Maria Pakulnis: Cieszę się każdą chwilą

- Po litewskich dziadkach odziedziczyłam wrażliwość i odrobinę melancholii. Ale jestem też wytrwała i nie marudzę - mówi Maria Pakulnis.

Spotykamy się w niedzielny poranek. Maria Pakulnis w sobotę przed północą wróciła z teatru. Wydawałoby się, że w niedzielę rano powinna narzekać na zmęczenie i niewyspanie, ale nic podobnego! Aktorka, bez śladu makijażu, wygląda świeżo i naturalnie. Jak dziewczyna! Nie widać po niej upływu czasu. Podczas wywiadu zamawia... gorącą wodę z cytryną.

Reklama

Beata Biały: Jak udaje się pani oszukać czas? To ta woda z cytryną działa cuda?

Maria Pakulnis: - Pewnie trochę tak, bo oczyszcza organizm. Piję ją kilka razy w ciągu dnia zamiast herbaty. Ale myślę, że przede wszystkim mam dobre litewskie geny. To dzięki nim tak się trzymam (śmiech). Na wygląd chyba wpływa też to, na ile człowiek czuje się potrzebny. Energii dodaje mi moja praca. Oczywiście, aktorstwo nie jest łatwym zawodem, szczególnie dla kobiet, które przekroczyły pewien wiek. Zaczynamy być przeźroczyste. Z wielkim uwielbieniem powtarzam kwestię, którą wypowiadam na scenie jako postać: "Kobiety w moim wieku są już niewidzialne, chyba że ktoś usiłuje im sprzedać polisę na życie, wtedy wszędzie nas znajdą".

Wraca pani jeszcze na rodzinne Mazury?

- Ojciec pochodził z Wilna, mama z Kowna, ale ja urodziłam się w Giżycku. Dzieciństwo i młodość spędziłam nad jeziorami, wśród lasów i łąk. Nie ma dla mnie nic piękniejszego niż obcowanie z naturą. Ona daje mi ukojenie. Do dziś chętnie odwiedzam Mazury, jeżdżę do przyjaciół, u których zawsze jestem miłym gościem. Mają mały domek nad jeziorem, z własnym pomostem wśród trzcin. Cisza jak makiem zasiał... Lubię wstać o szóstej rano, obudzona promieniami letniego słońca, i wskoczyć do jeziora.

Zagrała pani wiele wspaniałych ról w teatrze i filmie, a także w serialach: "Pierwsza miłość", "Rozlewisko", "Prawo Agaty"... Mając tak duży dorobek, mogłaby pani spocząć na laurach...

- Czasem zdarza mi się myśleć, jak długo jeszcze będę pracować, czy dam radę, czy będę miała siłę na to życie. Jak na razie pracuję, zarobię na rachunki. Ale co się stanie, gdy nie będę miała pracy? Po 36 latach grania każdego dnia mam poczucie, że walczę o życie. Bo choć od początku ciężko pracuję jako aktorka, nie jestem ustawiona finansowo.

Niektóre aktorki dorabiają w reklamie...

- I miałabym otwierać butik za parę butów czy torebkę? Ja tak nie potrafię. Dla mnie aktorstwo to wciąż misja i sztuka.

Co teraz pochłania panią najbardziej?

- Wraz z przyjaciółmi z Teatru Nowego w Poznaniu zrobiłam sztukę "Seks dla opornych". To historia małżeństwa po pięćdziesiątce, które wpadło w pewną rutynę. Bohaterka zaczyna odczuwać lęk przed przemijaniem, nachodzą ją myśli, że stała się już nieatrakcyjna dla męża. Postanawia więc zabrać go do hotelu na weekend, żeby ten związek ożywić. Miało być erotycznie, a nagle stało się terapeutycznie... To sztuka o tym, że o związek musimy dbać każdego dnia. Że na miłość trzeba pracować ciężko jak na chleb.

Miłość, praca - jakie inne wartości były zawsze dla pani ważne?

- Poczucie bezpieczeństwa i akceptacji. Gdy czujesz się bezpieczna i pewna własnej wartości, masz większą odwagę i łatwość, by budować swoje życie.

Kiedy czuła się pani najbardziej bezpieczna?

- Wtedy, gdy spotkałam mojego męża, Krzysztofa Zaleskiego. Byliśmy szalonym małżeństwem: artystycznym, bardzo twórczym. Krzysztof był nieprawdopodobnie mądrym, inteligentnym człowiekiem i wyjątkowym artystą. Kilka lat temu zmarł i wówczas znów to poczucie bezpieczeństwa straciłam. Ale takie jest życie. Nie wiemy, co będzie jutro. Dlatego każdy dzień trzeba dobrze przeżyć. Cieszyć się każdą chwilą!

Na przykład?

- Zaraz po wywiadzie pędzę do mojego ogródka. Tam już czekają na mnie donice z szafirkami. Zasadzę też różne inne kwiaty, które aż do późnej jesieni będą mnie cieszyć pięknymi kolorami. I już zakwitły tulipany! Ogródek mam maleńki, a mimo to daje mi dużo radości. Rośnie w nim dzika wiśnia, która kwitnie na biało, cyprys płaczący i świerk. Jest katalpa, która rozrasta się bez opamiętania. Hoduję także róże, rododendrony i peonie. Uwielbiam rano wyjść na taras, nieśpiesznie pić kawę i obserwować, jak Wiera i Fiodor przechadzają się po ogródku.

A cóż to za istoty?

- Wspaniałe syberyjskie koty. Mają po pięć lat. Kochają wszystkich gości, chodzą za nimi i od razu wskakują im na kolana (śmiech). W każdym kącie mieszkania mam rolki do odpylania ubrań, bo koty trochę gubią sierść. Ale są takie kochane! Kiedy wracam do domu i otwieram drzwi, czekają na mnie przy drzwiach. A gdy czasem zmęczona kładę się na kanapie, przytulają się, mruczą i ściągają ze mnie złą energię.

Co pani robi, gdy nie ma prób lub zdjęć?

- Rzadko się to zdarza, ale bardzo lubię te dni. Chodzę wtedy w piżamie do południa, piję kawę w ogródku, czytam książki. Lubię takie samotne dni, nigdy się nie nudzę sama ze sobą. Czasem gotuję albo coś zmieniam w mieszkaniu. Dom musi pachnieć rano dobrą kawą, świeżo pieczonym chlebem na zakwasie. Na każdą zimą przygotowuję przetwory: przeciery pomidorowe na zupę, konfitury z moreli, galaretki z czarnej i czerwonej porzeczki. Na targu kupuję owoce i warzywa, a potem zamykam w słoikach. Przez zimę słoiki znikają (śmiech).

W bardzo lubianym przez czytelniczki "Tiny" serialu "Rozlewisko" zagrała pani ekscentryczną aktorkę, Ewę Sztern.

- Na razie jej wątek ucichł w serialu, a szkoda! Byłam na miłym i ciekawym spotkaniu z publicznością w Katowicach. Wszyscy pytali mnie o Ewę Sztern, pamiętali ją.

Myślałam, że pbohaterka znajdzie na Mazurach swoje miejsce.

- Nie wiem, jak potoczą się jej losy i co jeszcze się wydarzy w serialu. Podobnie jak w życiu. Ale wierzę w dobre zakończenia...


Tekst pochodzi z magazynu

Tina

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje