Maciej Musiał: Mam to po dziadku!

Dzielą ich 72 lata, łączy niezwykła relacja. Tylko w SHOW młody aktor i jego dziadek Marian Markiewicz opowiadają o sobie nawzajem. Czego się od siebie nauczyli, w co wierzą i za co się kochają?

"Moje pierwsze wspomnienie związane z dziadkiem? Rozstawiamy krzesła, wieszamy na nich koce i tak w domu powstają indiańskie szałasy. Potem w papierowych kapeluszach stajemy się kowbojami z Dzikiego Zachodu i biegamy z okrzykami po całym domu. Że też mu się chciało!", uśmiecha się Maciej Musiał (20).

Reklama

Od najmłodszych lat był blisko z ojcem swojej mamy, Marianem Markiewiczem (92). "Myślę, że większość młodych ludzi ma w serduchu bunt, ucieka wtedy od rodziców i trzyma sztamę z dziadkami. Ze mną tak właśnie było. Uwag rodziców nie chciałem słuchać, ale słowa dziadka zawsze były bardzo ważne. Uwielbiałem z nim rozmawiać i słuchać jego opowieści. Dziś jest tak samo. Czasem nawet go nagrywam, kiedy opowiada mi kolejne historie ze swojego niesamowitego życia", mówi nam aktor.

Podróż do przeszłości

Marian Markiewicz wychował się w Wilnie. Tego lata po raz pierwszy zabrał wnuka w rodzinne strony. "To była sentymentalna podróż", opowiada SHOW Maciej i dodaje: "Dziadek opowiadał mi o Wilnie każdego dnia. Wspominając to miasto, zawsze się wzruszał. Od dawna chciałem tam pojechać. Przede wszystkim sprawić mu przyjemność i dowiedzieć się czegoś o swoich korzeniach, a przy okazji zobaczyć, czy to miasto faktycznie jest tak niezwykłe. Jest. Na miejscu okazało się, że każda uliczka, którą chodziliśmy, miała swoją historię. Dziadek pamiętał wszystko. Tu chodził do kina, tam na walki bokserskie, tu była jego szkoła, w tej bramie się bił, a tam nad rzeką, właśnie na tym murku, zostawiali z kolegami swoje rzeczy, kiedy szli się kąpać. To było coś niesamowitego. Znaleźliśmy też dom, w którym dziadek mieszkał 90 lat temu i który stoi do tej pory".

"Mieszkaliśmy w domu z dużym podwórkiem, na którym zawsze było mnóstwo dzieci i młodzieży. Była między nami, sąsiadami, więź. Doskonale pamiętam wczesne dzieciństwo i lata szkolne. To najjaśniejsze wspomnienia z tamtych lat. Bo potem wybuchła wojna", mówi w rozmowie z nami pan Marian i kontynuuje wspomnienia: "Mimo bardzo młodego wieku nie baliśmy się śmierci. Wychowywano nas patriotycznie. Zginąć w obronie kraju było honorem. Baliśmy się tylko tego, że nie wytrzymamy, że się zbłaźnimy. Zarówno ja, jak też moi koledzy angażowaliśmy się w sprawy kraju spontanicznie, nikt nas nigdy nie rekrutował. Gdy wybuchła wojna, sami szukaliśmy możliwości walki".

W tych trudnych czasach dziadek Macieja kilkakrotnie uniknął śmierci. "Pamiętam, jak dowiedziałem się, że Sowieci idą na Wilno. Poczułem wtedy, jakby mnie ktoś uderzył w głowę. W nocy z trudem zasnąłem, a kiedy się obudziłem, usłyszałem serie strzałów. Trzech podchorążaków się broniło. Włożyłem mundurek szkolny, złapałem za karabin i wybiegłem walczyć. Dołączył do mnie kolega. Szybko nas aresztowali. Kiedy Sowieci nas prowadzili, na ulicę wyszły kobiety i zaczęły im tłumaczyć, że jesteśmy tylko dziećmi i żeby nas puścili. Te kobiety nas wybroniły. Miałem wtedy 15 lat. To był pierwszy raz, kiedy mogłem zginąć", wspomina i natychmiast dodaje: "Takie były losy nasze, polskie. Moja historia nie jest wcale wyjątkowa".

Maciej uważa jednak, że o życiu jego dziadka można by nakręcić film. "Nie ma po co, bo to by był koszmar", twierdzi Markiewicz i wylicza: "Walka o przeżycie, o to, żeby nikogo nie wplątać, żeby oprzeć się śledztwu, kolejne więzienia, bicia, przesłuchania, partyzantka, konspiracja, przekraczanie granicy, uwięzienie rodziców. Tak to wyglądało. Nieraz byłem bliski śmierci. Pamiętam wieczór wigilijny w więzieniu. Przeraźliwie zimno, nagi beton, łóżka nie było. Całą noc biegałem w miejscu, żeby się rozgrzać i uratować nerki. Żeby się nie położyć na betonie. Myślałem wtedy o dzieciństwie. O domu rodzinnym i o rodzicach. To mi dodawało sił. Z wspomnień o cieple rodzinnego domu czerpałem potem siły", mówi.

Mój bohater

Jego wnuk wychował się w innej rzeczywistości. O dziadku mówi: "Wzór mężczyzny, człowiek z zasadami, którym chciałbym się kiedyś stać. Dziadek jest odważny, honorowy, mądry i myślący. Ma poglądy, których broni. Bardzo uważa, by nigdy nikogo nie oceniać, nie krzywdzić. Ciągle chce pomagać innym. To on nauczył mnie grać w szachy. Zawsze powtarza, żebym nie przestawał myśleć, zastanawiać się, analizować. I mawia: »Nieważne, jaką podejmiesz decyzję, zawsze będę cię kochał i wspierał«". "Mówię tak, bo bardzo Maćka kocham. Na pewno jestem z niego bardzo dumny, ale rzadko to okazuję. Dlaczego? Bo to budzi niechęć i zazdrość. Zresztą ja nie jestem dumny z jego sukcesu, tylko z tego, jakim jest człowiekiem. Zawsze go wspieram. A jeśli mu coś nie wyjdzie, to go będę kochał jeszcze bardziej, bo wtedy będzie tego najbardziej potrzebował", słyszymy od pana Mariana.

Maciek włącza się do rozmowy. "Czuję, że dziadek wierzy we mnie, ale jednocześnie ma wobec mnie oczekiwania, choć oczywiście nigdy mi tego nie powie. Nie zawsze się zgadza z kierunkiem, w którym idę. Niedawno grałem w serialu »Krew z krwi«. Było w nim dużo przemocy, dużo przekleństw. Dla niego, człowieka wychowanego w innych czasach, tego było za wiele. Trudno mu było zaakceptować tę rolę, ale i tak czułem, że mnie wspiera. Z kolei w »Rodzince.pl« grałem kiedyś scenę, w której byłem rozebrany. Po emisji odcinka zadzwonił do mnie i powiedział: »Maćku, ale wiesz, że masz do zaoferowania znacznie więcej niż swoje ciało?«. Teraz gram w spektaklu »Skaza« w teatrze Syrena. Przedstawienia są 17 i 18 grudnia, akurat kiedy dziadek przyjedzie na święta, więc na pewno przyjdzie zobaczyć. Nie wiem tylko, jak zareaguje, bo jest tam trochę nagości. Na szczęście nie mojej", śmieje się Musiał.

Całkiem niedawno okazało się, że swój talent aktorski odziedziczył właśnie po dziadku. "Braliśmy razem udział w sesji zdjęciowej do kalendarza »Dżentelmeni«. W przerwach między ujęciami kręciliśmy krótkie filmy. Reżyser wydawał nam polecenia. Ja coś tam podgrywam, patrzę, a dziadek gra jak zawodowiec! Był niczym amerykański aktor! Powiedziałem mu wtedy: »Dziadku, jeśli ja coś umiem, to mam to po tobie«. Odpowiedział: »No wiesz, całą wojnę musiałem grać. Żyję dzięki temu, że grałem«".

W rozmowie z SHOW pan Marian tłumaczy: "W czasie wojny ciągle musiałem zatajać informacje, które mogłyby zgubić mnie i moich przyjaciół. Kłamałem podczas śledztw NKWD i gestapo. Zawsze wymyślałem jakąś wersję i potem trzeba było to »zagrać« i nie zmieniać jej nawet pomimo ciągłego bicia. Gdybym cokolwiek ujawnił przed NKWD, nie dość, że straciłbym życie, to wywieźliby całą moją rodzinę i zgubiłbym wszystkich, którzy byli ze mną w konspiracji. To samo na gestapo. Kiedyś zaparłem się przynależności do organizacji młodzieżowej. Kilka miesięcy wcześniej wyjechałem na Litwę, żeby zarobić na żywność dla rodziny. Gdy po paru miesiącach wróciłem, okazało się, że była wsypa. Aresztowali m.in. Henia, mojego sekcyjnego. Po mnie przyszli następnego dnia. Był 26 listopada 1941 roku. Bili mnie codziennie, a ja z uporem powtarzałem, że nie należałem do organizacji. W końcu przyszła Wigilia. Wzięli mnie wtedy do wystawiania kibli. Zauważyłem Henia. Pytam go: »Heniu, ja w twojej sprawie?«. A on: »Tak, nie wytrzymałem«. Mówię: »Heniu, odwołaj«. Ustaliliśmy więc inną wersję - że nie należałem do organizacji. On zeznał tak, jak się umówiliśmy. Potem udałem załamanego podczas śledztwa. Przeżyłem".

Cenne chwile razem 92-leni Marian Markiewicz mieszka sam w małym miasteczku na południu Polski. Do wnuka zawsze przyjeżdża na święta, jest zahartowany w podróżach - wiele lat przepracował w opiece społecznej, objeżdżając okoliczne wioski. "To daleka wyprawa. Najpierw dziadek wsiada w autobus, a potem kilka godzin spędza w pociągu. Kiedy odbieramy go z dworca, od razu zaczyna opowiadać, kogo spotkał w przedziale. On ma niesamowitą łatwość zjednywania sobie ludzi. Być może w tym roku święta będą u mnie, bo od niedawna mieszkam sam. Będzie choinka, gotowaniem zajmą się mama i dziadek, oboje robią to świetnie. Z dziadkiem kojarzy mi się sporo świątecznych historii. Kiedyś znalazłem pod łóżkiem rodziców prezenty. Stwierdziłem wtedy, że cały świat mnie oszukał i wszystkich nienawidzę. Wtedy to właśnie dziadek uratował honor mamy i taty", opowiada aktor.

Czego się nawzajem od siebie uczą? Pan Marian mówi, że wnuk nauczył go wiary w siebie. "Maciek zawsze wierzy, że sobie poradzi, podejmuje więc różne zadania. W moim życiu ze względu na wiek, jest to jednak mało przydatna umiejętność", żartuje i dodaje: "Oboje z wnukiem jesteśmy niepoprawnymi optymistami. To cecha, która bardzo pomaga w życiu".

Maciej wylicza: "Dziadek zawsze mnie uczył, żeby nie oceniać innych, być honorowym i szanować dane przez siebie słowo. Świetnie się bił, więc udzielił mi też kilku lekcji boksu. Takiego ze starej szkoły. I coś jeszcze - dziadek ma ogromną pogodę ducha". A pan Marian puentuje: "Życie jest piękne. Nie tylko w młodości czy średnim wieku. U schyłku życia wszystko jest jeszcze piękniejsze! Przyroda, ludzie, kobiety też są coraz piękniejsze (śmiech). Po tym wszystkim, co przeżyłem, wszystko inne wydaje mi się piękne. Nie wolno rezygnować z życia. Trzeba do końca dostrzegać jego ogromne piękno".

Justyna Kasprzak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje