Nina Andrycz: Pierwsza Dama PRL

Mówią, że nie była wybitną aktorką – podobno zbyt sztywna na scenie, zmanierowana. Możliwe, ale umiała rzucić na kolana swą „przedwojenną” urodą i królewskim sposobem bycia – i w teatrze i w życiu. Nawet premiera!

Ponoć w każdej kobiecie drzemie dama, trzeba ją tylko... obudzić. W Ninie Andrycz obudziła ją chyba mama, która w przedrewolucyjnej Rosji ukończyła instytut dla szlachetnie urodzonych dziewic. Ojciec przyszłej aktorki był prawnikiem.

Reklama

Chodzić, błagać, wielbić, prosić...

Piękna panna z dobrego domu miała we krwi umiejętności tak "banalne", jak sztuka zaprezentowania siebie. W 1937 r. wybrano ją na wielkim balu w Warszawie "królową mody i elegancji". Miała tłum adoratorów. - Byli tacy, którzy musieli dwa lata przysyłać kwiaty, żeby zawrzeć ze mną znajomość. Chodzić, błagać, wielbić, prosić o spotkanie, a ja mogłam ich wodzić za nos - śmiała się po latach. Ona kochała tylko Aleksandra Węgierkę, reżysera, który był jej wykładowcą w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej. Niestety, był też żonaty, ale w tej trudnej sytuacji umiała zachować się z klasą: przyrzekła jego żonie, że nie rozbije ich związku. - Bardzo się męczyłam, ale nie mogłam odbierać męża tej kobiecie - wspominała, przekonana, że ta niespełniona miłość była jedyną prawdziwą. Gdy z niej zrezygnowała, skupiła się na sztuce.

Piękne róże od tajemniczego "J.C."

Rok przed wojną podbiła serce publiczności, rolą Solange w sztuce "Lato w Nohant". A po okupacji, kiedy powróciła na scenę - serce przyszłego męża. - W kilka dni po premierze "Szkoły żon" dostałam wyjątkowo ładne róże z karteczką, na której stały tylko dwie litery: J. C. - wspominała. Kwiaty przysłał zachwycony premier, Józef Cyrankiewicz. Przeszła nad tym do porządku dziennego. Przyjmowała jego hołdy, ale... pozwoliła mu czekać na spotkanie trzy miesiące. Na ich pierwszej wspólnej kolacji w charakterze przyzwoitki wystąpił znajomy... Cyrankiewicz jej się spodobał. Komunista, ale przystojny, inteligenty, z dobrej rodziny, w dodatku chciał się żenić. - Uznałam, że jest godny tego, żeby mnie uwielbiać - stwierdziła. Pamiętała o Węgierce, który nie przeżył wojny, lecz "dała się ubłagać Józefowi", jak mówiła. Pobrali się 21 lipca 1947 r. na jej warunkach. Zastrzegła, że nie zrezygnuje z pracy i że pozostaną bezdzietni. On się zgodził, choć w duchu liczył, że zmieni zdanie. I tak stała się pierwszą damą Polski.

Na spektaklu "wgląd w rząd"

Gdy gruchnęła wieść, że premier żeni się z aktorką, tłumy widzów ruszyły na spektakle w jej macierzystym Teatrze Polskim. Każdy chciał ją zobaczyć na wyciągnięcie ręki. A pierwsza po ślubie rola Szimeny, dumnej hrabianki, w "Cydzie" tłumaczonym przez Stanisława Wyspiańskiego, przyciągnęła całą stołeczną śmietankę towarzyską. "Na premierze był prawdziwy «wgląd w rząd». Niżej podsekretarza stanu, nikogo!" - relacjonował "Przekrojowi" Stanisław Witold Balicki. - "Nie stwierdziłem jednak, czy to dla obywatela Wyspiańskiego, czy dla pani premierowej, zakonspirowanej na afiszu pod nazwiskiem Nina Andrycz".

Gronostaje od Mao Tse-tunga

Bo w teatrze używała tylko swojego. Na potrzeby dyplomacji zgodziła się dodać mężowskie, ale dopiero po awanturze z szefem protokołu, który śmiał jej proponować wizytówki z napisem "Pani Józefowa Cyrankiewiczowa". Nieraz zresztą stawiała na swoim, np. zamiast iść na kolację do Stalina, nic nikomu nie mówiąc, wróciła z Moskwy do Warszawy, by zagrać w spektaklu. Mimo wszystko świetnie pełniła obowiązki reprezentacyjne.

Samą znakomitą prezencją i władczym głosem robiła wrażenie - nie bez powodu grała głównie królowe - a jej "przedwojenne maniery" i biegły francuski dopełniały obrazu. Ale nie lubiła być tylko ozdobą oficjalnych delegacji. Na spotkanie z Mao Tse-tungiem specjalnie się przygotowała do rozmowy o jego ukochanej filozofii. Oczarowany wódz chińskiej rewolucji sprezentował jej potem belę ręcznie haftowanego atłasu ("Mąż poradził, żebym pocięła materiał na kupony i rozdała w Teatrze Polskim.") i futro z gronostajów ("Pracowało na polskiej scenie z pożytkiem dla roli.").

W kuchni? Parzę herbatę

Wierna sobie i na sobie skupiona pozostała do końca życia. Nikt nie widział jej nieumalowanej. Jej dom prowadziła gosposia. Na pytania o kulinaria artystka odpowiadała: "Parzę herbatę". Kiedy Grudzień 1970 zmiótł rząd Cyrankiewicza, już nie była żoną tego polityka. Zostawił ją dla następnej. Powód? Dwukrotnie usunęła ciążę, mimo jego błagań, bo jednak marzył o pełnej rodzinie. Ona chciała grać. "Nie czułam się powołana do rodzenia dzieci. Nie miałam instynktu macierzyńskiego", tłumaczyła. Zakończyła związek, jak na damę przystało: on zostawił jej ogromne mieszkanie, a ona obiecała, że nigdy nie opisze ich wspólnego życia. I znów dotrzymała słowa.

Małgorzata Sienkiewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje