Koniec epoki uprzejmych braw

Dzięki internetowi zdobyła publiczność i zaczęła koncertować w najbardziej prestiżowych salach świata. Teraz Valentina Lisitsa ujawnia całą prawdę o biznesie muzycznym, konkursach pianistycznych i opowiada inspirującą historię własnej niezwykłej kariery.

Izabela Grelowska, INTERIA.PL: Pani droga do Royal Albert Hall była niezwykła, od czego się zaczęło?

Reklama

Valentina Lisitsa: - Zaczęłam od niczego, od internetu i Youtube’a.  Mój los był podobny, jak wielu innych pianistów. Ćwiczymy, bierzemy udział w konkursach, a potem okazuje się, że są nas setki tysięcy. Wszyscy dobrze grają, ale nie ma gdzie występować. Dla profesjonalnego muzyka publiczność jest najważniejsza. Oczywiście  są  amatorzy, którzy  potrafią pięknie zagrać wszystkie etiudy Chopina, a później idą do pracy. Ale profesjonaliści zawsze myślą o tym, żeby grać dla ludzi. Tego mi brakowało. Byłam rozgoryczona tym, że gram dla siebie, dla swojego męża i dziecka i dla kotów. Youtube to była ostatnia deska ratunku. Był 2007 rok, miałam jakieś nagrania, zamieściłam je i chociaż  wideo nie było jeszcze w internecie tak popularne jak teraz, to ludzie zainteresowali się .

Jakie utwory pojawiły się w internecie jako pierwsze? Jak zareagowali na nie internauci?

- Pierwszy klip to była etiuda Rachmaninowa. Zupełnie niepopularny utwór, ale spodobał się.

- W komentarzach powtarzało się słowo "niepokojący". I według mnie taka powinna być muzyka - powinna poruszać ludzi, odwoływać się do ich emocji, dusz. Muzyka nie powinna służyć temu, żeby było miło i żeby można było dobrze przy niej zjeść. Dla mnie najgorsze byłoby, gdyby moja muzyka miała stać się akompaniamentem dla jakiegoś obiadu lub była puszczana w windach. Ja zawsze szukam muzyki, która zawiera w sobie ogromną ilość emocji: pozytywnych lub negatywnych i uważam, że technika wcale nie jest najważniejsza.

Dlaczego, według pani, te nagrania tak się spodobały?

- Nie można wyjaśnić, dlaczego ludziom spodobała się moja muzyka. Myślę, że nie udawałam kogoś innego, ale grałam siebie. Oczywiście nie jestem kompozytorem, ale my - wykonawcy - przepuszczamy tę muzykę przez siebie i zawiera ona ogromną część naszej duszy.

- Dlatego porusza ona także dusze odbiorców. A zaletą internetu jest to, że kiedy ludzie znajdą coś, co im się podoba, to dzielą się tym z innymi. To nie to samo, co przeczytać w gazecie: "to jest dobre i to się wam spodoba". To raczej jak szukanie grzybów lub łowienie ryb - kiedy się uda, wpadamy w zachwyt.

- Dzięki temu rzesza moich słuchaczy rozrastała się. Niektórzy byli wielbicielami muzyki, inni nic o niej nie wiedzieli. Ja nagrywałam kolejne filmy. Teraz jest to ok. 200 klipów. Obejrzało je już 50 000 000 ludzi. Nie wiem, czy wszystkim się one spodobały, ale to już zupełnie inna sprawa.

A jak pani wpadła na pomysł,  żeby zamieszczać swoje klipy na Youtube?

- To był krzyk rozpaczy tonącego pianisty. Na początku wraz z mężem, którego poznałam w kijowskim konserwatorium, graliśmy duety fortepianowe. Kiedy wygraliśmy największy konkurs dla duetów w Ameryce, wyjechaliśmy tam na stypendium, które było częścią nagrody.

- Graliśmy trzy koncerty w roku i byliśmy zadowoleni. Jednak później zaczęliśmy chcieć czegoś więcej, chcieliśmy, żeby nasza kariera się rozwijała i to się nie udawało. Zaczęłam grać solo. Brałam udział w niewielkich konkursach, zarabiałam pieniądze, występowałam. Później urodził się nam syn, przeprowadziliśmy się do nowego domu i w pewnym momencie zorientowałam się, że nie gram już koncertów.  Nadszedł czas, aby krytycznie spojrzeć na swoje życie. Poświęciłam je grze na fortepianie, ale co z tego, jeśli nikomu to nie jest potrzebne i nie mogę znaleźć ludzi, dla których mogłabym grać.

- Wielu muzyków przez to przechodzi i często rzucają muzykę. Kiedyś znalazłam w gazecie ogłoszenie o tym, że CIA szuka do czytania prasy ludzi, którzy znają ukraiński  i  rosyjski.  Nie miałam koncertów, obok mnie płakało maleńkie dziecko, a ja wiedziałam, że oni mogą dać mi stałe zarobki i ubezpieczenie medyczne. To była chwila rozpaczy, byłam gotowa wypełnić aplikację, rzucić muzykę i zacząć normalne życie, pracować robić coś pożytecznego, skoro muzyka nikomu nie jest potrzebna. 

- I wtedy napisał do mnie człowiek, który w internecie znalazł mój klip i rozesłał go swoim znajomym. Nagle zaczęły przychodzić  dziesiątki e-maili od wielbicieli. Ludzie chcieli więcej nagrań. Okazało się, że mam słuchaczy i to w najdziwniejszych miejscach.

 Na przykład w jakich?

- W Ameryce wszyscy myślą, że muzyka klasyczna żyje w Nowym Jorku, w Chicago, San Francisco, ale to ogromny kraj. Kiedy grałam koncerty w małych miasteczkach, podchodziło do mnie dużo starszych osób, które opowiadały, że za czasów ich dzieciństwa przyjeżdżali tam Rachmaninow, Horowitz, Rubinstein. A teraz nikt nie przyjeżdża. Płyt z muzyką z tamtej epoki też już się nie wydaje, ponieważ dźwięk nie odpowiada już współczesnym standardom, a wszyscy chcą czegoś, co byłoby nagrane pół roku temu. Ci ludzie zostali odcięci od muzyki  i dopiero Youtube okazał ogromnym źródłem, które przywróciło im tę muzykę i kulturę. I ludzie zaczęli czerpać z tego źródła, pić tę wodę i delektować się nią.

- Okazało się również, że muzyka klasyczna ma swoich wielbicieli w Indiach, Ameryce Łacińskiej i innych zaskakujących miejscach. W malutkich wsiach, w miastach, których nazw nigdy nie słyszałam.

Muzyka klasyczna kojarzy się zazwyczaj z wyszukanym smakiem. Użytkownicy Youtube’a  niekoniecznie odpowiadają temu wyobrażeniu.

- To prawda. Uważamy, że jest to sztuka elitarna i żeby rozkoszować się nią, trzeba być bardzo dobrze wykształconym człowiekiem, który wychował się w jej otoczeniu. To jest zupełna nieprawda. Człowiek może niczego nie wiedzieć  o muzyce klasycznej usłyszeć jakiś utwór i zachwycić się nim. Co z tego, że nie wie, kiedy żył Beethoven? W muzyce klasycznej nie chodzi o to, że stworzyli ją kompozytorzy, których białe marmurowe popiersia stoją na fortepianie.  Beethoven rozmawia z nami jak ze współczesnymi. To, co on przeżywał, od czego bolała go dusza, my również przeżywamy.  Dlatego możemy obcować z jego muzyką.

I nie przeszkadza to pani, że część pani widzów nie ma pojęcia o muzyce?

- Mnie to szalenie cieszy! Kiedy dostaję e-maile od szesnastolatków, którzy piszą, że nigdy nie słuchali muzyki klasycznej, ale przypadkowo znaleźli w sieci moje nagrania i to ich zachwyciło, to są to cudowne chwile. Dla takich momentów się żyje  - dla podzielenia się radością.

Czy uważa pani, że uda się jej przywrócić muzyce klasycznej popularność?

- Bezwzględnie. Bo co stało się z muzyką klasyczną? Została przekształcona w biznes. W XX wieku pojawiła się reklama i myślenie o tym, na czym można zarobić duże pieniądze. Okazało się, że można  na muzyce i to bardzo muzyce zaszkodziło.

- Spójrzmy, jak zaczynali mistrzowie ze złotej epoki, z początków XX w. Na przykład Ignacy Paderewski - najpierw grał w małych salach, a kiedy wzbudził  zachwyt,  zaczął grać w większych. Miał tryumfy, ale miał też porażki. Kiedy po raz pierwszy występował w Londynie, na koncert przyszło zaledwie kilka osób. Mógł się rozczarować, rzucić wszystko i wyjechać, ale zagrał jeszcze raz.  I przyszło więcej ludzi, a potem jeszcze więcej. Stopniowo artysta stawał się znany. Ludzie o nim mówili, a on przenosił się do coraz bardziej prestiżowych sal, potem pojawiały się nagrania i artysta zdobywał światową sławę.

A teraz to wszystko wygląda inaczej?

- Kiedy biznesmeni poczuli, że w muzyce są pieniądze, to wszystko się zmieniło. Płyty CD można było sprzedawać gdziekolwiek i muzyk nie musiał już przyjeżdżać  i grać. Nowe technologie mogły zdziałać cuda tam, gdzie nie mógł ich zdziałać muzyk. Nagle główną siłą napędową stal się nie wykonawca, a producent - ten, kto nagrywał i z fragmentów zlepiał arcydzieło. Do tego doszła cała ogromna maszyna reklamy: gazety, telewizja. Ludziom mówiono: "to następny Horowitz, to następny Richter, koniecznie powinniście tego posłuchać". Ludzie przychodzili do sali koncertowej i byli rozczarowani. Nie winili w tym tych, którzy są na samych szczytach biznesu muzycznego, ale myśleli, że sami czegoś nie rozumieją, że brakuje im wykształcenia. 

- To tak jak z restauracjami, można przeczytać w gazecie, o tym,  że otwiera się nowa doskonała restauracja, ale kiedy tam się wybierzesz i ci się nie spodoba, nie przyjdziesz nigdy więcej. To samo stało się z muzyką. Przeżyliśmy - w mojej opinii straszną - epokę uprzejmych braw. Ludzie przychodzili, koncert niekoniecznie im się podobał i wprawdzie uprzejmie klaskali, ale w głębi duszy nie byli zadowoleni. Co się dzieje  teraz? Wracamy do złotego wieku muzyki. Krąg się zamyka.

- Ja i ludzie do mnie podobni - znowu zaczynamy od słuchaczy, którzy dzielą się swoim zachwytem z innymi. I coraz więcej ludzi przychodzi na koncerty. Nie miałam publiczności i nagle mam słuchaczy, którzy są gotowi przylecieć, Bóg wie skąd, żeby posłuchać jak gram. Jeśli ludziom koncert się podoba, wieść o tym się rozchodzi. Teraz mam nagrania, występuję w dużych salach. I tak to się powinno odbywać

- Muzyczny establishment nie może jeszcze do końca uwierzyć w to, że władza wymyka im się z rąk i przechodzimy z epoki uprzejmych braw w epokę rzucania zgniłymi pomidorami i jajami.

To brzmi groźnie...

- Proszę zwrócić uwagę, co jest najciekawsze na Youtube: polemika, komentarze. Jednym się podoba, innym nie. Jedni tylko wyrażają swoje zdanie, inni dają w pełni profesjonalne analizy. Ludzie zajmują pozycje, nie są obojętni. Nie są już pasywnymi słuchaczami - uczestniczą.

- Nie chcą już spełniających standardy, dobrych, ale przeciętnych wykonań. Wykonawców jest wielu, ogólny poziom bardzo się podniósł, ale muzyka przekształciła się w dobrze zapakowany produkt z supermarketu. Wszystko jest jednakowe i obliczone na przeciętny gust. Na Youtube pojawiają nagrania, które nie są ładniutkim produktem, a ludzie toczą zażarte spory dotyczące swoich ulubionych wykonawców. Muzyka i miłość do muzyki przekształca się w namiętność .

To ciekawe, bo wielu artystów bardzo boi się komentarzy w internecie.

- Jeśli gramy w sali koncertowej, to tam też są komentarze, tylko nie wypowiedziane w twarz. Ludziom może się bardzo nie spodobać, ale podejdą uścisną rękę i wygłoszą oklepaną pochwałę: "Tak, to było wspaniałe". To nie ma znaczenia, bo albo im się spodobało, albo są obojętni, albo to znienawidzili. I my wykonawcy powinniśmy rozumieć to, że nie gramy, aby zadowolić publiczność, krytykę, albo jednego człowieka w tłumie. My gramy to, co gramy.  I to sprawa publiczności ilu z nich się to spodoba, a ilu nie. Wykonawca nie może bać się publiczności.  Szostakowicz pisał, że byłby zmartwiony, gdyby spodobał się 70 procentom widzów i uznałby to za porażkę. O sukcesie można mówić, gdy wykonanie spodobało się mniej niż 50 procentom, bo to prowokuje dyskusję. Ja podpisuję się pod tą teorią. Nie gram po to, żeby ludzie poczuli się przyjemnie, nie chcę tego. Nie chcę, aby moja muzyka grała w windach.

To prawda, że zaczęła pani grać w wieku 3 lat?

- 3 lat i 8 miesięcy, duża różnica w życiu 3-letniego dziecka. Pierwszy koncert zagrałam mając 4 lata i bardzo mi się to spodobało.

- Później, jak inni, wpadłam w system kształcenia muzycznego. Wszyscy szliśmy przez konkursy, które są rzeczą dobrą, ale w małych ilościach. Słynna rosyjska szkoła gry wyglądała, jak przygotowania chińskich sportowców do olimpiady. Dostawaliśmy ten sam program, którego należało się nauczyć tak, że gdyby obudzić nas o 3 w nocy i powiesić za nogi nad fortepianem, to i tak wszystko powinno być czysto zagrane, a wszyscy członkowie jury powinni być zadowoleni. To trwało ponad 10 lat i sprawiło, że przestałam lubić muzykę.  Muzyka stała się sportem, ale sportem niezrozumiałym, niesprawiedliwym. Nastolatek nie może zrozumieć wszystkich tych niuansów, bo nie chodzi tylko o to, jak zagrasz. Nie chodzi o to, żeby zagrać najszybciej albo najgłośniej, albo najczyściej. To wszystko zależy od tego, u jakiego pedagoga się uczysz i w jakiej grupie jest ten nauczyciel. To są takie maleńkie mafie i dla dziecka jest to niezrozumiałe.

- Moją ucieczką były szachy. Tam wszystko było zrozumiałe. Jeśli jesteś lepszy od przeciwnika - wygrywasz, jeśli słabszy - przegrywasz i to wszystko.  Gra na fortepianie zeszła na drugi plan. Muzyka i gra na fortepianie stały się dla mnie dwoma różnymi rzeczami. Podczas lekcji gry, przygotowywano nas do konkursów. Ale miałam zajęcia z czytania z nut, muzyki kameralnej, akompaniamentu, gdzie wspaniali nauczyciele odkrywali przed nami świat muzyki. I dopiero kiedy przeżyłam te wszystkie konkursy zrozumiałam, że nie można współzawodniczyć, ani z innymi, ani z sobą. Wtedy muzyka i fortepian znowu stały się jednym. I dopiero wtedy naprawdę zaczęło się moje życie muzyczne.

Pani nagrań słucha cały  internet, a kogo słucha pani?

- A ja słucham całego internetu!  Dzięki temu mogę obejrzeć moich kolegów, ale najchętniej słucham złotego  wieku mistrzowskich wykonań. Wielu młodych muzyków w ogóle tego nie zna, ze względu na szumy i złą jakość nagrań. Jeśli słuchasz symfonii, która nagrana jest na 19 ścieżkach, wszystko to jest stereo albo surround, to trudno wrócić do starych płyt gramofonowych i dlatego tej muzyki już się nie wydaje. Ale ja polecam starych pianistów bez względu na niedostatki zapisu dźwiękowego. Każdy z nich miał swój indywidualny głos, który możemy rozpoznać, wysłuchawszy zaledwie kilku taktów. Tyle wystarczy, żeby powiedzieć: to Rachmaninow, to Horowitz, to Rubinstein, to Backhaus. Teraz wszystko jest na wysokim poziomie i wszystko jest jednakowe .  

 Właśnie wychodzi pani nowa płyta, proszę o niej opowiedzieć.

- Nazwałbym ją swoją wizytówką. Ten album to zapis koncertu w Royal Albert Hall, który miał miejsce zaledwie dwa miesiące temu. To było moje pierwsze zejście z ekranu komputera na dużą scenę - nie wiem, czy można znaleźć większą. Program koncertu był wybrany przez internautów na Youtube. To tylko mała jego część, bo cały koncert trwał 2,5 godziny. Płyta poszła do produkcji jeszcze w dniu koncertu, co jest  niewiarygodne dla jakiejkolwiek firmy związanej z muzyką klasyczną.  U nas, w klasyce,  wszystko ciągnie się latami, a my spróbowaliśmy działać jak w muzyce pop i wszystko jest bardzo świeże.  To pierwsza płyta, jesienią będą wychodzić wszystkie koncerty Rachmaninowa, później wydam etiudy Chopina, a następnie Liszta. Przebijam się do prawdziwego świata, jeśli CD można nazwać  realnym światem. Bo dla mnie realność, to wyjść na scenę i grać na żywo dla ludzi. Tego nie da się porównać z niczym.

Dowiedz się więcej na temat: Royal Albert Hall | Valentina Lisitsa

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje