Małgorzata Pieńkowska: Wiek nie ma znaczenia...

...przekonuje gwiazda „M jak miłość”, która w „Tańcu z gwiazdami” rywalizuje z młodszymi konkurentkami. Nam zdradziła, jak pokonuje swoje słabości i z kim chciałaby się umówić.

Niedawno obchodziłaś 50. urodziny. Ale mam wrażenie, że nie przywiązujesz specjalnie wagi do metryki?

Reklama

Małgorzata Pieńkowska: - Czasami rozmawiam z ludźmi, którzy są mniej doświadczeni, a mamy bardzo dużo wspólnych tematów. Spotykam też osoby starsze ode mnie i zazdroszczę im energii życiowej. Liczby nie mają znaczenia, ważny jest stan umysłu. A umysł - tak mi się przynajmniej wydaje - mam bardzo otwarty.

Jesteś też otwarta na wyzwania. Choćby takie jak "Taniec z gwiazdami". Czym cię skusili?

- Już wcześniej dostałam propozycję od producentów "TzG", ale wtedy ze względu na inne obowiązki i terminy nie mogłam jej przyjąć. Teraz tak się złożyło, że mogłam. Poczułam, że potrzebuję nowej energii i chcę coś zmienić w swoim życiu. Odkryłam, że to chyba ten moment, kiedy wreszcie mogę zrobić coś tylko dla siebie! Uświadomiłam sobie, że w ostatnim czasie trochę "wewnętrznie usiadłam na kanapie". Wystraszyłam się tego, że coraz mniej mi się chce, przestałam poszukiwać. Propozycja z "TzG" zbiegła się z monodramem "Zofia", jaki zrobiłam w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Jest to bardzo przejmujący spektakl o Zofii Rodowicz, matce harcerza z Szarych Szeregów, który zginął w 1949 roku w niewyjaśnionych okolicznościach po zatrzymaniu przez UB. Po tym doświadczeniu zwyczajnie zapragnęłam radosnej odmiany.

Taniec jest chyba trudniejszy od gry w tenisa, którą trenujesz od lat? Trzeba się przełamać, pokazać seksapil, temperament, namiętność...

- Jest zdecydowanie trudniej, niż przypuszczałam! Taniec łączy cię z drugą osobą i bywa bardzo intymny. Mam za sobą półtora miesiąca intensywnych treningów - po 5-6 godzin dziennie. W tym czasie musiałam przyznać się sama przed sobą do wielu własnych ograniczeń i słabości. To było chyba najtrudniejsze i kosztowało mnie więcej niż ból stóp i mięśni. Przed programem wydawało mi się, że jestem na tyle wysportowana, że spokojnie podołam. Ale już na pierwszym treningu, kiedy stanęłam na sali wyłożonej lustrami, przeżyłam szok.

- Nie wierzyłam, że ta osoba w odbiciu to ja! Wtedy zdałam sobie sprawę, że nigdy w życiu nie stałam przed lustrem aż tylu godzin! Zazwyczaj widziałam w nim odbicie postaci, które gram czy grałam. Ale sama sobie nie przyglądałam się tak dokładnie. Większość pań doskonale wie, o czym mówię. Pochłania nas codzienność, dom, dzieci, praca... W tym pośpiechu zupełnie zapominamy o sobie. W pierwszym tygodniu strasznie na siebie wewnętrznie krzyczałam: "Jak mogłaś się tak zaniedbać!". Bo przecież trzeba być zawsze fit, happy, mieć zawsze 12 lat... W końcu zrozumiałam, że muszę wyluzować i nie być taka sroga dla siebie. Powoli uczę się tego.

Czego oczekujesz po "Tańcu z gwiazdami"?

- Ja tutaj nie walczę o pierwsze miejsce, ale o własne zwycięstwa. Mam poczucie, że parę ich już w tym programie odniosłam. Samą decyzję, by wziąć udział w show, uznaję za pierwszy sukces. To, że nie odpadłam w pierwszym odcinku, to moje kolejne zwycięstwo. Najważniejsze jest dla mnie, żeby coś się ze mną nieoczekiwanego stało. Czekam na to bardzo. Chciałabym też zatańczyć tak lekko, jakbym leciała!

Udaje ci się spełniać marzenia?

- Zawsze mam lęki, kiedy myślę o marzeniach. Mogę zamknąć coś, co mogłoby być dla mnie dobre. Marzenia czasami mogą ograniczać. Ale jeśli pytasz o konkretne marzenia, to chciałabym się kiedyś spotkać z panem Myśliwskim, autorem "Traktatu o łuskaniu fasoli". Uważam go za księcia pióra.

Pewnie umówiłabyś się z nim w kawiarni na Saskiej Kępie. Tej, w której zawsze umawiasz się na wywiady...

- Tak. Są w moim życiu rzeczy niezmienne, np. spacer z psami, który po prostu codziennie muszę odbyć. Myślę, że tak naprawdę to ja siebie codziennie wyprowadzam na ten spacer, a Boston i Bruno są tylko dodatkiem (śmiech). Jestem mieszczuchem, ale ostatnio coraz częściej uciekam z mojej Saskiej Kępy, bo ciągnie mnie w stronę natury.

Z "M jak miłość" nie chciałaś uciec? Zaryzykować jak Małgosia Kożuchowska?

- Każdy ma swoją drogę. Bardzo cenię Gosię Kożuchowską. Uważam, że jej kariera jest prowadzona w niezwykle przemyślany sposób. Powinna być wyznacznikiem dla innych młodych aktorów.

Takich jak twoja córka?

- Inka dopiero zaczęła studia - we wrocławskiej PWST. Bardzo się cieszę, że padło akurat na Wrocław. Mamy tam rodzinę, Wrocław nie jest tak rozpędzonym miastem jak Warszawa, a przede wszystkim jest piękny.

Wiem, że córka wspierała cię w trudnych chwilach, kiedy walczyłaś z chorobą. Podobnie koledzy i koleżanki z planu "M jak miłość".

- Bardzo wiele temu serialowi zawdzięczam. Odczułam to szczególnie wtedy, kiedy zachorowałam. Jestem wdzięczna kolegom z planu, że dali mi siłę. Polegało to przede wszystkim na tym, że nikt mnie nie oszczędzał. Taka postawa uratowała mi życie, chociaż moi bliscy martwili się, że nie powinnam tak intensywnie pracować. Ale ja najbardziej na świecie nienawidzę litości i współczucia.

Podobno długo nie mówiłaś w pracy, że chorujesz na nowotwór.

- Przez rok udało mi się to ukryć przed prasą. Myślę, że to absolutny rekord medialny. Tym bardziej, że na planie wszyscy wiedzieli, co dzieje się w moim życiu i zachowali absolutną dyskrecję. Kiedy w końcu ta informacja dotarła do mediów, byłam już na tyle silna, że sobie poradziłam.

Wracając do ryzykownych decyzji - produkujesz także spektakle teatralne. To nie jest łatwy biznes. Tomek Karolak wpadł w kłopoty.

- Chylę czoło przed wszystkimi, którzy działają na rzecz kultury. Sama miałam odwagę zainwestować w produkcję sztuki i na własnej skórze sprawdziłam, jak ciężki to kawałek chleba. Ceną za to jest czytanie na portalach, że tańczysz w show, bo musisz spłacać długi... Jestem głęboko wzruszona troską portali o stan mojego konta. Może któryś zostanie sponsorem recitalu, który mam w planach? Zapraszam!

Oskar Maya

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje