Martyna Wojciechowska: Góry uczą nas pokory

Do kin w całym kraju trafił wyjątkowy dokument o pierwszym wejściu na Mount Everest - "Everest poza krańcem świata". - Oni robili naprawdę krok w nieznane - mówi Martyna Wojciechowska.

Pół wieku temu, gdy Everest został zdobyty po raz pierwszy była to góra dziewicza i nieznana. Dziś, po ponad 50 latach, zmieniły się możliwości zdobywania tego szczytu.

Reklama

Martyna Wojciechowska: - To, co zrobili pierwsi zdobywcy Everestu jest niepowtarzalne. To był 1953 rok i wyobraźmy sobie, jaki wtedy mieli dostęp do prognoz pogody, jaki był sprzęt, jakie było wyżywienie, butle tlenowe.... Jak dziś się na to patrzy, to wydaje się absolutnie archaiczne... Myślę, że to, co było szczególną trudnością, to to, że oni robili naprawdę krok w nieznane. Nikt, absolutnie nikt na świecie, nie wiedział, jak to miejsce wygląda. Nie wiedzieli, czego się spodziewać.

- Myślę, że brak kontaktu ze światem też musiał być bardzo trudnym doświadczeniem dla wszystkich, którzy robili pionierskie wyprawy. To nie jest tak, jak dzisiaj, że można połączyć się telefonem satelitarnym i dowiedzieć się z drugiego krańca świata, jaka jest prognoza pogody, albo chociażby usłyszeć czyjś głos. Jestem absolutnie porażona myślą, że można robić coś tak niesamowitego, przełamującego granice ludzkich możliwości.

- Jeśli mam być szczera, to na żywo wygląda to trochę inaczej. Może, dlatego, że dochodzą emocje, przeżycia, zmęczenie. W gruncie rzeczy wspinaczka w górach wysokich jest bardzo fizjologicznym doświadczeniem, czego nie sposób chyba jednak oddać na filmie. Trzeba na ten film patrzeć jak na historię o ludziach, którzy mieli odwagę marzyć i realizować te marzenia. Przesunęli oni faktycznie granice ludzkich możliwości.

- Na filmie możemy podziwiać nieprawdopodobne ujęcia. W gruncie rzeczy dopiero teraz zobaczyłam, jak to wszystko wygląda. Będąc tam, na szczycie Everestu, człowiek nie ma czasu i przeżywa tak silne emocje, że nie sposób spokojnie się rozejrzeć i kontemplować widoki. Teraz w jakimś sensie miałam szansę to przeżyć na nowo.

A czym Everest jest dzisiaj?

- Wspinaczka w górach wysokich zmieniła się kompletnie... Już w 2006 roku, kiedy wchodziłam na Everest, był już bardzo skomercjalizowany. Mimo to myślę, że jeszcze zdążyłam, w takim momencie, kiedy te góry dopiero zaczęły przechodzić bardzo dynamiczną zmianę, jeśli chodzi o liczbę wejść, jak również stosunki panujące pomiędzy klientami a Szerpami. Bardzo głośne są wydarzenia ostatnich sezonów, kiedy dochodziło do tarć i nieporozumień. Z ich powodu wyprawy te w zasadzie się nie powiodły, dlatego, że zawiódł czynnik ludzki. Chciwość, pieniądze - to wszystko w dużej mierze zawładnęło Himalajami...

- W zeszłym roku wydarzyła się bardzo przykra rzecz. Zeszła lawina, najpotężniejsza w historii, która pochłonęła wiele ofiar śmiertelnych - przede wszystkim Szerpów. Bez nich zdobywanie Himalajów dla klientów komercyjnych jest nierealne. Bardzo znamienne jest to, że nawet dzisiaj, w XXI wieku, kiedy mamy taką technikę, takie możliwości, że wydawałoby się, że jesteśmy w stanie zapanować nad wszystkim, że jesteśmy w stanie okiełznać naturę, nagle zdajemy sobie sprawę, że jest to niemożliwe, że góry to żywioł, który rządzi się swoimi prawami. Pewnego dnia dają nam nauczkę. Przypominają nam, gdzie jest nasze miejsce i że zawsze musimy się podporządkować siłom natury.

Góry uczą pokory...

- Góry naprawdę uczą pokory, cierpliwości, wytrwałości i kształtują charakter.

Czy wejście na Everest zmienia człowiek?

- To nie jest tak, że jak zdobędzie się jakąś wielką górę, nawet tak wielką, jak Everest i popatrzy się na szczyt z tego najwyższego punktu, to nie wstaje się na drugi dzień zupełnie innym człowiekiem i nie mówi się: "Wow! To ja, zdobywca najwyższej góry świata!". To nie jest tak, że to zmienia coś w życiu, ale raczej ta droga, którą trzeba przejść na szczyt i z powrotem do bazy. Przypomnijmy, że będąc na szczycie jesteśmy dokładnie w połowie drogi i dopiero, kiedy jesteśmy w bazie, jesteśmy bezpieczni.

- Faktycznie, ta droga i walka z własną słabością, z własną naturą - to tak naprawdę zmienia człowieka. W jakimś sensie mogę, więc powiedzieć, że góry zmieniają. Nawet bardzo. Ja czuję się zupełnie innym człowiekiem, ale nie dzięki jednemu szczytowi. Dzięki wszystkim doświadczeniom, które zgromadziłam, żeby na ten szczyt wejść i dzięki temu wszystkiemu co zrobiłam po zejściu z Everestu. W jakimś sensie to dodaje odwagi, aby realizować marzenia i sięgać po to, co wydaje się niemożliwe.

Zdecydowałaby się pani wejść tam ponownie?

- Dzisiaj już nie chciałabym się wspinać na Everest. Mówi się wręcz, że obecnie góra jest zadeptana i zaśmiecona. Miałam to szczęście, że byłam na wierzchołku tylko z przyjaciółmi, z członkami wyprawy. Nie odczułam czegoś takiego, że tam jest tłum wspinających się ludzi. Natomiast z relacji wiem, że obecnie trudno tam już o odrobinę intymności, czy samotności. Ale nie jest to już na pewno miejsce dla mnie. Chyba szukam jakichś spokojniejszych miejsc. Chciałabym oczywiście dalej się wspinać, ale jeśli tak, to pewnie będą to cele znacznie skromniejsze. Z dala od kamer i błysków fleszy.

Zatem - jakie najbliższe plany?

 - Zawsze mam plany. Zawsze mam głowę pełną marzeń. Za wcześnie jednak, aby je zdradzać...


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje