Olga Bołądź - pojednanie z mamą

Aktorka zrozumiała swoją mamę dopiero, kiedy sama urodziła synka. Zapomniała o przeszłości i dziś jest jej wdzięczna.

Obie mają podobne charaktery i gorące temperamenty. Uparte, przekonane o własnej racji, pełne energii.

 - Rozmawiamy przez telefon, nagle się kłócimy: "No to cześć. Pa!". Trzask słuchawką. Ona jest obrażona i ja też - tak o mamie opowiada Olga Bołądź (31). Na szczęście teraz złość szybko im mija. W przeciwieństwie do starszej siostry, która zawsze miała harmonijne relacje z matką, Olga lubiła się buntować. Cieniem na ich stosunkach położył się też rozwód r o d z i c ów, który przerwał sielskie dzieciństwo aktorki w toruńskim domu.

 Po rozstaniu mama wyjechała do Włoch, gdzie mieszka do dziś, opiekując się starszymi osobami. Olga przyznała, że jako licealistka sprawiała rodzicom problemy wychowawcze. Ale nawet, gdy wygasł w niej nastoletni bunt, relacje z mamą nie były idylliczne. Aktorka podkreślała swoje poczucie niezależności, potrzebę życia na własnych warunkach. Częste telefony mamy bardzo ją irytowały. - Dzwoniła i pytała "Jadłaś już? Jesteś taka chuda, powinnaś coś zjeść" albo "Cześć, gdzie jesteś?" - wylicza.

 Przełom w ich relacji nastąpił dwa lata temu, kiedy na świat przyszedł synek Olgi, Brunon. - Mama zawsze mi powtarzała: "Zobaczysz, jak będziesz miała własne dziecko, zrozumiesz, o co mi chodzi". Miała rację, dużo się zmieniło - przyznaje dzisiaj. - Była ze mną przez pierwsze miesiące po porodzie. Odczułam jej pełne zaangażowanie i miłość. Kocham mamę najbardziej na świecie.

Gdy widzę, jak w zachwycie patrzy na wnuka, chcę powiedzieć: "Wszystko ci wybaczam, mamo, wszystko, czym mnie w życiu wkurzyłaś" - śmieje się aktorka.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje