O świętach, miłości i wspomnieniach z dzieciństwa

Pochodzą z różnych zakątków Polski, gdzie panują nieco odmienne zwyczaje. Inaczej się jada, inaczej świętuje...

Pierwsza gwiazdka, pięknie przystrojona choinka, opłatek, sianko pod białym obrusem. Niby tak samo, a jednak inaczej. Zapytaliśmy gwiazdy o święta z ich dzieciństwa. Co pamiętają najbardziej? Jakie tradycje kultywują dziś w swoich domach?

Katarzyna Zielińska

Reklama

Szczęśliwy pieróg z pięciogroszówką

- Na rodzinną Wigilię wszyscy zjeżdżamy na godzinę 17-tą. Najważniejszym daniem są pierogi, a tradycją jest chowanie do jednego z nich monety pięciogroszowej. Komu pieróg z pieniążkiem przypadnie podczas wieczerzy, ten będzie miał zagwarantowane powodzenie i szczęście przez cały rok. Zawsze ostrożnie jemy pierogi, żeby nie połknąć tego szczęścia (śmiech). Dań musi być 12 i każdego trzeba spróbować, bo "ilu potraw nie spróbujesz, tyle radości cię ominie w następnym roku".

- Niektórymi wigilijnymi potraawami karmimy też naszego psa. Jako dziecko chodziłam z siostrą i tatą na pola za dom i zawieszaliśmy na krzakach jedzenie dla zwierząt leśnych. Drugiego dnia świąt zawsze jest kulig, taki z prawdziwego zdarzenia, na kilkanaście sań. W moim rodzinnym domu choinka była sztuczna. Pewnie dlatego dziś u siebie zawsze muszę mieć świeżą, pachnącą, prosto z lasu...

- Od lat urządzam święto choinki. Zapraszam wtedy przyjaciół, przygotowuję grzańca, dobre jedzenie, każdy przynosi bombkę i zawiesza ją na drzewku. A do słomianej gwiazdy wkładamy swoje życzenia, by po roku je odczytać.

Beata Kozidrak

Całą rodziną śpiewamy kolędy

- Nasz dom nie był bogaty, ale wigilijny stół był zawsze suto zastawiony. Dziś wszystko można kupić w sklepie, ale wtedy każdą potrawę trzeba było zrobić własnoręcznie. Pamiętam tę przedświąteczną bieganinę. W kuchni niepodzielnie rządziła mama, ja z tatą i rodzeństwem dostawaliśmy listę zakupów i donosiliśmy produkty. Do nas należało też wysprzątanie mieszkania. Nie lubiłam tych porządków, ale dziś wspominam je z dużym sentymentem. Pamiętam zapach pasty, którą trzeba było wyszorować na błysk wszystkie podłogi, zapach pomarańczy i mandarynek, wystanych w długiej kolejce i zapach świeżej choinki, którą tata oprawiał, by zmieściły się prezenty. I choć w domu się nie przelewało, raz w roku pod choinką znajdowały się same cuda.

- Wcześniej zawsze pisałam płomienne listy do Świętego Mikołaja, a on zawsze spełniał moje marzenia. Były skromne, bo o czym mogło marzyć dziecko w PRL-u, gdy sklepy świeciły pustkami. Ale któregoś razu na wystawie zobaczyłam piękne meble dla lalek. Napisałam do Mikołaja, że bardzo chciałabym je mieć, ale były drogie, więc nie liczyłam, że je dostanę. Czekały pod choinką!

- Już w czasie wieczerzy wigilijnej zaczynaliśmy kolędowanie. Moja świętej pamięci babcia odśpiewywała po kolei wszystkie zwrotki każdej kolędy. Brat grał na gitarze, my śpiewaliśmy na głosy. Ten zwyczaj przeniosłam do swojego domu. Mam bardzo muzykalną rodzinę, więc u nas jest to zawsze rozśpiewany wieczór, choć nie znamy wszystkich kolęd, jak moja babcia.

- Teraz jestem zabiegana, ale staram się, by w domu pachniało świętami. Zawsze sama gotuję barszcz według przepisu mojej mamy, sama przygotowuję ryby i wigilijną zupę grzybową. Nie wyobrażam sobie, że miałabym kupić to wszystko w sklepie. A u mojej teściowej poznałam potrawę, którą przyrządza się tylko na lubelszczyźnie: paszteciki z kruchego ciasta, z kaszą gryczaną i mięsem.

Bożena Dykiel

Jemioła zapewnia miłość w domu

- Urodziłam się na Mazurach, w Grabowie, w rodzinnej wsi mojej mamy, ale wychowałam się w Warszawie. Nie mieliśmy tu rodziny, więc nasze święta były kameralne. Były też połączeniem różnych obyczajów, bo rodzina taty pochodzi z Krakowa, a mamy ze Wschodu. Było biednie, bo takie były czasy, ale na wigilijnym stole niczego nie brakowało. Musiała być kutia, taka prawdziwa, według wschodniej receptury. Mama robiła też kluski z makiem, których nikt nie jadł poza nią. Piekła też przepyszne ciasta drożdżowe, wielkie blachy... Jej makowiec był nie do powtórzenia. Niestety, zabrała przepisy ze sobą.

- Największą atrakcją świątecznego stołu był pasztet. Czekałam na niego cały rok. Brat mamy był leśniczym, przywoził nam zająca. Dziś piekę podobny pasztet, tyle że z królika. Kiszę też sama barszcz według przepisu mojej teściowej, która pochodzi z Wilna.

- W domu musiała była jemioła. Mama wieszała ją u sufitu, żeby przez cały rok między domownikami panowała miłość. Ja też bardzo pilnuję, żeby tę jemiołę zawiesić na święta. Kupuję największą, jaka jest, zawieszam wysoko pod sufitem. Starą zawsze palimy w kominku, pozbywając się kłopotów z poprzedniego roku.

- W miom rodzinnym domu nie było prezentów. Pod choinkę dostawaliśmy książki, czekałam na to z zapartym tchem. Ale najbardziej z całych świąt lubiłam pasterkę, na którą szło się po skrzypiącym pod butami śniegu. Mama pięknie śpiewała, w domu też śpiewaliśmy kolędy. Dziś sami nie kolędujemy, za to do późnej nocy słuchamy nastrojowych kolęd z płyt.

Piotr Polk

Prezenty przynosiło nam Dzieciątko

- Do dziś pamiętam zapach przedświątecznych dni w rodzinnym domu w Kaletach. Już kilka dni przed Wigilią w kuchni wciąż się coś gotowało, kipiało. Na Śląsku najważniejsza była siemieniotka - słodka kremowa zupa z siemienia konopnego. Wymagała sporo pracy. Ziarna konopi długo się obierało, wyciskało się z nich mleczko, gotowało cały dzień. Nie wyglądała apetycznie, miała szarobury kolor. Ojciec i siostra nie przepadali za nią, ale ja ją uwielbiałem i do dziś mama gotuje siemieniotkę na każde święta.

- Na śląskim stole zawsze musiały być też makówki. To deser wigilijny z maku, bakalii oraz specjalnej bułki, wypiekanej tylko raz w roku. Kroiło się ją w kostkę, kładło na talerzu i posypywało rodzynkami i orzechami. Te dwa dania wyróżniały śląską wigilię od innych, nigdzie potem ich nie spotkałem. Z kolei u nas nigdy nie było pierogów, dlatego długo nie znałem ich smaku.

- Najbardziej ekscytujące w tym dniu było oczekiwanie na prezenty. Na Śląsku przynosiło je Dzieciątko, zaraz po wieczerzy, kiedy stół był już posprzątany. W żadnym innym dniu roku z takim zapałem nie zmywaliśmy z siostrą naczyń, by jak najszybciej dostać podarki. O tym, że prezenty już są, dowiadywaliśmy się z dźwięku dzwonka na schodach. Długo myślałem, że to anielski dzwonek. Ale pewnej Wigilii okazało się, że to moja babcia Wiktoria wkładała do szklanki łyżkę i schodząc po schodach dzwoniła, a wszyscy mówili: "O, już Dzieciątko przyniosło prezenty".  Aż pewnego wieczoru szklanka pękła i tajemnica się rozsypała...

- Po kolacji i prezentach ojciec wyciągał akordeon, a my zaczynaliśmy śpiewać. Potem, gdy już chodziłem do szkoły muzycznej, graliśmy wspólnie. Przez lata byłem ministrantem, więc słowa większości kolęd znałem na pamięć. Przed północą szliśmy na pasterkę. Do dziś nie wyobrażam sobie Wigilii bez pasterki. Choć słabo z moją praktyką religijną, zawsze idę. Na Śląsku to wciąż wielkie wydarzenie. Kościół jest "zgaszony", wszystko jest uroczyste, grają orkiestry dęte. To pewnego rodzaju misterium, którego magię czuję potem przez cały rok.

Do Wigilii siadaliśmy z pustymi brzuchami

- W naszym domu w Wilnie bardzo ważny był czas przed świętami. Przez cały Adwent żyło się postnie. Post obowiązywał też dzieci, choć nie tak restrykcyjnie. Ale w Wigilię chodziliśmy z pustymi brzuchami aż do wieczerzy. Wigilia była w domu mojej babci, która w święta była najszczęśliwsza, bo przy jednym stole mogła wreszcie zgromadzić całą wielką rodzinę. Najpierw były pierożki, na słono, z kapustą i z grzybami, i na słodko, z makiem. Z drożdżowego ciasta, usmażone na głębokim tłuszczu. W Polsce się takich nie robi. Do tego czerwony barszcz, podawany w kubku. Potem wjeżdżały ryby, karp w kilku postaciach, faszerowany szczupak, śledzie. Na deser było białe mleczko makowe do picia, z przecieranego kilka razy maku. Mleczko najlepiej smakowało ze śleżykami. To takie maleńkie suche ciasteczka z makiem.

- Pod białym obrusem zawsze musi być sianko. Po kolacji wyciągaliśmy źdźbła siana - kto wyciągnął najdłuższe, tego czekał dobrobyt w następnym roku. Prezenty dostawaliśmy dopiero w bożonarodzeniowy poranek. Gdy się budziliśmy, leżały już pod choinką. Zawsze były praktyczne: rękawiczki, piżamka, szalik albo nowe buty.

- Wciąż jeszcze jeździmy na święta do Wilna, bo stamtąd pochodzi również mój mąż. Ale w ubiegłym roku nasz młodszy syn Jeremi był za mały na tak daleką podróż, więc zostaliśmy w Warszawie. To była dość nietypowa Wigilia, bo spędziliśmy ją na skypie, rozmawiając z naszymi rodzinami. Zabrakło mi tego świątecznego gwaru, bieganiny. Tradycji! Do niedawna nie przywiązywałam do tego wagi, ale od kiedy sama mam dzieci, widzę, że warto ją pielęgnować. Bo to nie tylko ładne zwyczaje, ale nasze korzenie.

Aneta Todorczuk- Perchuć i Marcin Perchuć

W święta łączymy dwie kultury

- Święta spędzamy w Warszawie. W naszym domu mamy wystarczająco dużo miejsca, żeby pomieścić całą naszą liczną rodzinę - moją z Białegostoku i warszawską Marcina - opowiada Aneta Todorczuk-Perchuć. - Moja rodzina jest w połowie katolicka, w połowie prawosławna, więc obchodziliśmy dwie Wigilie. Katolicka była w naszym domu, a na tę drugą jechaliśmy do rodziny taty. Dla dzieci to połączenie kultur miało same dobre strony, bo Mikołaj przychodził dwa razy.

- Pamiętam zdobywanie w sklepach produktów przed świętami - wspomina Marcin Perchuć. - Moim zadaniem było na przykład kupienie białego sera na sernik. Nie było to łatwe zadanie, trzeba było wstać bladym świtem i przy trzaskającym mrozie ustawić się w długiej kolejce. Dziś wydaje się to abstrakcją, ale w czasach siermiężnego PRL-u po wszystko trzeba było stać i czekać, aż "rzucą". Pamiętam też "polowanie" na szynki.

- W przygotowaniu świąt zawsze pomaga moja mama, która przyjeżdża kilka dni wcześniej. Inaczej nie dałabym sobie rady, bo najczęściej pracujemy do ostatniej chwili. W tym roku też tak będzie, czeka nas premiera w Och-Teatrze - tłumaczy Aneta. - Poza tym nie jestem zbyt mocna w wigilijnych daniach. A na stole nie może zabraknąć kutii, przyrządzonej według przepisu mojej babci i pierożków, ale nie takich warszawskich, tylko wschodnich, pieczonych w piekarniku, przypominających małe bułeczki. Poza tym każdy członek rodziny zawsze przynosi coś ze sobą.

- Moja mama zawsze przychodzi z kisielem żurawinowym - dodaje Marcin. - Pamiętam ten kisiel z dzieciństwa, mama specjalnie jeździła na bazarek po świeże żurawiny, a potem gotowała je w wielkim garze. Daniem obowiązkowym były też nóżki - mama z ojcem pracowicie je przygotowywali. Najważniejsza była oczywiście choinka - wspomina.

- Musiała być wielka i prawdziwa. Kiedy 23 grudnia ojciec rąbał pień, żeby drzewko zmieściło się do stojaka, oznaczało, że święta się zaczęły. Ubieraliśmy ją do późnej nocy. Uwielbiałem też, jak po kolacji śpiewaliśmy kolędy. Rodzice co roku nagrywali to kolędowanie. Nie wiedziałem po co, zrozumiałem to dopiero po śmierci dziadka. W pierwsze święta bez niego włączyliśmy kasetę, na której słychać było jego głos. Dziś też śpiewamy. Nasza Zosia bierze się już za skrzypce, ja siadam do pianina. Rozdajemy śpiewniki i wszyscy kolędujemy. To bardzo wzruszające chwile. Chyba właśnie na wzruszeniu te święta polegają...

Beata Biały

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje