, by się wyspać, co dopiero opiekować się kolejnym maluchem... Mam braci i siostry i wiem, jakie to wspaniałe uczucie mieć rodzeństwo, ale nie rozmawialiśmy z partnerem o kolejnym dziecku. Po wypadku bardzo długo byłam sama. Myślę, że wtedy to było ważne, by z nikim się nie wiązać. Musiałam dojść do siebie i nauczyć się żyć na własny rachunek. Spotkanie pokrewnej duszy i bycie z kimś to fantastyczne uczucie, ale czy związek z drugim człowiekiem jest niezbędny do szczęścia? Nie sądzę. Ale jeśli się już zakochamy, to oczywiście jest to bardzo miłe doświadczenie.

Powiedziałaś też, że Ty i James (partner Katie - przyp. red.) myśleliście, że urodzi się chłopiec i że początkowo chciałaś, żeby tak właśnie było. Skąd obawy przed posiadaniem córeczki?

- Chyba martwiłam się tym z dwóch powodów. Po pierwsze, bałam się o dziewczynkę ze względu na to, co spotkało mnie - czułam po prostu, że przyszłoby jej żyć w bardzo niebezpiecznym świecie. Po drugie, świat wywiera ogromną presję zarówno na mężczyzn, jak i kobiety -  na to, jak wyglądają i jak powinni wyglądać. Mimo wszystko bardziej odczuwają to kobiety, dlatego martwiłam się, że moja córka będzie musiała sobie z tym jakoś radzić.  Ale teraz wiem, że te dylematy były spowodowane wahaniami hormonalnymi. Martwiłam się w ciąży tyloma rzeczami... A teraz, gdy mała jest na tym świecie, nie zamieniłabym jej na chłopca za żadne skarby. Jest fantastyczna, to silna, wytrwała dziewczynka. Jej osobowość właśnie się kształtuje i myślę, że sobie z tym wszystkim poradzi.

"Piękno do poprawki" można w każdy wtorek o 21:30 obejrzeć na TLC.

 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje