Magdalena Zawadzka: Liczy się talent

Miała piękne życie - zarówno osobiste, jak i zawodowe. Szczęście zburzyła dopiero śmierć jej ukochanego męża Gustawa Holoubka. Aktorka potrzebowała dużo czasu, by dojść do siebie, ale teraz znów jest w formie i wraca do gry. Właśnie wydała fascynującą autobiografię.

"Mama urodziła mnie w strasznych, prymitywnych warunkach, na wiązce słomy przykrytej papierową torbą po soli. W czasie porodu nastąpił krwotok i mama omal nie umarła" - wspomina Magdalena Zawadzka w swojej najnowszej książce "Taka jestem i już!".

Reklama

Aktorka przyszła na świat w Filipowicach, małopolskiej wsi, gdzie po upadku powstania warszawskiego schronienie znalazła jej mama Danuta z dziadkami. Tata Andrzej trafił do oflagu w bawarskim Murnau, a po jego wyzwoleniu do armii Andersa. Wrócił do Polski, gdy Magda miała dwa lata. Chciał ściągnąć rodzinę do Anglii, ale plan się nie powiódł. Wtedy rodzice wpadli na pomysł wyjazdu do Szczecina, na Ziemie Odzyskane, gdzie oboje mogli podjąć studia i znaleźć pracę.

"Pęd do wiedzy i potrzebę kształcenia się wszczepiali mi od dziecka" - opowiada aktorka. W innym wywiadzie wspominała, że w szkole uczyła się piosenek o Stalinie, a w domu prawdziwej historii Polski. Przydało się jej to 11 lat później, gdy cała rodzina wróciła do Warszawy. To tutaj Zawadzką wciągnęło życie artystyczne.

Już w liceum występowała w telewizji. Przygotowywała się do matury i jednocześnie wygrała casting do filmu "Spotkanie w ››Bajce‹‹". To była jej pierwsza rola. Zdała egzamin dojrzałości i dostała się do szkoły filmowej. Na drugim roku studiów zakochała się w Wiesławie Rutowiczu i bardzo szybko wyszła za niego za mąż.

W 1967 roku trafiła do sławnego kabaretu Dudek, na koncie miała już dziesięć filmów. Była najpopularniejszą aktorką w kraju. Nic dziwnego, że dostała rolę Baśki w filmie "Pan Wołodyjowski" w reżyserii Jerzego Hoffmana.

"Nie pamiętam, jak zareagowałam. Jurek twierdzi, że tylko zatrzepotałam rzęsami. Być może, ale w żaden sposób nie byłabym w stanie wyrazić swojego szczęścia i odczuwanej wtedy radości" - wspomina.

Jednak najbardziej przełomowy rok dla Zawadzkiej to 1969. Wtedy na jej drodze stanął on - Gustaw Holoubek. Ich miłość zrodziła się na deskach Teatru Dramatycznego, gdzie zagrali w jednej sztuce.

"Ani przez chwilę nie czułam dzielącej nas różnicy wieku. Nadawaliśmy i odbieraliśmy na tych samych falach. Wydawało się, że czytamy sobie w myślach" - wspomina artystka i dodaje: "Po uregulowaniu spraw związanych z naszymi rozwodami 3 września 1973 roku wzięliśmy cichy ślub w Zakopanem".

Życie Magdaleny z Guciem, jak czule nazywała męża, było kolorowe i pełne pasji. Obydwoje realizowali się zawodowo. Dużo też podróżowali. Aktorka zwiedziła Amerykę, Australię, Afrykę i najpiękniejsze zakątki Europy.

"Ze szczególnym wzruszeniem myślę o Florencji. Właśnie tu, w mieście, którego patronem jest Święty Jan Chrzciciel, 24 czerwca zdałam sobie sprawę z tego, że jestem w ciąży. Na pamiątkę tego radosnego dla nas obojga odkrycia Gustaw kupił mi na słynnym zabytkowym moście Ponte Vecchio dwa złote pierścionki. Nad imieniem dla dziecka nie zastanawialiśmy się ani chwili. Wiedzieliśmy, że jeżeli urodzi się chłopiec, nazwiemy go Jan" - opowiada.

Janek przyszedł na świat w 1978 roku. "Stał się najważniejszą osobą, wokół której koncentrowało się nasze życie" - pisze we wspomnieniach Zawadzka.

Świat aktorki zawalił się nagle sześć lat temu, gdy zmarł jej ukochany Gustaw. "Zawsze to wiedziałam, ale nie przypuszczałam, że pustka po odejściu najbliższego mężczyzny i przyjaciela będzie tak niewyobrażalna, przerażająca. Zagłębiłam się w żałobie" - wyznaje. "Dopadły mnie choroby. Byłam zdrowa przed ślubem i po ślubie, ale po śmierci Gucia cały mój system immunologiczny runął. Stres pożałobny, jak to określili lekarze, długo trzymał mnie w swoich szponach".

Artystka potrzebowała dużo czasu, aby pogodzić się z odejściem męża. "Po czterech latach od śmierci Gustawa znowu posadziłam na balkonie czerwone pelargonie, jego ulubione balkonowe kwiaty" - odnotowała ze smutkiem. Zawadzka jednak się nie poddała i rozpoczęła nowy etap, już bez miłości swojego życia u boku. Praca i przyjaciele pomogli jej wrócić do rzeczywistości.

"Często przywołuję jego obraz, wierzę, że czuwa nade mną. Na pewno zakolegował się z moim Aniołem Stróżem, razem oglądają mecze, grają w karty i patrzą, co porabiam" - stwierdza z przekonaniem aktorka.

Ewa Małek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje