Magdalena Różczka: To jest to, czego mi było trzeba

- Od razu wiedziałam, że to jest to, czego mi było trzeba - tak o technologii 360 stopni mówi Magdalena Różczka, pomysłodawczyni serialu "Para nie do pary" zrealizowanego tym sposobem. U boku aktorki zobaczymy Pawła Małaszyńskiego. Premiera - we wrześniu.

Skąd pomysł na serial "Para nie do pary" i na to, żeby zrealizować go w technologii 360 stopni?

Reklama

Magdalena Różczka: -  Po zakończeniu zdjęć do serialu "Lekarze" zastanawiałam się, co by tu zrobić, żeby spotkać się z tymi wspaniałymi ludźmi, z którymi wówczas pracowałam. Zaczęłam wymyślać serial komediowy, jednak ciągle brakowało mi tego czegoś, czym nasza produkcja mogłaby się wyróżniać. W międzyczasie dowiedziałam się o technologii 360 stopni. Od razu wiedziałam, że to jest to, czego mi było trzeba, właśnie to brakujące "coś".

Jaka jest idea serialu? Na czym polega jego akcja?

- W serialu jest dwóch głównych bohaterów, przyszłe małżeństwo. Tytułowa para jest taka, jak każda inna - trochę do pary, trochę nie do pary. Kobiety i mężczyźni bardzo się różnią, dlatego chyba każdy zna takie sytuacje, jak niedomówienia czy nieporozumienia. Staramy się, żeby to była opowieść o ludziach, którzy, mimo że ciągle mają powody do kłótni, bardzo się kochają.

Dlaczego warto obejrzeć "Parę nie do pary"?

- Liczę na to, że ludzie będą chcieli zobaczyć nie tylko nową technologię 360, ale i pracę zgranego zespołu, fajnej energii, jaka się między nami wytworzyła. Jeśli to, co czujemy na planie, czyli lekkość i frajdę, przeniesie się na ekrany, to ludzie powinni to oglądać z uśmiechem na twarzy.

Czy od początku wiedziała pani, że głównymi bohaterami będzie właśnie pani i Paweł Małaszyński?

 - Tak (śmiech). Wiedziałam też, że obok nas pojawią się fajni znajomi, ale i świetni aktorzy, jak Kasia Bujakiewicz, czy Iza Kuna, którą kocham odkąd razem zagrałyśmy w jednym z filmów, czyli od jakichś dziesięciu lat.

Czy te znajomości przenoszą się poza plan, przyjaźnicie się po pracy?

 - W naszym zawodzie ciągle jesteśmy zajęci, dlatego ciężko jest spotkać się tak dużą grupą poza planem. Oczywiście osobno czasami się widujemy albo do siebie dzwonimy. Natomiast tak licznie możemy zobaczyć się tylko w pracy. Także pomysł na serial to był też sposób na to, żebyśmy wszyscy mogli się znowu spotkać.

Widziała pani już odcinki "Pary nie do pary"?

 - Nawet niejednokrotnie. Musiałam, bo po każdym obejrzeniu materiału na ekranie z różnych stron, co umożliwia technologia 360, dostrzegałam coś nowego - swoje błędy również. Też w związku z tym, że taka forma realizacji serialu jest u nas nowością, uczymy się pracy właśnie w ten sposób.

W ogóle ogląda pani produkcje ze swoim udziałem?

 - Przyznam, że trudno jest mi patrzeć na siebie na ekranie. Mam wrażenie, że to wszystko wygląda inaczej niż nam się wydaje. Na początku swojej pracy przed kamerami w ogóle ogląda się siebie przez palce albo wcale. Mam na koncie kilka produkcji, w których zagrałam i których do dzisiaj nie widziałam.

Wspomniała pani o błędach - czy jest pani dla siebie krytycznym widzem?

- Jestem, nawet bardzo. Zawsze uważam, że przecież mogłoby być lepiej. Rzadko zdarza mi się przyznać, że dobrze zagrałam scenę.

Poza "Parą nie do pary" jakieś nowe plany zawodowe?

- Przede wszystkim nie mogę doczekać się premiery filmu "Po prostu przyjaźń", która odbędzie się na początku stycznia. Bardzo na nią czekam, bo to jest film, który jest takim gatunkiem, jaki sama chciałabym oglądać w kinie. Oprócz tego, że będzie wesoło, to jeszcze mądrze i wzruszająco. Dlatego mam ogromną frajdę w tym, że wzięłam w nim udział.

Do stycznia znajdzie pani czas na to, żeby odpocząć od pracy?

 - Ostatnio dużo odpoczywałam. Teraz zabieram się do pracy.


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje