Lubię łamać bariery!

Wciąż szuka swojego miejsca w show-biznesie. Nie boi się młodszej konkurencji, gorących scen w sypialni i... kredytu we frankach. Uwielbia eksperymenty i wyprawy w nieznane. SHOW opowiada, jak został modelem w Korei.

Masz ostatnio świetną passę - błysnąłeś w "Czasie honoru" i "Dzwonach wojny". W "Na Wspólnej" wdałeś się w ognisty romans. Czy ktoś jeszcze widzi w tobie Stasia, którego grałeś w "Pustyni i w puszczy"?

Reklama

Adam Fidusiewicz: - Od tamtej pory minęło 16 lat. Zmieniłem się, dojrzałem. Cieszy mnie jednak, że mimo wieku (mam 30 lat) wciąż mogę grać kolegę z ławki dwudziestoletniego Maćka Musiała.

Trudno było wejść na plan "Czasu honoru"? Jak przyjęła cię stara gwardia?

- Nie tylko ja byłem "nowy". Do obsady dołączyła większa grupa, głównie młodych aktorów: Janyst, Chodorowski, Musiał, Pawłowski, Humaj, Sawczuk. Dlatego też zanim rozpoczęły się zdjęcia, spotkaliśmy się na kawie, poszliśmy do Muzeum Powstania Warszawskiego, do kina. Okazało się, że wspólne spędzanie czasu bardzo dobrze nam robi. Kiedy ruszyła praca nad serialem, stanowiliśmy zgraną paczkę, z którą "stara gwardia" musiała się zmierzyć. Po rozegraniu meczu piłki nożnej (starsi kontra młodsi) wszystkie bariery runęły i powstała nowa "honorowa" ekipa.

Jako kapral w serialu BBC budzisz respekt. Tam nie ma wątpliwości, że już dorosłeś.

- W "Dzwonach wojny" jestem już dorosły, noszę ogromnego wąsa i musztruję żołnierzy. To była świetna przygoda. Miło, kiedy Brendan Maher, reżyser "Spartakusa", mówi: "Good job!". Miło jest także podejść do Ashleigha Jeffersa, scenografa "Gry o tron" oraz "Dzwonów wojny", i powiedzieć mu "Good job!" (śmiech).

Mówisz swobodnie po angielsku?

- Już w "Pustyni i w puszczy" musiałem rozmawiać z reżyserem Gavinem Hoodem po angielsku. Potem studiowałem w tym języku. Za granicą nie zginę.

Bartek Kasprzykowski, z którym niedawno rozmawiałem, bardzo zachwalał wasze pokolenie. Mówił, że jesteście pozbawieni kompleksów, a próba podbicia świata to dla was oczywistość.

- Bartek jest świetnym człowiekiem o fantastycznym poczuciu humoru. Cenię jego błyskotliwy dowcip. Nie wiem, jak jest z podbijaniem świata, ale wiem, że "zapaleńcy" się przyciągają. Byłem niedawno u przyjaciółki w Paryżu. Zabrała mnie na kolację do znajomych, z którymi kręciła niezależny film. Podczas rozmowy zaproponowali mi udział w ich następnym projekcie. Ma to być film w klimacie snu. Bardzo mi to odpowiada, zwłaszcza że pisałem pracę magisterską o władcy snów.

Szkołę aktorską skończyłeś całkiem niedawno.

- To były moje drugie studia, wcześniej trafiłam na psychologię mediów w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. W Akademii Teatralnej obroniłem pracę dyplomową na temat twórczości Neila Gaimana. Studia wspominam dobrze. Na cztery lata zaszyłem się w murach szkoły aktorskiej i poświęciłem się tylko temu. Dwanaście godzin dziennie, od poniedziałku do niedzieli. Totalne oddanie.

Profesorowie nie lubią studentów o znanych twarzach.

- Nie chodzi o znane twarze. Jeśli ktoś robi dodatkowe rzeczy poza szkołą, to opuszcza zajęcia i próby z kolegami. A tego nie lubią ani profesorowie, ani koledzy.

Po takich wyrzeczeniach miałbyś odwagę rzucić wszystko i wyjechać z Polski?

- Byłoby mi ciężko. Wciąż trzyma mnie tu wiele spraw. Praca, rodzina, przyjaciele. Mam też kredyt, w dodatku we frankach. Nie chciałbym znikać stąd na zawsze. Lubię Polskę.

Ale miałeś propozycję wyjazdu - do Korei Południowej. Zaproponowano ci rolę... modela.

- Rzeczywiście, dostałem taką propozycję i pojechałem! Pomyślałem, że świetnie się składa, bo akurat nie miałem żadnych zobowiązań, poza tym lubię poznawać nowe miejsca. Kiedy padła ta propozycja, przypomniało mi się, że w Korei mieszka świetny tancerz wywodzący się z kultury hip-hopu - Poppin’ Hyun Joon. Kiedyś podziwiałem go na YouTube, więc przed wyjazdem napisałem do niego na Facebooku. Zgodził spotkać się ze mną w Seulu. W prezencie dałem mu płytę polskiego rapera - Ńemego.

Wróćmy do tematu modelingu. Musiałeś chyba popracować nad muskulaturą?

- Najpierw musiałem przypakować do roli powstańca, a chwilę potem do roli modela... schudnąć. Do Korei wyjechałem na dwa miesiące, tuż po zdjęciach do "Czasu honoru - Powstanie".

Jak wyglądało twoje życie w Seulu?

- Zamieszkałem w apartamencie agencji modeli razem z Polakiem i Anglikiem. Naszym zadaniem było dbać o formę i stawiać się na castingach. W wolnych chwilach można było zwiedzać i poznawać nowy kraj.

Przeżyłeś szok kulturowy?

- Tak, i to nie tylko dlatego, że wszędzie widzisz "krzaczki" zamiast liter. To, co mnie od razu uderzyło, to kult operacji plastycznych w tym kraju. Wszędzie widziałem plakaty zachęcające do zmiany wyglądu. Dla Koreańczyków jest to zjawisko oczywiste i niebudzące żadnych kontrowersji. Zauważyłem u nich obsesję na punkcie upiększania się. Poza tym podobał mi się wzajemny szacunek, jaki okazują sobie ludzie.

Świat mody kojarzy się też z próżnością.

- Trzeba mieć mocny kręgosłup, żeby się nie zatracić. Lubię wchodzić w nowe środowiska, więc chętnie obserwowałem, jak ten świat wygląda. Młodzi ludzie, których tam spotykałem, nie mieli konkretnego pomysłu na siebie, byli pozbawieni autorytetów. W branży, w której przede wszystkim liczy się ciało, łatwo się pogubić. Są kluby, które zapraszają modeli, aby podnieść prestiż lokalu. Siedzisz całą noc w VIP-roomie, leją ci darmowy alkohol i jeszcze za to płacą. Można szybko popłynąć.

Byłeś na takiej imprezie?

- Tak. I odniosłem wrażenie, że imprezy na całym świecie wyglądają dokładnie tak samo. Ludzie piją, plotkują, tańczą. Nuda.

Swoimi spostrzeżeniami dzieliłeś się na Instagramie. W ogóle blogosfera to twój żywioł.

- To prawda, prowadzę profil na Instagramie, na którym pokazuję fascynujące osoby i niezwykłe przedmioty. Od dwunastu lat mam też blog mrocznekalesony. blog.pl. Tutaj z kolei wrzucam zdjęcia rzeczy, które wydają mi się absurdalno-zabawne. Udało mi się nawet zdobyć wyróżnienie głównie w konkursie Blog Roku 2008. W nagrodę otrzymałem wycieczkę do Turcji, na którą wysłałem mamę. Regularne pisanie o czymś, co się lubi, systematyzuje myśli, rozwija kreatywność i daje dużo satysfakcji. Podobno można też na tym zarabiać (śmiech).

W przypadku Kasi Tusk ponoć nawet 30 tysięcy złotych miesięcznie.

- Wow! Z modnych blogerek znam tylko Julię "Maffashion" Kuczyńską, ale nie rozmawialiśmy o pieniądzach. Cenię jej sumienność i konsekwencję. Niech każdy wkłada tyle serca w to, czym się zajmuje.

Dostajesz propozycje od dziewczyn za pośrednictwem bloga?

- Czasami. Niekiedy te propozycje są bardzo kuszące, ale nie chcę o tym mówić, bo przestanę je dostawać.

Podobno kiedy byłeś dzieckiem, zaprzyjaźniłeś się z Dodą?

- Poznałem ją na obozie artystycznym teatru Buffo. Nosiła ogrodniczki i była bardzo ładna. Pamiętam, że schowaliśmy się razem do szafy, by wystraszyć koleżankę. Wspominam Dorotę bardzo ciepło. Nasi rodzice dobrze się znali. Dzisiaj spotykamy się przypadkowo, ale zawsze miło rozmawiamy.

Czujesz się celebrytą?

- U nas pojęcie "celebryta" traktuje się negatywnie. Bywałem częścią show-biznesu, eksperymentowałem, ale nie do końca dobrze się w tym czułem. Dziś, z tytułem magistra sztuki, pracuję przede wszystkim jako aktor. Nad tym, czy jestem celebrytą, się nie zastanawiam.

Plotkami też się nie przejmujesz? Ostatnio głośno było o twoich relacjach z Anną Samusionek.

- Napisano, że nie chcę grać z Anią. Gdybym naprawdę się skarżył, oznaczałoby to, że jestem nieprofesjonalny i głupi. Kiedy pojawiły się te "newsy", zadzwoniłem do Ani i wyjaśniłem, że to bzdury. Wszelkie konflikty załatwiam osobiście.

Rozumiem więc, że nie planujesz odejścia z serialu, choć to niejedyne twoje zajęcie.

- Trafiłem na plan nowej produkcji - "O mnie się nie martw". Występuję też w teledysku Patricka The Pana (krakowski wokalista alternatywny - przyp. red.). Reszta to plany. Dopóki nie stanę przed kamerą, nic nie powiem. Ale chciałbym, żeby to, co mam na myśli, się zdarzyło.

Oskar Maya

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje