Matki z Biesłanu rodzą wojowników

Po 40 dniach pojechałem do Biesłanu i w tym czasie byli tam już ludzie, którzy twierdzili, że są w stanie wybudzić dzieci z martwych. Wiem, że brzmi to irracjonalnie, ale tam wtedy zjawił się ktoś, kto dał tym ludziom nadzieję. Zresztą, nie po raz pierwszy, bo Grigorij Grabowoj ze swoją sektą oferował podobne „usługi” rodzinom ofiar zamachu w Teatrze Na Dubrowce - mówi Zbyszek Pawlak, współautor książki "Biesłan. Pęknięte miasto".

Dawniej uważano, że kobiety Kaukazu są jednymi z najpiękniejszych na świecie. Ta uroda - jasna cera, czarne włosy i nieprawdopodobna symetria ciała - sprawiała, że często je uprowadzano i sprzedawano jako niewolnice. Były jedynymi białymi, i przez to egzotycznymi, niewolnicami na Wschodzie. Ale i w takich warunkach potrafiły sobie poradzić. Wiele z nich zarządzało haremami, doradzało władcom, niektóre nawet zostawały żonami sułtanów i szejków. A później sprowadzały tam rodziny. Bo dla kobiet z Kaukazu rodzina jest najważniejsza.

Reklama

-----

Katarzyna Pruszkowska: Nie ma pan wrażenia, że o ataku terrorystycznym w Biesłanie mówi się w Polsce znacznie mniej niż np. o zamachu z 11 września w Stanach?

Zbyszek Pawlak: - To prawda. Biesłan nazywany jest czasem 9.11 Rosji, ale mówi się o nim o wiele, wiele mniej. Europejczycy mają wrażenie, że ta tragedia rozegrała się daleko stąd, gdzieś w głębi Rosji, i nie chcą wnikać w jej wewnętrzne sprawy. Nawet Polacy zepchnęli tych ludzi gdzieś daleko, "bo to już Azja", "bo to Rosjanie". Nieprawda. To byli Osetyjczycy i mieszkają w Europie. Oni są nam bliscy.

- Oczywiście, milczenie można uzasadnić tym, że w szkole w Biesłanie zginęło mniej osób niż podczas ataku na World Trade Center, że to liczba ofiar decyduje o tym, czy atak był duży i czy warto o nim pamiętać. Moim zdaniem jest inaczej. Atak ma przestraszyć ludzi, zabić ich zaufanie do władzy i do siebie nawzajem. W Biesłanie tak właśnie się stało.

- To nie był atak wymierzony w centra biznesowe czy militarne. On uderzył w dzieci i ich rodziny.  Takich zwykłych obywateli jak my. W najwyższe wartości i świętości człowieka, nie w pieniądze. W kolejne rocznice zamachu ukazują się oczywiście okolicznościowe artykuły czy reportaże, jednak rzadko pojawiają się w nich nowe fakty.

Czyli nie ma już sensu rozmawiać o tym, co zdarzyło się wtedy w szkole?

- Nie, wręcz przeciwnie. Znamy fakty, a przynajmniej dostępną ich część, ale nie wiemy, jaka tam wtedy panowała atmosfera, jakie to były emocje, dlaczego uderzono w najbardziej czuły punkt człowieczeństwa. Rozmawiałem z wieloma rodzinami, dlatego wiem, że jest jeszcze sporo do opowiedzenia.

- Pani zaproponowała mi rozmowę o kobietach z Biesłanu. To jest właśnie jeden z tych rzadko poruszanych tematów. W skrócie historia brzmi przecież tak: w szkole terroryści, w większości mężczyźni, uwięzili matki z dziećmi. Te matki próbowali odbić rosyjscy żołnierze, oczywiście mężczyźni. Ale przecież od uwięzienia do wybuchu ładunku i rozpoczęcia ostrzału minęły trzy dni. Bohaterkami tych trzech dni piekła były kobiety.

Zapytam więc tak: co w ciągu tych trzech dni działo się na sali, w której były uwięzione?

- Zacznijmy od tego, że atak już na początku uderzył przede wszystkim w kobiety. Na ich oczach, na środku sali, zabito postawnego mężczyznę, który na polecenie bojowników usiłował uspokoić zakładników. Później wyciągnięto innych mężczyzn i usunięto ich z sali. Jednych zabito, innych przetrzymywano, ale kobiety o tym nie wiedziały. Sądziły, że zostały same. Tylko one, dzieci i terroryści. Taka sytuacja trwała przez całe trzy dni. Co zrobiły te kobiety? Płakały, panikowały? Nie. Rzucały się na terrorystów i usiłowały zabierać im broń? Nie.

- One zachowały spokój i brały czynny udział w negocjacjach. Od samego początku prosiły o jedzenie i wodę dla dzieci, nie przestawały upominać się o te rzeczy, dzięki którym dzieci miały większe szanse na przeżycie. Dzięki temu bojownicy parę razy rzucili im snikersy czy inne słodycze, które miały odrobinę wzmocnić dzieci.

Od początku z terrorystami chciała również negocjować dyrektorka szkoły.

- To prawda, niezależnie o tego, co później mówiono na temat pani Ludmiły (oskarżono ją o współudział w organizacji ataku - przyp. red.), od razu zaczęła działać. Usiłowała wykorzystać własne kontakty, nawiązać kontakt z władzami na zewnątrz i skłonić je do negocjacji.

- Ale były też inne odważne kobiety. To jedna z zakładniczek, Laris, namówiła przywódcę do spisania żądań. To ona wyniosła kartkę i przekazała posłańcowi, po czym wróciła do szkoły, gdzie uwięziony był jej syn.

- Inna kobieta jako jedyny i nieuzbrojony milicjant pełniła służbę ochrony tego dnia w szkole. I też została uwięziona...

Dyrektorce nie udało się jednak dodzwonić.

- Podczas tych trzech dni wiele się nie udało...  Na telefony pani dyrektor nikt nie odpowiadał, ale kilka kobiet nawiązało kontakt z terrorystami. Nie szamotały się, nie krzyczały, ale próbowały rozmawiać.

- Generalnie na Kaukazie kobiety nie powinny rozmawiać z obcymi mężczyznami, ale tamte znalazły się w wyjątkowej sytuacji. Nie były przyzwyczajone do kontaktów z obcymi, ale niektórym udało się "zmiękczyć" bojowników. Opowiadały o swoich rodzinach, a tamci opowiadali o swoich - o tym, że stracili dzieci, pochowali żony, ojców.

- Jedna z tych kobiet usłyszała "jesteś podobna do mojej żony, masz taki sam charakter", innej bojownik zaproponował nawet wymianę, powiedział "wypuścimy twoją rodzinę, jeśli ty zostaniesz szahidką". Opisujemy te wszystkie sytuacje w naszej książce.

- Tak właśnie postępują zawodowi negocjatorzy - starają się wejść w relacje, nawiązać nić porozumienia. To jedna z tych spraw, które się udały. Po wybuchu niektórzy bojownicy chronili kobiety, chowali je w bezpieczniejszych miejscach, pomagali w ucieczce. Kto wie, jakie zakończenie miałaby ta historia, gdyby nie doszło do wybuchu i strzelaniny? Może kobietom udałoby się wyprowadzić dzieci? Może nie wszystkie, ale uratowałyby większość dzieci. Może nawet wszystkie...

Rozmawiał pan z niektórymi z tych kobiet. Co je łączy?

- Przede wszystkim odwaga. To twarde góralki, nie delikatne i zagubione kobietki. Kobiety na Zachodzie rodzą dzieci, a na Kaukazie - wojowników. Tam nadal trwają walki o wolność. Ci, którzy za Stalina zostali wywiezieni, wracają i tułają się, szukając swojej ziemi i miejsca do życia. Tam ludzie są silni, mają bardzo jasno sprecyzowane role. Kobieta ma wyjść za mąż, urodzić syna, a później dbać o dom, dbać o to, "żeby nigdy nie zgasł w nim ogień".

Silne kobiety, które nie chcą córek, tylko synów?

- Chcą synów, bo taka jest tradycja, którą opisujemy w książce. I nie jest ważne czy mówimy o muzułmańskiej, czy o prawosławnej rodzinie. Ale córki też wita się z radością - nie traktuje ich się gorzej, ale inaczej. Wiąże się to z rolą mężczyzny w kulturze kaukaskiej. Dopóki są mężczyźni - ojcowie, mężowie, bracia czy synowie - kobiety mogą czuć się bezpiecznie. Mężczyźni chronią kobiety, a kobiety - swoje dzieci. I to właśnie robiły wtedy w szkole. Nawet gdy zostały odizolowane od swoich mężczyzn.

W drugim dniu były prezydent Auszew, z sąsiadującej z Osetią Inguszetii, przekonał bojowników, żeby wypuścili matki z niemowlętami. Niektóre opuściły szkołę, inne przekazały niemowlęta obcym, a same zostały ze starszymi dziećmi. Decyzja...

- ... niemal niemożliwa do podjęcia, prawda? Dziś nie możemy oceniać ani tych, które wyszły, ani tych, które pozostały. Wiemy przecież, co stało się później... One nie wiedziały, co może się stać. Pozwolono im wyjść z malutkimi dziećmi, wręcz popędzano je, bo te małe, nieustannie płaczące dzieci drażniły bojowników, którzy nie wiedzieli, co mają z nimi robić. Więc kobiety były przekonane, że starsze też niedługo dołączą. W ich opinii negocjacje dopiero się rozpoczęły.

- Starały się ochronić te malutkie dzieci, te, których w szkole wcale nie powinno być. Mogły mieć przecież poczucie winy: "po co ja brałam to niemowlę, mogłam je zostawić babci, sąsiadce, byłoby teraz bezpieczne". One stanęły przed nieludzkim wyborem, musiały wybrać, z którym dzieckiem zostają.

- Niektórym rzeczywiście udało się oddać niemowlę i zostać ze starszym, ale były też takie sytuacje, że dzieciom - i temu malutkiemu, i starszemu, udało się przeżyć, a matka zginęła. Gdyby wyszły z maleńkim dzieckiem, mogłyby przeżyć...

W pańskiej książce przeczytałam, że żałoba na Kaukazie trwa 40 dni. Co działo się potem?

- Mieszkańcy Kaukazu wierzą, że przez 40 dni po śmierci dusza jeszcze jest z rodziną. Że jej nie widać, ale ona jest. My na Zachodzie możemy z tego drwić, wspominać o psychiatrach i leczeniu. Czy to prawda, czy nie - ja tego nie wiem. Ale wiem, że to są doświadczenia tych kobiet.

- One mówiły mi, że spotykały się z dziećmi, rozmawiały, spędzały też ostatnie chwile razem. Taki ostatni, najcenniejszy czas. Śniły o dzieciach. Oczywiście, to wszystko nie kończy się 40. dnia. Może trwać miesiąc, dwa, pół roku. Ale w końcu sny się kończą... Nie wiadomo już, jak dziś wyglądałoby dziecko, jak by mówiło, jak się zachowywało. To zapominanie, oczywiście naturalne, wiązało się z kolejną stratą.

- Po 40 dniach pojechałem do Biesłanu i w tym czasie byli tam już ludzie, którzy twierdzili, że są w stanie wybudzić  dzieci z martwych. Wiem, że brzmi to irracjonalnie, ale tam wtedy zjawił się ktoś, kto dał tym ludziom nadzieję. Zresztą, nie po raz pierwszy, bo Grigorij Grabowoj i jego sekta oferowali podobne "usługi" rodzinom ofiar zamachu w Teatrze Na Dubrowce.

- Część kobiet chodziła na spotkania, a Grabowoj twierdził, że zmartwychwstanie dzieci jest uzależnione od siły wiary rodziców. Potem oczywiście wszystko się skończyło, władze zainteresowały się sektą, twierdziły, że kobiety musiały płacić za udział w spotkaniach. One tego nie potwierdziły, ale jak było - nie wiem. Dały się uwikłać, bo cierpiały, bo ktoś wyrwał im dzieci, a one chciały odzyskać je z powrotem.

Czy dziś wiadomo już, dlaczego nastąpiła eksplozja, która zabiła większość, bo ponad 200 osób?

- Nie, nie wiadomo. Rzeczywiście, w sali znaleziono ponad 200 spalonych ciał, bez śladów po kulach. Mija dziesięć lat, a nadal jest wiele pytań. Na początku nie było wiadomo, ilu jest zakładników. Potem, ilu było terrorystów. Znaleziono ciała 32, jeden przeżył, więc oficjalny komunikat brzmi: w Biesłanie było 33 bojowników. Myślę, że ten brak odpowiedzi jest teraz największą tragedią.

- Podczas procesu jedna z matek zapytała Nur-Paszę Kułajewa, ocalałego bojownika: "Jak myślisz, dlaczego Allah uratował życie akurat tobie?". On odpowiedział: "Przeżyłem, bo uciekłem". A ona odpowiedziała mu na to: "A może przeżyłeś po to, żeby powiedzieć nam, jak do tego doszło? Powiedzieć nam prawdę!".

- Bardzo chciała wiedzieć, dlaczego jej dziecko musiało zginąć. Prosiła go: "Popatrz na moją twarz, zapamiętaj ją. Przysięgam, że wszystkie pieniądze, które otrzymam, oddam twoim dzieciom. Tylko powiedz mi prawdę".

Powiedział?

- Nie. To jedna z cech terroryzmu. Milczenie, zagadki, domysły. Kłamstwa to część tych tragedii. Nie wiemy, kto jest zaangażowany, ile wiedziały władze... Czy udało im się czemuś zapobiec, czy terroryści zrealizowali swoje plany w 100 proc.? Tego nigdy się nie dowiemy. Ale znów kobiety Biesłanu domagają się prawdy, walczą o nią.

Jak dziś wygląda życie w Biesłanie? Czy taka tragedia jednoczy?

- W bólu i cierpieniu - na pewno. W radości, którą czują rodziny tych, którzy ocaleli - nie. Nad tym miastem ciągle unosi się poczucie winy. Tych, którzy przeżyli, i tych, których nie było wtedy w szkole. "Ja tam wtedy nie byłem", "ty nic nie rozumiesz, bo cię tam nie było"... A przecież to jest małe miasto, naprawdę trudno spotkać kogoś, kto w szkole nie stracił kogoś bliskiego.

- Poza tym, ci, którzy byli na zewnątrz, też przeżyli koszmar. Po pierwsze, nie wiedzieli co dzieje się z ich bliskimi. Po drugie, mówi się, że na ulicach też słyszano strzały, że bojowicy byli także poza szkołą. Czy to prawda? Nie wiem. Ale wiem, że przez te trzy dni każdy mieszkaniec Biesłanu był sterroryzowany.

A dziś? Nadal się boją?

- Tak. Bo sukcesem terrorystów nie jest jednorazowa akcja, zorganizowanie czegoś i ulotnienie się. Wygrywają wtedy, kiedy uda im się sprawić, że ludzie boją się cały czas. A przecież żyjemy w czasach, kiedy nie musi być nalotów ani zorganizowanego wojska na granicach - taka inwazja jest źle odbierana przez opinię publiczną. Bez jawnego udziału wojska może dochodzić do potworności i okazuje się, że można osiągnąć takie same cele.

Atak w Biesłanie jest tu dobrym przykładem, bo bojownikami zostali przecież ludzie, którzy niedawno byli ofiarami...

- Dokładnie tak. Poza tym na przykładzie Biesłanu można poruszyć jeszcze jedną kwestię - nieobecności kobiet na wojnie. Wojna nadal jest przedstawiana jako męska sprawa, a jeśli mówi się o kobietach, to przede wszystkim jako o biernych ofiarach. A przecież już od dawna tak nie jest.

- W biesłańskiej szkole były szahidki (zwane także "czarnymi wdowami" po Czeczenach zamordowanych przez Rosjan; biorą udział w samobójczych atakach; pierwszą czeczeńską szahidką była Kava Barajeva, która zabiła się w czerwcu 2000 roku - przyp.red.), które coraz częściej biorą udział w różnego rodzaju atakach, o czym opowiadamy w książce.

- One też były ofiarami wojny czeczeńskiej, kobietami, którym zabito mężów, ojców, dzieci. Ale z chwilą, kiedy założyły pas szahida (pas wypełniony materiałami wybuchowymi - przyp. red.), stały się terrorystkami.

- Wojny nie tylko zabierają mężczyzn lub czynią z nich bohaterów, one również zmieniają świat kobiet. Historia Biesłanu powinna być znana, polecam opowieść o kaukaskich kobietach. Pęknięte miasto to ich świat i to one są jego bohaterkami, nie tylko ofiarami.

Akcja Balony wolności


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje