Luiza Złotkowska: Dziewczyna na medal

Nie boję się łez. Po upadkach wiem, że mogę sobie przeznaczyć dzień czy kilka godzin na to, żeby się wypłakać. Potem zapala się lampka, że im szybciej zacznę działać, pracować przeciwko temu, co mnie zniszczyło w danej chwili, tym szybciej znowu będę na górze - mówi Luiza Złotkowska, łyżwiarka szybka, brązowa medalistka igrzysk w Vancouver i srebrna igrzysk w Soczi.

EksMagazyn: Jesteś drobną kobietą. To plus czy minus w tym sporcie? Na tafli liczy się siła mięśni, mocna postura czy raczej zwinność i silna psychika?

Reklama

- Wszystkie te czynniki muszą być zbilansowane. W żadnym sporcie nie ma prostej recepty na idealną zawodniczkę. Na pewno trzeba mieć takie parametry, jak dobra wydolność i siła, ale adekwatna do budowy ciała. Odpowiednia psychika też się liczy. I niska zawartość tkanki tłuszczowej (śmiech)...

Jak wygląda twój typowy dzień w trakcie przygotowań przed ważnymi zawodami?

- Trening najwięcej czasu zajmuje nam w okresie letnim. Wtedy robimy najwięcej objętości treningowej na rowerach, siłowni lub biegając. Ćwiczenia trwają długo, np. jeździ się cztery godziny dziennie na rowerze. Im bliżej startów, tym te treningi są krótsze, ale bardziej intensywne. Na lodzie mam jeden trening dziennie. Trwa około 1,5 godziny. Drugi trening to najczęściej jazda na rowerze stacjonarnym i siłownia.

To trochę nietypowe, że łyżwiarki więcej czasu spędzają na rowerku niż na lodzie...

- Dokładnie tak. Jeżdżę głównie na kolarce. Jest cieplej niż na łyżwach (śmiech)... Łyżwiarstwo szybkie jest sportem zimowym, ale na świecie z zimą ma niewiele wspólnego. Wszystkie zawody międzynarodowe odbywają na halach. Na hali jest stała temperatura około 15 stopni, nie ma śniegu, mrozu, wiatru, więc treningi w takich warunkach są bardzo przyjemne. W Polsce nie mamy ani jednej takiej hali, dlatego trenujemy tutaj, na otwartym lodowisku w Zakopanem.

W związku z tym pewnie dużo ćwiczycie za granicą?

- Około 250 dni w roku spędzam na zgrupowaniach, z czego jakieś 150 poza Polską. Trenujemy głównie w Berlinie i bawarskiej miejscowości Innzell.

Sportowiec nie czuje się samotny? Ciągle w podróży, na treningach...

- Grupa zawodników, z którą spędzam czas na zgrupowaniach, jest bardzo ważna i bardzo mi bliska, jednak trzeba pamiętać, że to nie są znajomi z wyboru. Nie są to przyjaźnie na śmierć i życie, ale lubimy się i wspieramy. Mam to ogromne szczęście, że znalazłam swoją drugą połówkę w łyżwiarstwie. To Janek Szymański. Jestem z niego bardzo dumna! Na wszystkie wyjazdy jeździmy razem. Oprócz wspólnej pasji, czyli łyżwiarstwa, możemy spędzać ze sobą czas. Takie wsparcie przez cały rok jest bardzo ważne.

Sportowiec + sportowiec to dobra opcja?

- Mamy bardzo różne charaktery i przez to się uzupełniamy. Ja jestem osobą nerwową, bardzo pilną, dokładną, bardzo systematyczną. Janek wprowadza w ten mój poukładany świat swój luz. Myślę, że to nas równoważy.

Prawdziwy facet to...

- Muszę się przy nim czuć bezpiecznie, muszę mieć w nim oparcie. Jestem osobą bardzo samodzielną, która wszystko może sobie zorganizować sama. W tej swojej samodzielności mam takie chwile, kiedy chętnie oddałabym się w ręce kogoś, kto by mną pokierował. I myślę, że takiego mężczyzny szukam i potrzebuję. Takiego, któremu mogę w ciemno powierzyć moje sprawy i będę w stanie mu zaufać, że nie zrobi z tym nic złego.

Startujesz w biegach drużynowych. Jaki jest klucz do tego, żeby dogadały się ze sobą cztery kobiety?

- Nie musimy się kochać, ale musimy się szanować i mieć wspólny cel. Tym naszym wspólnym celem jest wygrywanie biegów drużynowych. Ten pomysł narodził się, kiedy nie miałyśmy zbyt dobrych wyników indywidualnych i jedyną naszą szansą na ich osiąganie było wspólne działanie. Chęć pokazania siebie z jak najlepszej strony i mobilizacja sprawdziły się. Najważniejsze jest to, że kiedy stajemy na starcie, liczą się dla nas tylko i wyłącznie dobre wyniki.

Rozumiecie się bez słów i wszystko idzie zgodnie z planem?

- Musimy być elastyczne. Znamy się już bardzo długo. Kiedy Natalia schodzi na śniadanie, po jej minie, potrafię stwierdzić, jak spała i jak się dziś czuje. To też jest ważne. Przed startem zawsze mamy 20-minutowy trening na lodzie i po nim widać, która z nas jest w jakiej dyspozycji. Dzięki temu możemy modyfikować plan startu. Zdarzało się, że w czasie biegu musiałyśmy dokonywać jakichś szybkich korekt. Najgorzej jest, kiedy startujemy w jednym biegu z Holenderkami. Kibiców holenderskich jest najwięcej i wrzawa na torze nie pozwala się nam komunikować. Często jest tak, że któraś coś krzyknie: "Jedź szybciej!", "Zwolnij!".

I wtedy się słuchacie? Nie ma miejsca na dyskusje?

- Nie. Jest jedno hasło i wszystkie muszą się dopasować. Podobnie reagujemy na uwagi trenera.

Co chcesz osiągnąć w sporcie?

- Sport jest moją pracą. Robię codziennie to, co kocham, i bardzo mnie to cieszy. Oczywiście, jest to również męczące. Ciągłe wyjazdy sprawiają, że nie mam czasu założyć rodziny, nie mam czasu przygotować świąt. Żeby być sportowcem, trzeba na pewno bardzo dużo poświęcić, ale satysfakcja z łyżwiarstwa jest wystarczającą rekompensatą. Chciałabym trenować, dopóki będę w stanie poprawiać moje wyniki. Jeśli widzę możliwość rozwoju, to czemu z tego nie skorzystać? Moje założenie na Igrzyska było takie, żeby znaleźć się w pierwszej dziesiątce. To realne i na pewno bardzo dalekie od tego, jaki poziom prezentowałam cztery lata temu.

Czy na tafli często zdarzają się upadki?

- Myślałam, że zapytasz o upadki w życiu sportowca (śmiech)... I jedno, i drugie się zdarza. Na lodzie wystarczy minimalny błąd i leżysz. Łyżwy są bardzo ostre, szybko się jeździ, ale, na szczęście, większość upadków kończy się tak, że człowiek sunie po lodzie i zatrzymuje się na bandzie.

Byłaś kiedyś "w dołku"?

- Było kilka sezonów pod rząd, kiedy moje wyniki nie były takie, jakich oczekiwałam, kiedy mówiłam sobie: "Kończę, nie mam siły więcej trenować, bo nie przynosi to efektu". Życie sportowców pokazuje, że pomimo takich załamań, jeśli konsekwentnie idzie się obraną drogą, to w pewnym momencie pojawiają się wyniki.

Jak radzisz sobie z porażkami?

- Nie boję się łez. Po upadkach wiem, że mogę sobie przeznaczyć dzień czy kilka godzin na to, żeby się wypłakać. Potem zapala się lampka, że im szybciej zacznę działać, pracować przeciwko temu, co mnie zniszczyło w danej chwili, tym szybciej znowu będę na górze. Nie ma zwycięstw bez porażek. Gorsze momenty działają na mnie mobilizująco.

- Dwa lata temu zerwałam więzadło, miałam operację, potem pół roku rehabilitacji. Kosztowało mnie to bardzo dużo sił, energii i samozaparcia, ale wyszłam z tego, wróciłam do formy nie tylko sprzed kontuzji, a nawet lepszej.

Kto pierwszy pokazał ci łyżwy?

- Moja rodzina nie ma nic wspólnego z sportem wyczynowym. W dzieciństwie przez kilka miesięcy mieszkałam z dziadkami. Dziadek zaczął mnie zabierać na lodowisko. Potem, w szkole podstawowej, jeździłam na lodowisku zrobionym na boisku. Wybijałam się na tle klasy pod względem wytrzymałości, bardzo dobrze biegałam i ogólnie byłam sprawna fizycznie. Zauważył to mój nauczyciel wf, dał mi panczeny - bo tak się nazywają łyżwy do łyżwiarstwa szybkiego - i powiedział, o której odjeżdża autokar na trening na warszawskie Stegny. Pojechałam i na pierwszym treningu pokonałam dwa i pół kółka, czyli dystans tysiąca metrów. Mój rekord życiowy na tym dystansie wynosi minutę 15 sekund. Do dziś żartuję, że wystarczy piętnaście lat treningu i jaki mamy progres! Po pierwszym treningu stwierdziłam, że nigdy więcej nie wrócę, bolały mnie kolana, ręce, tyłek, wszystko...

Ale jednak wróciłaś?

- Ten mój nauczyciel wf został w pewnym momencie dyrektorem szkoły. Kiedy opuszczałam treningi, przyszedł na lekcję języka polskiego i zapytał: "Złotkowska, czemu znów nie byłaś na łyżwach?". Więc ja, lekko zmieszana, odpowiedziałam, że musiałam się uczyć i odrabiać lekcje. Na co on powiedział do nauczycielki: "Skoro tak pilnie się uczyła, to proszę ją przepytać". Od tamtej pory wolałam chodzić na treningi niż mieć ekstra sprawdzanie wiedzy. Małe sukcesy mnie nakręcały i tak to się potoczyło.

Czy masz czas na coś innego niż sport?

- Ciężko znaleźć odskocznię od sportu. Oprócz łyżwiarstwa i treningów skończyłam oczywiście AWF w Krakowie. Zrobiłam kurs trenera II klasy łyżwiarstwa szybkiego. W wolnym czasie mam bardzo dużo spotkań z dziećmi, młodzieżą. Mówię o sporcie, zasadach zdrowego stylu życia, zdrowym odżywaniu się, o olimpizmie. Widzę, że dla nich jestem autorytetem. I jeśli powiem, że chipsy są be, to ten dzieciak bardziej posłucha mnie niż swojej babci czy mamy.

- Ostatnio, z czego jestem bardzo dumna, zostałam wybrana do europejskiego odpowiednika komisji zawodniczej. Jestem jednym z ośmiu członków, przy czym jest tylko dwóch przedstawicieli zimowych dyscyplin.

-----

Luiza Złotkowska - łyżwiarka szybka, brązowa medalistka igrzysk w Vancouver i srebrna igrzysk w Soczi. Trzykrotna medalistka zimowej uniwersjady w Harbinie. Rekordzistka Polski na dystansie 5 km. Wielokrotna medalistka Mistrzostw Polski w łyżwiarstwie szybkim. Współpracuje z Polskim Komitetem Olimpijskim, jestem członkiem komisji zawodniczej.

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje