Mój syn chce być aktorem

Właśnie dobiega czterdziestki, a wciąż ma w sobie urok chłopca. W szczerej rozmowie z SHOW przystojny aktor opowiada o swoim dorastaniu do bycia ojcem.

Za miesiąc skończysz czterdziestkę. Planujesz huczną imprezę?
Jan Wieczorkowski: - Jeszcze nie wiem. Do tej pory świętowaliśmy dość hucznie, teraz nie napalam się na to, bo akurat będę w pracy. Zobaczymy.

Reklama

Czujesz, że jesteś teraz w przełomowym momencie swojego życia?
- Słyszałem, że po czterdziestce zaczyna się u facetów spokojniejszy okres. Przynajmniej ja do tego dążę. Mam kochającą rodzinę i jestem szczęśliwy.

Pamiętasz kultowy serial "Czterdziestolatek"? Dzisiaj facet w tym wieku wygląda inaczej niż Andrzej Kopiczyński, który grał rolę ojca typowej polskiej rodziny.
- O tak! (śmiech) Kiedyś wszyscy wyglądali poważniej. Gdy mój ojciec miał czterdziestkę, to ja byłem już nastolatkiem. Ostatnio tata pokazywał mi swoje zdjęcia klasowe z liceum. Wyglądał na znacznie starszego niż ja w jego wieku.

Podobno kiedy dziecko przychodzi na świat, wszystko się zmienia. Zgadzasz się z tym?
- Może nie wszystko, bo przecież musi być zachowana pewna równowaga, musimy mieć czas dla siebie. Czas na odreagowanie i na odpoczynek. Ale tak już jest, że jak dziecko się rodzi, to jakieś 80 procent naszego życia jest podporządkowane maluchowi.

Jaś jest do ciebie podobny?
- Tak. Ostatnio ktoś mi powiedział, że to skóra zdarta ze mnie. No i temperamencik też ma typowo "chłopacki".

Pozwalasz mu oglądać telewizję?
- Jaś uwielbia świnkę Peppę i muppeta Elmo

z "Ulicy Sezamkowej". Ale myślę, że już niedługo zabiorę Jaśka do kina. Wtedy sam nadrobię zaległości w filmach animowanych.

Jak twój syn reaguje, gdy widzi tatę na ekranie telewizora?
- Mówi: "O, tata" i cieszy się przez chwilę. Ostatnio stwierdził, że chce być aktorem. Wcześniej mówił, że będzie perkusistą.

Ula, twoja żona, mówiła mi, że u was w domu ciągle słychać muzykę.
- Odkąd pamiętam, towarzyszyła mi muzyka. Niemal nieustannie. To jest coś, bez czego nie potrafię żyć. Miłość do muzyki przekazał mi ojciec, a teraz ja przekazuję to samo mojemu synowi. Mały często sobie nuci, podśpiewuje, organizuje koncerty dla misiów. Kiedyś zabrałem synka do sklepu snowboardowego. I nagle Jaś zaczął śpiewać piosenkę zespołu Foster the People. Młodzi ludzie, którzy byli w sklepie, stanęli jak wryci, bo dwulatek podśpiewywał kawałek, i to w dodatku po angielsku. To było przekomiczne.

Chcesz też zaszczepić w synu miłość do podróży?
- Bardzo chciałbym zabrać kiedyś Jasia do Ameryki. Miłość do Stanów narodziła się we mnie, gdy miałem jakieś 5, 6 lat. Zaczęło się oczywiście od seriali typu "Kojak" i westernów z Johnem Waynem. Wychowywałem się na amerykańskich filmach i dlatego zawsze marzyłem, by zobaczyć prerię i wieżowce na Manhattanie. Chciałem dotknąć świata, który tak bardzo mnie zafascynował. Osiem lat temu w końcu udało się! Samochodem, ze złotymi przebojami lat 70. w tle, odbywałem więc podróż przez Arizonę i Nevadę. Czułem się wtedy, jakbym był w innym świecie. Odwiedzałem miejsca, w których powstawały wielkie filmy i w których żyli wielcy, których podziwiałem. Zawsze fascynowały mnie gwiazdy amerykańskiego kina: Marilyn Monroe, James Dean. Do dziś uwielbiam biografie wielkich gwiazd, aktualnie czytam genialną książkę o życiu Keitha Richardsa.

Co chciałbyś robić, gdybyś nie był aktorem?
- Chyba chciałbym być operatorem filmowym. Albo miliarderem (śmiech).

Słyszałam, że planujesz zająć się reżyserią.
- Mam wrażenie, że taka jest kolej rzeczy. Bardzo chciałbym współtworzyć film, być jego częścią, produkować go czy reżyserować. Mam nawet wstępny projekt. Wiem, że to trudne, bo wymaga konsekwencji i wytrwałości. Ale bardzo tego chcę. Myślę też, że w przyszłym roku uda mi się razem z przyjaciółmi nakręcić film snowboardowy.

Jakie są twoje najbliższe plany zawodowe?
- Właśnie dołączyłem do obsady serialu "Szpilki na Giewoncie". Dostałem propozycję zagrania nowej postaci, która pojawia się już na początku czwartego sezonu. Myślę, że to supersprawa, serial ma fajną obsadę, dobrego reżysera. Cieszę się z tego.

Kręcicie w Zakopanem i w Tatrach. A to pewnie dla ciebie nie bez znaczenia, bo urodziłeś się w Rabce-Zdroju.
- Fajnie, że mogę wrócić w rodzinne strony, posiedzieć tam trochę. Za kilka miesięcy rusza też kolejna już część "Czasu honoru". Ten serial to fenomen, a tego nikt się tak naprawdę nie spodziewał. Myślę, że wszyscy mamy poczucie, że bierzemy udział w czymś naprawdę ważnym. Cieszę się, że trafiła mi się taka rola.

Zostałeś właśnie nominowany do nagrody TeleKamery Tele Tygodnia. Czy nagrody są dla ciebie ważne?
- To daje poczucie, że jesteś coś wart, że to, co robisz, ma sens. Że ktoś to dostrzega i docenia. Oczywiście nie mówię o nominacjach do tytułu najseksowniejszego aktora, za które oczywiście bardzo dziękuję. Dla mnie jednak najważniejsze nagrody to te za dokonania artystyczne. Takie najbardziej cieszą.

Czy czasem czujesz się dumny, że jesteś aktorem?
- Tak! Pierwszy raz, kiedy zobaczyłem swoje nazwisko na liście przyjętych do Akademii Teatralnej. Wybrali mnie spośród 400 chętnych. Wtedy poczułem, że jestem coś wart. Drugi raz, kiedy dostałem nagrodę za rolę dyplomową na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. Trzeci raz na festiwalu w Gdyni, kiedy obsada filmu "U Pana Boga za piecem" otrzymała nagrodę publiczności. Staliśmy na scenie kilka minut i dostaliśmy gromkie brawa. Miałem wtedy ciary. Później już coś takiego się nie powtórzyło.

A prywatnie?
- Poczułem wielką dumę, kiedy dowiedziałem się, że zostanę ojcem, i kiedy okazało się, że to będzie chłopiec. To było ogromne szczęście, bo zawsze marzyłem, żeby mieć najpierw syna.

Justyna Kasprzak

Dowiedz się więcej na temat: Jan Wieczorkowski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje