Magda Mołek: Każdy orzech jest do zgryzienia...

Jedną z ulubionych książek Magdy Mołek jest "Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej", filmem - "Moja miłość". Gospodyni programu "W roli głównej", choć nie planuje napisać książki, mówi, że każdy orzech jest do zgryzienia". "Jestem jak wiewiórka" - dodaje.

Ma pani duże doświadczenie zawodowe. Czy myślała pani o tym, żeby wykorzystać je, jako materiał na książkę? Podobnie jak zrobiły to pani koleżanki po fachu, Dorota Wellman czy Anna Wendzikowska.

Reklama

Magda Mołek: - Raczej nie. W tym celu musiałabym uczynić jakby walor z cudzego życia, a chyba nie do końca mi to pasuje. Myślę też, że - po doświadczeniu w przygotowywaniu wywiadów pisanych do gazety - jest wielka przepaść pomiędzy zrobieniem wywiadu telewizyjnego, a gazetowego. Prawie rok pracowałam dla miesięcznika, do którego pisałam takie wywiady - choć to uwielbiałam, kosztowało mnie to bardzo dużo pracy. Najpierw trzeba było ten wywiad spisać, potem skrócić. Poza tym okazało się, że słowo mówione na papierze ma straszny ładunek energetyczny, więc trzeba coś z tym zrobić, a to jest wielka umiejętność. Uczyłam się tego w pocie czoła, zarywałam noce, żeby to rozgryźć.

Pamiętam mój pierwszy wywiad z Magdą Cielecką. Wróciłam do domu, dzień później założyłam słuchawki. Odsłuchałam to - a rozmawiałyśmy prawie dwie godziny - i złapałam się za głowę. Myślałam, że nigdy w życiu tego nie spiszę. Ale potem, kiedy jedna, druga, piąta osoba powiedziała, że to jest dobry wywiad, poczułam jakbym narodziła się na nowo.

Poza tym, żeby napisać książkę trzeba mieć dużo do powiedzenia. Książki zostawiam literatom. Bardzo cenię ich pracę i nie będę na tym bazować. To nie jest moja materia. Jednak dobrze czuję się przed kamerą w rozmowie. Będę starała rozwijać się na tym polu. A z drugiej strony, jeśli los kiedyś coś takiego mi przyniesie, a nigdy nie wiadomo, to jestem na to otwarta.

Jakie są pani ulubione tytuły, pozycje książkowe?

 - Mogę polecić książkę pana Michała Rusinka "Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej". Pan Rusinek jest erudytą, pierwszym sekretarzem pani Wisławy, czyli człowiekiem, który doskonale ją znał. Napisał książkę o niej w tak elegancki sposób - pokazuje nam ją prywatnie, ale nie przekracza żadnych granic. Poza tym, jego polszczyzna jest przepiękna. To jest wielki zaszczyt móc obcować z takim słowem, bo nagle zabiera nas do zupełnie innego świata. Opowiada przez siebie, ale my widzimy tam Wisławę. Wa książka nie tworzy żadnych podziałów, jest dla każdego.

W ogóle, dlatego powiedziałam, że książki zostawiam literatom, a może w ogóle bardziej poetom, bo to jest sztuka zawrzeć w pięciu prostych wyrazach sens istnienia. Ona to miała. Przecież bardzo często pani Wisława na pytanie dziennikarzy odpowiadała z rozbrajającą szczerością: nie wiem. Co więcej, z tego hasła uczyniła sens swojego życia i naukę dla nas. Bo idąc za nią, jeśli człowiek mówi, że nie wie, uruchamia się wtedy w nim potrzeba dowiedzenia się, a więc rozwoju. To jest najważniejsza ludzka myśl. Czyli jeśli dochodzisz do momentu, w którym nie wiesz, a masz ochotę się dowiedzieć to jest to pierwszy cudowny krok do tego, żeby się dowiedzieć. Nie musi to być ambicja, wystarczy zwykła ciekawość.

Pani redakcyjna koleżanka, Dorota Wellman, napisała książkę "Jak zostać zwierzem telewizyjnym?". Jakim zwierzem określiłaby pani siebie?

 - Nie wiem dlaczego, ale przyszło mi do głowy jakieś takie małe, futerkowe. Może wiewiórka.

Ale chyba nie dlatego, że lubi pani futra?

 - Właśnie nie dlatego. Pomyślałam akurat o niej, bo wiewiórka - chociaż wszyscy ją lubią - jest niedoceniana. Wiewiórki są zaradne, takie niepozorne, ale swoje zrobią. Są uprzejme dla wszystkich, bo można czasem Baśkę przywołać. Wydaje mi się też, że są pracowite. Poza tym rude nie jest złe - w przypadku wiewiórki to wręcz przeczy tezie, że stoi za tym coś niemiłego. No i ja ugryzę prawie każdy orzech. Dlatego to jest to. Każdy orzech jest do zgryzienia. Nie ma tak, że coś jest nie do zrobienia.

A jakie filmy pani lubi?

 - Jednym z moich ulubionych jest "Moja miłość" z Vincentem Casselem. To jest takie kino, jakie chciałabym oglądać często - abstrahując od tego, czy tam jest happy end, czy go nie ma, bo to akurat nie ma znaczenia. To jest opowieść o człowieku, czyli to, co interesuje mnie najbardziej. Nie oglądam horrorów, bo z natury szukam pozytywnych rzeczy, nie chcę być straszona, nie chce się sama bać. Uwielbiam filmy, po których wychodzę z kina i myślę o nim jeszcze, myślę i nie przestaję. To jest mój wyznacznik dobrego filmu.



Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje