Łabędź? Nie! Kolorowy ptak

Na pokazie jej tańca najbardziej płakała dozorczyni. Do baletu trafiła przez szantaż. Udawała przed rodzicami, że umiera.

Rok 1942, Lwów. Po niebie suną niemieckie bombowce. W całym mieście słychać wycie syren. Krysia ma dwa lata. "Pierwsze wspomnienie? Stoję w łóżeczku, trzymam się siateczki i strasznie się boję. Nie wiedziałam wtedy, co to jest wojna, ale pamiętam uczucie zagrożenia. W czasie alarmu wszyscy nerwowo biegali, brali na ręce moją siostrę, psy, garnki, a mnie na końcu. Bałam się, że o mnie zapomną" - opowiada tancerka.

Reklama

Chwile wojennego zagrożenia przeplatały się z próbą prowadzenia normalnego życia. "Z Baśką, starszą siostrą, byłam w stanie permanentnego konfliktu. Ciągle biłyśmy się i kłóciłyśmy. Ona do dzisiaj mówi, że najszczęśliwszy okres jej życia przypadał na siedem pierwszych lat, a później było już tylko gorzej... bo ja się urodziłam" - śmieje się tancerka. Jej tata Stanisław był naukowcem, profesorem matematyki, człowiekiem o niezwykłym poczuciu humoru. Ale to dzięki mamie Bronisławie, która miała duszę artystyczną, obie siostry pokochały taniec. "Miałam trzy lata, kiedy mama zabrała mnie na pierwszy spektakl baletowy. Pewnie rodzice myśleli, że prześpię całe przedstawienie u nich na kolanach, ale ja wtedy po raz pierwszy poczułam fascynację.Teatr, scena, taniec wprowadziły mnie w stan euforii" - wspomina.

Pierwszy pokaz Basia i Krysia zorganizowały w domu. Prześcieradło udawało kurtynę, a na krzesłach w pierwszym rzędzie (innego nie było) siedzieli rodzice. "Później urządziłyśmy spektakl w piwnicy. Na pierwszym i ostatnim z nich ze wzruszenia popłakała się dozorczyni domu, w którym mieszkaliśmy. Nigdy potem żaden widz nie płakał tak na widok mojego tańca!", mówi artystka. "Gdy zobaczyłam łzy dozorczyni, poczułam, że nie mam innego wyjścia: zostanę tancerką!" - dodaje.

Po wojnie rodzina Mazurów ruszyła w drogę. "Jechaliśmy do Polski w nieznane, w bydlęcych wagonach. Ale dla dziecka wszystko jest ciekawe" -  wspomina. Wysiedli w Łodzi i prosto z peronu ruszyli do hotelu. "W dzieciństwie wciąż bezskutecznie marzyłam o własnym pokoju: we Lwowie, w Łodzi i w końcu w Warszawie. Może dlatego dziś w Paryżu mam 16 mieszkań?", śmieje się tancerka. Po kilku latach spędzonych w Łodzi rodzina przeniosła się do Warszawy. Wtedy razem z siostrą, używając podstępu, poprosiły kierowcę taksówki, aby zawiózł je do szkoły baletowej na ulicy Ogrodowej. "Tę dużą Basię zapiszemy, ale ta mała Krysia na razie się nie nadaje" - usłyszały. "Jak ja wtedy płakałam! Zrobiłam strajk głodowy, udawałam, że umieram. Leżałam w łóżku bez życia" - śmieje się Krystyna.

Tata zmiękł po dwóch dniach szantażowania. Zabrał Krysię ponownie do szkoły i oznajmił, że musi zostać przyjęta! "Moim nauczycielem był profesor Zygmunt Dąbrowski, świetny pedagog. Po pierwszej lekcji powiedział: »Szpagatów na razie nie rób, bo chyba dawno nie ćwiczyłaś«. Nie mógł uwierzyć, że to był mój pierwszy trening w życiu!" - mówi Mazurówna. Choć Krysia po ukończeniu szkoły dostała angaż jako solistka baletu Teatru Wielkiego, wciąż ciągnęło ją do tańca nowoczesnego. "Mówiono o mnie, że w zespole jest trzydzieści jeden poprawnych łabędzi i jeden jakiś... inny. Miał za duży biust jak na baletnicę i tańczył bardziej współcześnie niż pozostałe, wytresowane łabędzie", mówi artystka. Jej marzenia zaczęły się powoli spełniać po wyjeździe do Paryża w 1968 roku. "Bywało lepiej i gorzej. Tańczyłam z Josephine Baker, ale pracowałam też w kinie jako bileterka. I wciąż wierzę, że najlepsze jeszcze przede mną!"

Oskar Maya

Dowiedz się więcej na temat: Krystyna Mazurówna | taniec

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje