Nasze życie nie jest gorsze od życia celebrytów

O tym, jak można zrobić karierę w show-biznesie, dlaczego nie powinniśmy zazdrościć celebrytom i o swojej powieści "Pani mnie z kimś pomyliła" opowiada Ilona Łepkowska.

Czy łatwo było pani przestawić się z pisania scenariuszy na pisanie powieści?

Reklama

Ilona Łepkowska: -  To wymagało trochę skupienia i uwagi, ponieważ scenariusz jest formą bardzo zrutynizowaną, skodyfikowaną. Tam wyobraźnia autora musi być ujęta w ścisłe ramy. Przez lata pracy w tym zawodzie nauczyłam się tego przestrzegać. A w książce można sobie zaszaleć. Ja się tego szaleństwa, przyznam, trochę bałam. Że mnie poniesie i pójdę w wodolejstwo. Dlatego pisałam tę książkę dosyć wolno, jak na moją łatwość pisania.

Czy zna już może pani reakcje czytelników, którzy przeczytali książkę?

- Kiedy jechałam na nasze spotkanie, zadzwoniła moja bliska znajoma, która przeżyła niedawno wielką tragedię - po krótkiej, ciężkiej chorobie straciła męża. Zadzwoniła do mnie i powiedziała: Ilonko, chciałam ci bardzo podziękować. Kupiłam twoją książkę, przeczytałam jednym tchem 60 pierwszych stron. Od października nie byłam w stanie niczego przeczytać. Bardzo ci dziękuję, bo mnie "odwiesiłaś". To było dla mnie bardzo miłe i ważne.

Większość dotychczasowych opinii mam od swoich znajomych i rodziny, więc mogą nie być obiektywni, bo są wobec mnie bardziej życzliwi, niż zwykli czytelnicy. Ale i dziennikarze, a wśród nich nawet mężczyźni, mówili mi, że czytali moją powieść z przyjemnością.

Czy myśli pani, że zdradziła pani tajemnice show-biznesu, pisząc o czymś, co nie było powszechnie znane?

- Dla kogoś, kto w tym świecie nie bywa, pewne rzeczy mogą być zaskoczeniem. Niektóre zwyczaje w nim panujące, sposoby medialnego funkcjonowania, zabiegi marketingowe czy promocyjne. Ale to nie są żadne tajemnice. To są rzeczy powszechnie znane. Tyle, że forma, w której to przedstawiłam - czasem prześmiewcza, chwilami smutna, refleksyjna, może być jakąś nowością.

Tytuł pani książki brzmi: "Pani mnie z kimś pomyliła". Czy pani zdarzyło się tak zareagować, gdy ktoś panią zaczepił?

- Tak, oczywiście, czasami, jak jestem w kiepskim nastroju, to mówię, że jestem tylko podobna do tej Łepkowskiej. Więc nie ma co robić sobie ze mną selfie, bo ja to nie ona...

W pani książce tłumaczka z włoskiego zostaje gwiazdą programu telewizyjnego, potem producentką. Czy zdarzają się takie kariery z przypadku? Czy nie mamy do czynienia z kolejną wersją bajki o Kopciuszku?

- Nie wydaje mi się, żeby to była kompletnie nieprawdopodobna bajka. Spójrzmy na przykład na karierę Małgorzaty Rozenek. Myślę, że moja bohaterka jest fajniejsza od niej pod wieloma względami, choć nie jest tak zadbana i wystylizowana. Ale pani Małgorzata Rozenek jeszcze kilka lat temu była żoną aktora, nic nie było o niej wiadomo, poza tym, że jest jego żoną. Nikt nie wiedział, kim jest z wykształcenia, co robi zawodowo.

I oto zdarza się casting na prowadzącą polskiego formatu "Perfekcyjna pani domu". Pani Rozenek zostaje nań zaproszona. Mówiła w jednym z wywiadów, że zdarzało jej się w śniadaniówce TVN-owskiej mówić na temat porządków i pewnie uznano, że to jest w tym ekspertem. No a poza tym jest ładną, zgrabną blondynką. To zawsze dobrze wygląda w telewizji...

Przychodzi więc na ten casting z wydrukowaną przez siebie w jednym egzemplarzu książką z poradami domowymi: w czym prać, jak sprzątać itd. I zostaje prowadzącą tego programu. Po chwili prowadzi następny program. Po chwili już się rozwodzi ze swoim mężem aktorem, po chwili ma już zrobione usta i może coś jeszcze. Za chwilę jest narzeczoną Radosława Majdana. Jest obfotografowywana w każdej sytuacji, paparazzi robią jej zdjęcia na spacerze, albo jak w dresie wyrzuca śmieci. Czy to nie jest kariera od zera do bohatera? Ja nie mówię, że ona jest zerem, ale pojawiła się nagle, znikąd. Więc można, prawda?


Ja kończyłam zarządzanie i nie myślałam o filmie. I przez zupełny przypadek tam trafiłam. Mój przyjaciel statystował na planie filmu. Przyjechałam do wytwórni z nim porozmawiać i tak niechcący trafiłam na plan "Człowieka z marmuru", i wystąpiłam w epizodzie w tym filmie. Jednego dnia to się wszystko wydarzyło!

Drugi reżyser pytał, czy mam czas we wrześniu, bo będą kręcić kolejny film. Miałam. To były "Barwy ochronne" Zanussiego. Dopiero wtedy, po całym miesiącu na planie zaczęłam myśleć o tym, żeby coś robić w filmie. Zdałam do studium scenariuszowego i zaczęłam pisać. Czy to nie jest przypadek? To jest kompletny przypadek. Więc sama jestem przykładem tego, ile on potrafi znaczyć, ile zmienić. Oczywiście - potem za takim szczęśliwym zbiegiem okoliczności powinna iść ciężka praca. Moja bohaterka uczy się, w końcu zostaje producentem, idzie coraz wyżej. Ale zaczyna się od przypadku - jak u mnie.

Pokazuje pani, że w tych mediach, telewizji, filmie, nie jest tak fantastycznie. Czy chodzi o to, byśmy tak za bardzo nie tęsknili do tego świata?

- Może i tak... Żeby ktoś, kto siedzi w domu i czy czyta artykuły w kolorowej prasie, ogląda zdjęcia z ostatniej gali, czy innego "eventu", jak to się mówi, nie myślał, że jego życie jest dużo gorsze. Otóż, naprawdę, proszę mi wierzyć, nie jest.

A dlaczego z celebrytów robi się autorytety od spraw wszelakich?

- Nie mam pojęcia, dlaczego. Ale media mają to na sumieniu.

Czy w show-biznesie mają szanse ludzie silni, przebojowi, czy może pokorni?

- Na pewno łatwiej jest silnym, przebojowym i zdeterminowanym. Czasem, jak pokazują niektóre kariery, wystarczy bardzo chcieć. I człowiek z dnia na dzień staje się celebrytą.

Za powieścią "Pani mnie z kimś pomyliła" pójdą następne?

- Pojęcia nie mam. Zobaczymy, jak będzie przyjęta ta książka. Jeśli nie będzie sukcesem, pewnie nie napiszę następnej, albo napiszę - ale zupełnie inną? A może lepiej będzie wrócić do scenariuszy, a może zupełnie sobie darować pisanie i uprawiać warzywnik, który założyłam w tym roku? I mówię to zupełnie bez żalu. Myślę, że wcale nie byłabym nieszczęśliwa, gdybym już nie napisała niczego nowego.


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje