Marta Żmuda Trzebiatowska: jestem molem książkowym

Marta Żmuda Trzebiatowska od lat delektuje się pięknem słowa czytanego i mówionego. Dlatego z entuzjazmem zaangażowała się w realizację wersji słuchowiskowej "Króla Leara", jednego z największych dramatów Szekspira.

Jak wygląda pani przyjaźń z Szekspirem?

Reklama

Marta Żmuda Trzebiatowska: -  Od Szekspira zaczęło się moje myślenie na poważnie o aktorstwie. Byłam w liceum, kiedy obejrzałam w Teatrze Wybrzeże "Hamleta" z Mirosławem Baką. Wcześniej był jeszcze film "Romeo i Julia" Baza Luhrmanna z Claire Danes i Leonardo DiCaprio, byłam wtedy chyba w siódmej klasie podstawówki, po którym przeczytałam większość dzieł Szekspira, mało wtedy jeszcze co rozumiejąc. W Akademii Teatralnej zajęcia z profesor Barbarą Lasocką, Barbarą Osterloff czy Henrykiem Izydorem Rogackim pomogły mi lepiej zrozumieć świat szekspirowskich postaci i zafascynować się jego dziełami na nowo.

Czy mogłaby pani przedstawić postać, którą kreuje pani w "Królu Learze"?

 - Zagrałam Reganę, jedną z trzech córek tytułowego króla, w mojej opinii najokrutniejszą. W role najstarszej Goneryli i najmłodszej Kordelii wcieliły się kolejno Dorota Landowska i Anna Cieślak. Naszego ojca zagrał Krzysztof Gosztyła, którego jako nastolatka marząca o aktorstwie, podziwiałam m.in. w "Skrzypku na dachu" w Teatrze Żydowskim w Warszawie. Obsada słuchowiska jest w mojej ocenie imponująca. Usłyszymy m.in.: Mariana Opanię, Mariusza Bonaszewskiego, Adama Woronowicza, Marka Barbasiewicza, Marcina Trońskiego i wiele innych wspaniałych aktorów. Przyznam, że ten projekt był spełnieniem moich zawodowych marzeń.

Jak od strony technicznej wygląda praca nad takim słuchowiskiem?

 - Aktor do dyspozycji ma tylko jeden środek wyrazu - głos i to nim musi wykreować cały świat. To fascynujące! Można pokusić się o stwierdzenie, że w słuchowisku radiowym teatr stwarza się w wyobraźni widza.

Podczas realizacji w jednej sali mamy kilka prowizorycznych pomieszczeń, które grają określone przestrzenie. I tak np. kiedy gramy zewnętrze, to najczęściej idziemy do ustawionej z zastawek budki, gdzie nawierzchnia wysypana jest drobnymi kamieniami, co daje poczucie, że jesteśmy niejako w plenerze. Myślę, że już sama sala nagrań jest szalenie ciekawa i inspirująca. Oczywiście każdą scenę gramy jak w teatrze, ale większy nacisk kładzie się na słowo, intonację, dykcję, no i oczywiście pauzę.

Głos to bardzo ważny atrybut aktora. Czy dba pani jakoś o to narzędzie?

 - Niespecjalnie. Choć pamiętam, jak podczas jednego ze spektakli straciłam głos i wtedy rzeczywiście się przestraszyłam i jednocześnie uświadomiłam sobie, że muszę bardziej o to narzędzie dbać. Nawet teraz, gdy przypominam sobie ten moment, staje mi przed oczami to nieprzyjemne uczucie bezsilności, kiedy wypowiadałam kwestię i wkładałam w to tyle wysiłku, a mimo to wciąż nie było mnie słychać.

Czy zawsze miała pani dobrą dykcję i emisję głosu? Czy musiała pani włożyć wiele pracy, by odpowiednio brzmieć?

 - Jako dziecko mówiłam bardzo donośnie - zawsze było mnie słychać, i wyraźnie - czasem aż nadto i wtedy zamiast "jabłko" czasem wychodziło np. "jabłuko". Na szczęście w Akademii Teatralnej trafiłam pod skrzydła wspaniałych profesorów. Zajęcia z impostacji miałam z wybitną w tej dziedzinie profesor Darią Iwińską, a technikę mowy z najlepszą specjalistką profesor, którą nazywaliśmy naszą "mamą", Grażyną Matyszkiewicz. Te dwie cudowne kobiety zaszczepiły we mnie miłość do słowa i dbałość o technikę i warsztat.

Jaki jest pani gust literacki? Czy z książek, które czytała pani ostatnio, coś by mi pani poleciła?

 - Na co dzień jestem molem książkowym. Czytam dosłownie wszystko, co wpadnie mi w ręce, choć gustuję głównie w literaturze faktu, reportażach i biografiach. Jeśli pyta pan, co godnego polecenia przeczytałam ostatnio, to jest to na pewno "Biała Rika" Magdaleny Parys oraz nagrodzona Pulitzerem w 2009 roku "Olive Kitteridge" Elizabeth Strout i "Mam na imię Lucy" tej samej autorki.


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje