Mąż wprowadził mnie w inny świat

Najpierw zachłysnęła się filmem. Potem spotkała człowieka, który sprawił, że jej duszę wypełniła tak upragniona harmonia.

Gdy tylko ukończyła szkołę teatralną, zagrała w superprodukcjach: Oleńkę w Potopie, Łęcką w Lalce. I nagle u szczytu popularności zniknęła. Nieliczni widzieli, że Małgorzata Braunek (64) jest nauczycielką zen i zwierzchniczką Związku Buddyjskiego Kanzeon. Teraz oglądamy ją w Domu nad rozlewiskiem, gdzie gra Barbarę.

Reklama

- Moja kariera potoczyła się za szybko - ocenia po latach. - Dawałam się wciągać w ten świat bez reszty, bo kiedy przestawałam grać, czułam pustkę. Wciąż czekałam na telefon z propozycją roli. Widziałam, że jest ze mną źle, i brnęłam w to dalej. Musiałam zastosować kurację odwykową. Nie miałam wtedy pomysłu na to, co będę robić. Nie wiedziałam też, czy porzucam aktorstwo na zawsze, czy tylko na trochę. To nie było tak, że nadawałam się wyłącznie na terapię - choć i w niej szukałam ratunku. Potrzebowałam jednak czegoś głębszego, więc zakotwiczyłam się w praktyce buddyjskiej. Zobaczyłam, co jest dla mnie w życiu naprawdę ważne - tłumaczy.

Rodzina jest najważniejsza

Najważniejsza okazała się rodzina. I szczęśliwa miłość, którą dopiero musiała odnaleźć. Małżeństwo z reżyserem Andrzejem Żuławskim nie należało do łatwych. Ona sama stara się nie wypowiadać na jego temat, a z tego związku liczy się tylko syn Xawery, dziś uznany reżyser. Środowisko pamięta wymagania, jakie Andrzej Żuławski stawiał żonie. Żądał, by, mimo że spodziewała się dziecka, grała w drastycznych scenach w jego filmie Diabeł...

Krótko potem spotkała Andrzeja Krajewskiego, dziennikarza, buddystę, który pokazał jej inny świat, ale przede wszystkim sprawił, że jej duszę wypełniła harmonia.

Matka jest po to, by być dla dziecka

Odeszła od Andrzeja Żuławskiego, czego on do dotąd nie może jej wybaczyć. Dziś jednak trudno ją zranić. Ma u boku mężczyznę, od którego dostaje to, czego tak jej brakowało. Żyje w uporządkowanym świecie, który ma sens. Czuje się kochana i bezpieczna.

- Jestem szczęśliwa, że coś takiego mnie spotkało. 36 lat temu. To przeżycie czysto mistyczne, w którym przekraczamy siebie. Miłość obejmuje wszystko, rozprzestrzenia się - wyznaje.

Dzisiaj dla niej nie liczy się już, jak jej dzieci ocenią ją na ekranie, ale to, jaką jest dla nich matką.

- Mam nadzieję, że się teraz zmieniłam. We wczesnych latach macierzyństwa byłam zbyt zajęta pracą, żeby być dobrą matką. Dopiero przy drugim dziecku zobaczyłam, jak dużą odpowiedzialnością jest wychowanie. To nawet nie jest kwestia tego, czy my te dzieci wychowamy tak, jak sobie wyobrażamy, że powinniśmy. Wiadomo, że popełnimy błędy. To nieuniknione. Chodzi o czas, który spędzimy razem. Matka jest po to, żeby być dla dziecka. Myślę, że dopiero teraz naprawiłam grzechy młodości. Orinka oznacza oświeconą miłość - wyznaje pani Małgorzata.

I w jakże innej atmosferze niż Xawery przyszła na świat!

- Nasze dzieci z poprzednich związków były niemal dorosłe. Syn Andrzeja, Marcin, miał 17 lat i mieszkał w Szwecji, a mój Xawery - 16 lat. Ja i Andrzej chcieliśmy mieć dziecko, ale nie mogłam zajść w ciążę. Stwierdziliśmy: cóż, trudno, będziemy mogli do woli jeździć na nasz ukochany Daleki Wschód. I w tym momencie... Wielka radość! Wtedy, pod koniec lat 80., dojrzała kobieta w ciąży to była już starsza pani. Jeszcze w lipcu, na miesiąc przed urodzeniem Oriny, pojechałam nad polskie morze. Trudno, najwyżej urodzę ją w szpitalu w Wejherowie, pomyślałam - wspomina z uśmiechem.

Orina, która dzisiaj idzie w ślady mamy i stawia pierwsze kroki w aktorstwie, buntowała się przeciwko imieniu, które nadal jej rodzice. Ale kiedy chcieli je zmienić, nie pozwoliła.

Nie tylko miłość

Panią Małgorzatę i pana Andrzeja łączy nie tylko uczucie, ale przede wszystkim wspólna pasja i filozofia życia. A to niebagatelne spoiwo.

- W ciągu dnia medytuję około 40 minut. Oprócz tego dwa razy w tygodniu po trzy godziny. Ludzie mają mylny obraz osoby medytującej, myślą, że jest odizolowana od otaczającego ją świata. Przeciwnie: medytacja pozwala na lepszy z nim kontakt. Prowadzę kursy medytacyjne, jeździmy w góry na odosobnienia. Ten świat mojego męża i mnie bardzo pochłania i absorbuje - wyznaje pani Małgorzata.

Ma w sobie spokój i jest zawsze uśmiechnięta, co tak bardzo potrzebne jest ludziom, którym niesie pomoc jako wolontariuszka w hospicjum. Nie byłoby to wszystko możliwe, gdyby nie spotkała człowieka, który pokochał ją bezwarunkowo, a nie próbował lepić według swojego wzoru. Dla niej miłość jest bezinteresownym dawaniem.

- Czysta miłość nie stawia warunków. Nie mówi: jak ty mnie będziesz kochać, to ja będę kochać ciebie. Albo: jak się zmienisz, to ja wtedy ciebie pokocham. Miłość daje niesamowitą przestrzeń i wolność drugiemu człowiekowi. Pozwala mu być takim, jakim jest - mówi z przekonaniem.

Te wszystkie ważne rzeczy, które wypełniają jej życie, sprawiły, że nie ma już w niej głodu grania, chociaż...

- Nie mówię nie. Powiedziałam sobie, że od czasu do czasu mogę bywać aktorką, jeśli pojawi się ciekawa propozycja - wyznaje aktorka.

MP

Dowiedz się więcej na temat: Dom nad rozlewiskiem

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje