Olga Frycz: Nikt mnie nie rozpieszczał

Dlaczego odeszła z „M jak miłość”? Z czego wynikała przerwa w karierze aktorki? Olga Frycz opowiada Interii o swoich wyborach, podejściu do rywalizacji i… idealnym barmanie.

Od najmłodszych lat pojawiałaś się przed kamerami, potem miałaś kilkuletnią przerwę w graniu, by znów wrócić na plan. Twoja ekranowa nieobecność była efektem tego, że aktorstwo przestało ci się chwilowo podobać?

Reklama

Olga Frycz: - Zupełnie nie. Moja chwilowa przerwa w graniu wynikała z faktu, że skupiłam się w tym czasie na edukacji. Skończyłam szkołę muzyczną, w którą bardzo wierzyłam zarówno ja jak i moja mama. Faktycznie musiałam poświęcić jej bardzo dużo czasu.

- Z drugiej strony mieszkałam w tym okresie w Krakowie, a wiadomo, że większość castingów odbywa się jednak w Warszawie, także byłoby to dla mnie logistycznie trudne. Absolutnie nie było tak, że byłam zmęczona, ponieważ od najmłodszych lat nie traktowałam grania jako jakiejś formy pracy, która jest dla mnie poświęceniem. Uważam, że dobrze się stało, że zniknęłam z ekranu na tych kilka lat. Ten czas pozwolił mi na nabranie pokory i złapanie dystansu do mojego zawodu. Zresztą nigdy nie byłam dzieckiem chwalonym, na planie nikt mnie nie rozpieszczał.

W "Agencie" pokazałaś, że jesteś twarda i potrafisz pokonać swoje słabości. Co w tym programie sprawiało ci największą trudność?

- Program od początku traktowałam jako wyzwanie. Z drugiej strony miałam ogromną przyjemność pokazania widzom, jaka jestem prywatnie. Ważne dla mnie było to, że mogą zobaczyć mnie jako Olgę Frycz, a nie oceniać mnie przez pryzmat granych przeze mnie postaci i przeprowadzonych wywiadów. Oczywiście można kogoś udawać, ale w momencie, gdy kamery są z tobą 24 godziny na dobę jest to niemożliwe.

- To, co faktycznie było dla mnie trudne to rywalizacja. Oczywiście na planie była bardzo duża sympatia między uczestnikami, ale szczególnie już pod sam koniec wdarł się również ten element. Ja tej rywalizacji nigdy w sobie nie miałam, mimo że wychowywałam się z rodzeństwem i teoretycznie każdy musiał walczyć o swoje. Z drugiej strony nie miałam w programie sytuacji, w których musiałabym zrobić coś naprawdę ekstremalnego czy takich, których faktycznie bym się bała, które wymagałyby ode mnie dużego poświęcenia.

Choć kojarzona jesteś głównie z rolami serialowymi, to twoje filmowe występy są bardzo dobrze przyjmowane. Za "Wszystko, co kocham" byłaś nominowana do Orłów w kategorii "Najlepsza główna rola kobieca za film". Wolisz pojawiać się na dużym czy na małym ekranie?

- Oczywiście dużo większym prestiżem jest zagranie w dobrej produkcji filmowej. Dodatkowo daje to możliwość zwiedzania świata i poznawania inspirujących ludzi. To, że jestem kojarzona głównie z rolami serialowymi wynika pewnie z faktu, że filmy, w których grałam nie były produkcjami komercyjnymi. Nie mówiło się o nich w tamtym czasie tak dużo jak obecnie.

- Serial natomiast jest formą bardziej dostępną dla publiczności, która niekoniecznie często chodzi do kina. Faktycznie moja popularność wzrosła w momencie pojawienia się w serialu "Dom nad Rozlewiskiem" i później "M jak Miłość". Myślę natomiast, że granie w filmach sprawia mi większą satysfakcję, choć muszę przyznać, że uwielbiam pracować na planie "Domu nad Rozlewiskiem".

Kiedy po ponad czteroletniej pracy na planie "M jak Miłość" zdecydowałaś się odejść z serialu na Facebooku napisałaś, że "decyzja nie była trudna". Dlaczego nie chciałaś już dłużej być Alą Zduńską?

- Nie będę udawać, że była to decyzja, którą ciężko było mi podjąć. Po pewnym czasie stwierdzałam, że grana przeze mnie postać nie jest dla mnie interesująca i nie stanowi dla mnie wyzwania. Stwierdziłam, że jeżeli mam możliwość zmiany swojego życia i starania się o inne produkcje, to z tego skorzystam. Myślę również, że większość widzów rozumie, że nie jest tak, że gra w danym serialu to praca na całe życie. Na plan wróciłam z Argentyny i czułam, że chodzenie do pracy nie sprawia mi już przyjemności. Jestem wdzięczna losowi, że miałam możliwość podjęcia takiego wyboru.

Na szczęście nie rozstajesz się z serialami, widzowie będą mogli oglądać cię w nowej produkcji "Kropla prawdy". To serial pokazujący historię założyciela marki Ballantines. Prywatnie lubisz rozkoszować się smakiem whisky?

- Muszę przyznać, że whisky nigdy nie była moim ulubionym trunkiem. Dopiero na planie, gdy ktoś z produkcji poczęstował mnie prawdziwą whisky, faktycznie przekonałam się do jej smaku.

Pierwsza scena "Kropli prawdy", w której się pojawiasz, rozgrywa się w barze. Lubisz umawiać się z przyjaciółmi w takich miejscach czy wolisz kameralne spotkania w domu?

- Obecnie dużo większą frajdę sprawia mi spędzanie czasu w domowym zaciszu z przyjaciółmi i rodziną. Nie jestem osobą, która przesiadywałaby sama w barze i zagadywała barmana - no chyba, że barmanem byłby Jacek Koman.

Poza tobą na planie "Kropli prawdy" pojawili się doświadczeni, starsi aktorzy - Jacek Koman, Wojciech Zieliński, Marek Bukowski oraz muzycy - Tede i Czesław Mozil. Czy taka mieszanka męskich charakterów i doświadczeń pomaga w pracy nad własną rolą?

- Praca z inspirującymi aktorami zawsze pomaga. Jedną z wielu wspaniałych cech tego zawodu jest możliwość grania u boku nowych osób. Z Wojtkiem Zielińskiem pierwszy raz na planie spotkaliśmy się przy okazji produkcji Sławomira Fabickiego "Z odzysku". Od tego czasu nie miałam przyjemności grać z Wojtkiem, także przy "Kropli Prawdy" było to nasze kolejne spotkanie po latach. Oczywiście znałam zarówno Tedego jak i Czesława Mozilla, ale jedynie od strony muzycznej. Jeżeli chodzi o Jacka Komana natomiast, to było to dla mnie niezwykle nobilitujące, że mogłam zagrać u jego boku, ponieważ niezwykle cenię sobie jego pracę. Z Markiem Bukowskim nie miałam okazji grać wcześniej, znaliśmy się natomiast z różnego rodzaju premier. Produkcja "Kropli Prawdy" była co prawda krótka, natomiast zupełnie inna od dotychczasowym ról, co zawsze pozwala na złapanie nowego doświadczenia.

W "Kropli prawdy" pojawiają się głównie mężczyźni. Na planie czułaś się wyjątkowo?

- Z jednej strony czułam się wyjątkowo, z drugiej natomiast zawsze byłam otaczana mężczyznami - mam trzech braci, wielu kolegów. Także w żaden sposób nie czułam się skrępowana, co myślę było bardzo ważne. Czułam się też bardzo kobieco.



Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje