Marta, Julia, Justyna: Zabiły, więc są winne. Czy na pewno?

Marta Pawłowska poćwiartowała matkę, która przez kilkanaście lat znęcała się nad nią psychicznie. Justyna Bajdor, łączniczka Armii Krajowej, zadźgała męża, który kilkadziesiąt lat wcześniej służył w dywizji Hermann Göring. Julia Brystygier torturowała więźniów politycznych i rządziła mężczyznami, którzy wcześniej nazywali ją „pżp”, czyli przechodnią żoną polową. Każda z nich jest winna, nie każda godna potępienia.

Marta

"Tylko kilka pytań mają milicjanci do Marty Pawłowskiej. I będą je zadawać delikatnie, uważając, żeby drugiej ofiary tego bestialskiego mordu nie urazić. Bo przecież jasne, że i ona jest ofiarą tego zwyrodnialca".

Reklama

Szybko okazało się, że 18-letnia Marta Pawłowska nie była ofiarą. Zabiła kobietę, zwłoki poćwiartowała siekierką, włożyła do walizek i ukryła. Tą kobietą była jej matka, Barbara Pawłowska. Po wszystkim Marta poczuła, że "przestała mamę nienawidzić", kilka dni później przyznała się do winy. Mimo to biegły psycholog, obecny na przesłuchaniach, powiedział, że dziewczyna  jest niewinna. Sąd, zamiast skazać ją na śmierć, zasądził 8 lat pozbawienia wolności. Marta wyszła  z więzienia w 1988 roku.

Katarzyna Pruszkowska: Z książki wiem, że udało się Panu spotkać z Martą.

Marek Łuszczyna, autor książki "Zimne": - Tak, bardzo chciałem się z nią zobaczyć, bo byłem pewien, że bez tej rozmowy reportaż nie będzie kompletny. Nie znałem adresu Marty, ale wiedziałem, gdzie mieszka jej ojciec. On, podobnie jak córka, miał nadzieję, że ludzie zapomną o tej historii i że nigdy nie zjawi się taki gość, jak ja.

Ale się zjawił, niespełna 35 lat po śmierci Barbary Pawłowskiej.

- Zjawiłem się. W takich sytuacjach najważniejsza jest pokora. Nie wpadłem tam i nie powiedziałem "przyjechałem z Warszawy, piszę książkę, więc niech pan mi da ten adres". Nic z tych rzeczy, choć znam ludzi, którzy nie mają z takimi akcjami problemów. W reportażu nie opisałem całego procesu negocjacji, który towarzyszył rozmowie z ojcem Marty. Przekonanie tego człowieka, żeby dał mi dostęp do swojej córki, nie było łatwe. Różne rzeczy się wtedy działy, ja występowałem raczej w roli natręta. Ale adres zdobyłem.

- Czułem się wtedy tak, jakbym trzymał w rękach drogocenny przedmiot, który muszę przenieść przez bardzo ruchliwą ulicę. Marta w każdej chwili mogła zadzwonić i powiedzieć, że się rozmyśliła. Że tego spotkania nie będzie. Wcześniej wielokrotnie się próbowałem się z nią umówić, prosiłem chyba ze 20 razy, ale zawsze odmawiała.

Jak udało się ją przekonać?

- Wykorzystałem pomysł kolegi, Remigiusza Grzeli. On pokazuje gotowy tekst swoim bohaterom. Wydrukowałem więc to, co miałem, wsadziłem w kopertę i wysłałem Marcie. Przeczytała i zgodziła się na rozmowę.

Jak się Pan czuł jadąc do Marty?

- Jechałem tam zestresowany jak nastolatek. Nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Wiedziałem tylko, że nie muszę się Marty bać, że ona nie będzie agresywna. I nie była. Spotkałem kobietę złamaną, zgniecioną poczuciem winy. Nie z powodu tego, że zabiła matkę, ale z powodu tego, co matka za życia jej wmówiła: że przez Martę zmarnowała najlepsze lata swojego życia, że przez nią nie awansowała, nie mogła się spełniać. Wyrok, który został w tej sprawie orzeczony był niski, bo sędzina wzięła pod uwagę to, co matka wyprawiała z Martą.

Poprawiała błędy w jej pamiętniku.

- Na przykład. To morderstwo rzeczywiście było okrutne, ale Marta w żadnym wypadku nie jest psychopatką.  Wprost przeciwnie, miałem wrażenie, że jest wręcz przeempatyzowana. Nie mam jednak zamiaru usprawiedliwiać tego co zrobiła.

Mam wrażenie, że prawdziwą psychopatką była Julia Brystygier.

- Też tak o niej myślałem, ale to nie jest tak jednoznaczna postać.

Julia

Pewnie Julia w ferworze pracy zapomniała, że zanim zejdzie do więźnia, musi cierpliwie zdjąć całą biżuterię, zsunąć pierścionki, bransoletki, obrączkę. No i odpiąć naszyjnik, żeby w jednej chwili nie eksplodował na cały pokój przesłuchań bezlikiem błyszczących kamieni".

Jeden z więźniów powiedział o Julii Brystiger: "To zbrodnicze monstrum przewyższało okrucieństwem niemieckie dozorczynie z obozów koncentracyjnych". Po latach Julia odcięła się od przeszłości i zbliżyła do kościoła.

Katarzyna Pruszkowska: Powiedział mi Pan, że czytelnicy różnie oceniają postępowanie kobiet, które opisał Pan w książce. Trudno mi sobie jednak wyobrazić, że ktoś może próbować rozgrzeszać albo zrozumieć Julię Brystiger.

Marek Łuszczyna: - Rzeczywiście, ona jest dość jednoznacznie oceniania. Trudno się dziwić, bo to była stalinowska oprawczyni, wyjątkowo okrutna.

Która już po okresie stalinizmu  napisała książkę o młodym, okrutnie torturowanym więźniu.   Później się nawróciła, podobno nawet ochrzciła.

- Nie ma dowodów na to, że przyjęła chrzest. A i z tym nawróceniem to była dziwna sprawa. Czasem tak bywa, że starsi ludzie częściej zwracają się w stronę kościoła. Ale u Julii to nie przebiegało tak, jak w przypadku Jaruzelskiego, który przez całe życie był ateistą, a umierając stwierdził, że zakład Pascala może mieć sens. Kiedy się "nawróciła", a raczej zbliżyła do Kościoła, była po 60-tce, a ja znam facetów, którzy w tym wieku mają 30-letnie narzeczone. To jeszcze nie jest starość.

Czy mogły być inne powody zainteresowania Kościołem?

- Mówili, że między nią, a Antonim Marylskim, znanym działaczem społecznym i duchownym coś było. Bardzo mu pomagała, często do niego jeździła. On pod koniec życia rzeczywiście przyjął święcenia, ale wcześniej był działaczem świeckim. Wiem, że się dobrze znali, że Julia wiele dla niego robiła. Ale nie znalazłem dowodów na to, że między nimi było coś więcej. To tylko domysły, więc nie wspominałem o nich w książce.

- A wracając do jej twórczości. W książce "Przez ucho igielne" Julia zawarła naprawdę wstrząsające opisy tortur. W świetle jej dokonań ubeckich to wszystko jest porażające, moim zdaniem także perwersyjne. Środowisko literackie, z Iwaszkiewiczem na czele, nie chciało mieć z Julią i jej pisaniną nic wspólnego. Byli i tacy, którym nie przeszkadzała jej przeszłość i próbowali ją lansować, jak na przykład Jerzy Putrament. Ale o tym nie warto mówić. Julian Stryjkowski  powiedział kiedyś, że "na Putramenta szkoda atramenta".

Po lekturze reportażu miałam wrażenie, że Julia był pozbawiona współczucia. A okazuje się, że rozumiała, co mogły czuć jej ofiary.

- To dziwne, prawda? Mówi się, że sadyści czy psychopaci nie mogą utożsamić się z bólem swoich ofiar. A Julia mogła. Nie jestem psychologiem, ale specjaliści, z którymi o niej rozmawiałem, zgodnie mówili, że jej niebywały pociąg do zadawania cierpień nie miał podłoża seksualnego. Raczej robiła to z zemsty.

Z zemsty? Na kim?

- Brystiger miała przez wiele lat tytuł "pżp", czyli przechodniej żony polowej. Miała wielu mężczyzn, a najczęściej sypiała z takimi, którzy intelektualnie nie dorastali jej do pięt. Za plecami mówiono o jej życiu seksualnym, a dla niej, kobiety inteligentnej i ambitnej, to musiało być trudne do zniesienia. Chciała być kimś, a była kochanką, z którą po kolei sypiali ci, którzy w jakiś sposób się liczyli. Być może Julia liczyła, że w ten sposób szybciej awansuje - może miała ochotę na tekę ministerialną, posadę w MSZ . Na pewno chciała odgrywać kluczową rolę w państwie.

I odgrywała. Miała ogromną władzę.

- To prawda. Ale nie jestem pewien, czy była to rola, o której ona marzyła. Trzeba przyznać, że była bardzo sprytna. Stała w cieniu, a manipulowała i Różańskim (oficer NKWD i MBP, zbrodniarz stalinowski  - przyp.red.), i Radkiewiczem (od 1 stycznia 1945 do 7 grudnia 1954 Minister Bezpieczeństwa Publicznego, od marca 1946 członek Państwowej Komisji Bezpieczeństwa - przyp. red.). Potem ich wystawiła, Różańskiego nawet obciążyła zeznaniami podczas procesu. Torturowała osobiście, zlecała tortury, podejmowała wiele okrutnych decyzji. Ale potrafiła się tak ustawić, że to wszystko nie trafiło na jej konto. Kiedy nastały zmiany i do władzy doszedł Gomułka, nie odpowiedziała za to, co zrobiła. On miał wobec niej dług wdzięczności jeszcze sprzed wojny , więc ją ochronił. Zapewnił dostatnie życie, ale powiedział, żeby wyzbyła się wszelkich ambicji politycznych.

Dlaczego?

- Bo nie chciał mieć u siebie ludzi z aparatu stalinowskiego. Bał się, że jeśli będzie wobec nich łaskawszy, jego własny aparat się go pozbędzie. Co się zresztą potem stało. Choć z zupełnie innych powodów.

Jak na opis tortur, którym zaczyna się reportaż o Julii, reagują czytelnicy?

- Wysłałem książkę mojemu koledze, który jest filmowcem i myśli kadrami. Odpisał mi: "O człowieku, zacząłem czytać i skuliłem się wpół na przystanku. Dlaczego mi to zrobiłeś?". Zacząłem ten reportaż mocno, żeby pokazać, że z Julią nie było żartów.

Jak żart, tyle, że makabryczny, brzmi cała historia Justyny Bajdor.

- Prawda? Jest zupełnie nieprawdopodobna. Ale prawdziwa.

Justyna

"Justyna Bajdor udaje martwą. Później powie, że zdecydowała się szybko - po drugim albo trzecim gwałcie (...). Jej głowa zwisała ze schodów wyjściowych, prowadzących na szpitalny dziedziniec. Z jednej strony taka pozycja uwiarygodniała śmierć. Z drugiej - istniało ryzyko, że ktoś dla zabawy rozdepcze jej czaszkę jak pałętający się balon".

Justyna Bajdor, łączniczka AK, po wojnie najpierw wyjechała do Anglii, gdzie poślubiła wujka-poligamistę, a później do Argentyny. Tam poślubiła Ludwika Martina, właściciela zakładu pogrzebowego, który na strychu, w dębowej skrzyni, trzymał pamiątki z młodości. "Zdjęcia, odznaczenia, fałszywe i prawdziwe dokumenty". Nie wiadomo, czy mąż Justyny, który naprawdę nazywał się Hans Adolf Schule,  był wśród tych, którzy w 1944 ją zgwałcili i usiłowali zabić. Na pewno był wtedy w Warszawie i należał do oddziału, który nie zostawiał za sobą żywych.

Katarzyna Pruszkowska: Zastanawiałam się, dlaczego wśród "Zimnych" znalazła się Justyna. Ja rozumiem to, co zrobiła i natychmiast bym ją uniewinniła.

Marek Łuszczyna: - A koleżanka, z którą rozmawiałem przed chwilą, powiedziała, że to była "niezwykle zwyrodniała morderczyni".

Ja myślę, że zwyrodniałym mordercą był ten, którego zabiła.

- Na pewno należał do dywizji, do której należeli zwyrodniali mordercy. 1 Dywizja Pancerno-Spadochronowa Hermann Göring , składająca się niemal z samych Niemców, słynęła z niebywałego okrucieństwa, wręcz bestialstwa. Pisząc o Justynie rozmawiałem z mężczyzną, który był w tej dywizji. 90-letni staruszek, nadal krzepki, który uważa się za świadka i źródło historii. Opowiadał mi o wojaczce, jakieś takie banalne historie. Ale o tym, że Niemcy skalpowali ludzi, gwałcili kobiety, ciężarnym wyjmowali z brzuchów dzieci i zaszywali w środku koty, a potem palili te noworodki - o tym jakoś nie pamiętał. Kiedy mój kolega dowiedział się, do kogo idę na rozmowę, powiedział "weź go po prostu od chłopaków z Radosławia uduś".

To pewne, że człowiek, z którym po latach związała się Justyna, był tym, który podczas wojny ją skrzywdził?

- Nie, nie wiadomo, czy on wtedy był na Czerniakowie. Ale był wtedy w Warszawie, to pewne. Przecież ona znalazła zdjęcia, poznała miejsca, w których zostały zrobione. Dywizja Hermann Göring  zostawiała za sobą trupy albo potwornie skrzywdzonych ludzi. Justyna została zgwałcona i najpewniej by zginęła, ale udawała martwą. To mogło się nie udać - mogła zostać postrzelona przypadkową kulą albo stratowana. Ale przeżyła. 

W książce opisał Pan jej dalsze losy, ale w pewnym momencie ślad się urywa. Od opublikowania książki minęło już sporo czasu. Może udało się Panu dowiedzieć, co stało się z Justyną, kiedy uciekła z zakładu pogrzebowego męża?

- Mam pewne tropy, być może coś więcej wie Mario Vargas Llosa (argentyński pisarz, noblista - przyp. red.), z którym kontaktowałem się w tej sprawie i z którym mam nadzieję jeszcze porozmawiam. Na razie historię Justyny znam tylko do momentu jej ucieczki z Argentyny. Być może udało się jej dostać do Peru. Ale to tylko domysły.

A co stało się z jej synem? Z maila od osoby związanej z Llosą, który cytuje Pan w książce, wiem, że jest uznawany za bohatera.

- Wacław Ogonowski, syn Justyny i jej wuja, został w Argentynie i związał się z opozycją zwalczającą juntę, która prowadziła "Brudną wojnę" (działania prowadzone w Argentynie  latach 1976-1983, które miały na celu sterroryzowanie opozycji - przyp. red.). Po latach znalazł się wśród desaparecidos, czyli ludzi zaginionych i prawdopodobnie prześladowanych, kiedy w Argentynie i Chile rządzili wojskowi. To dlatego, zdaniem autora maila, syn Justyny powinien być w Polsce "osobą znaną, cenioną i wynoszoną na piedestał".

Czy szanse na to, że dowie się Pan, co stało się z Justyną, są duże?

- Nie wiem. Wiem, że bardzo bym  chciał się tego dowiedzieć.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Zimne" Marka Łuszczyny, która ukazała się nakładem wydawnictwa PWN.

INTERIA

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje