Piosenki mają w sobie coś z kobiety

„Nie jestem okienkiem na poczcie, nie mam trzydziestu zgromadzonych tekstów, z których klient może wybrać sobie jeden, zapłacić i zamknąć drzwi”... O niechęci do bycia celebrytą, o tym, czy „czas nas uczy pogody” i o swojej najnowszej książce „Życie jest piosenką”opowiada Jacek Cygan.

Aleksandra Suława: "Życie jest piosenką". A czym jest piosenka?

Reklama

Jacek Cygan: - Piosenki mają w sobie coś z kobiety. Pochłaniają mnie, absorbują, są obsesyjnie obecne w moim życiu. Domagają się uwagi, czarują, żądają. Jak sukienki u Diora.

Sukienki?

 - Czytałem ostatnio książkę o Christianie Diorze. Ten wielki projektant mówił,  że projektowanie sukienek jest dla niego treścią życia i dlatego chciałby swoim najpiękniejszym sukienkom dać nieśmiertelność. Ze mną jest tak samo. Napisałem książkę, żeby ukłonić się moim piosenkom, żeby dać im nieśmiertelność.

A czy one same nie potrafią sobie zapewnić nieśmiertelności? Ich fragmenty już żyją własnym życiem.

- Nie wszystkie są na tyle przebojowe i odważne, by to zrobić. Ale ma pani rację, że wiele z nich zostało już na trwałe w ludziach. Pojawiają się także w różnych nieoczekiwanych momentach. Pamiętam, że kiedy jedna z najpiękniejszych tenisistek, Gabriela Sabatini, kończyła karierę, w czołowej gazecie opublikowano jej zdjęcie z podpisem "Czas nas uczy pogody".  Jak to świetnie pasowało!

Nie tylko ta piosenka stała się pana wizytówką...

- W mojej książce "Życie jest piosenką" piszę o tym, że moment, gdy zdanie z piosenki wchodzi do potocznego języka, to jest największa nagroda dla autora. Mam wiele takich "momentów" - "Jaka róża taki cierń", "Całkiem spokojnie wypiję trzecią kawę", "Wypijmy za błędy", "Za młodzi na sen", C’est la vie" - to wszystko ludzie cytują bardzo  często. Jednak wydaje mi się, że w tym własnym życiu piosenek jest coś jeszcze, coś, o czym rzadko się mówi. Chodzi o rodzaj podświadomości. O to, że ludzie nawet nieświadomie przypominają sobie o nich w różnych momentach życia..

Gdy jest mi smutno, zanucę "Jaka róża taki cierń"?

- Nie chodzi nawet o samo śpiewanie, ale o to, że gdzieś w głowie ukryty jest motyw, który uspokaja, który przypomina, że na przykład przy tej piosence się poznaliśmy, że wydarzyło się w naszym życiu coś ważnego.

- Na południu Francji widziałem kiedyś parę, która siedziała na ławeczce. Bagietka, wino, przepiękny widok na morze... I nagle ta dziewczyna podchodzi do mnie i mówi: "Dzień dobry panu. Ja wychowałam się na pana piosenkach. Musiałam to panu powiedzieć".

- Mówi się, że piosenka jest czymś mało znaczącym, że to ot, taki drobiazg, który pojawia się i znika. Takie przykłady jak ten i rozmowy z ludźmi na spotkaniach autorskich pokazują, że to nieprawda.

Ławka nad morzem, spotkania autorskie, a nie salony i czerwony dywan. Unika pan celebryctwa?

- Akurat ta forma bywania jest mi obca. Męczę się tym, że na "salonach" człowiek jest tylko obiektem do sfotografowania.

Nie lubi pan fotografów?

-  Bardzo lubię i wiem, że mają ciężką pracę, ale gdy stawiają mnie pod ścianą i kierują na mnie swoje lampy błyskowe - ślepnę. To jest nieludzkie. Tyle razy im mówię: "Panowie, zajmijcie się jakąś śliczną, młodą dziewczyną, po co wam moje zdjęcia? Przecież żadna redakcja już tego nie przyjmie"!

I co, odpuszczają?

- Zwykle wtedy słyszę: "Panie Jacku, ale my chcemy z Panem". Godzę się, bo taki jest obowiązek człowieka znanego, ale odrzuca mnie od miejsc, gdzie ludzie przychodzą tylko po to, by się lansować. I mówiąc szczerze, współczuję tym ludziom. Zwłaszcza młodym aktorkom czy piosenkarkom, które muszą być w wieczorem w Warszawie na trzech celebryckich imprezach i przebierają się na zimnym parkingu, żeby na każdym wydarzeniu być w innej kreacji.

A co jeśli taka lansująca się gwiazdka chce wykonać pana piosenkę?

- Jeśli piosenka jest opublikowana, może ją wykonać każdy, pod warunkiem, że gdy to jest wykonanie publiczne, odprowadzi tantiemy do Zaiksu. Mnie jednak bardziej interesuje strona artystyczna tego wykonania. I tu często jestem świadkiem porażki.

Na czym ona polega?

- Widziałem kilkaset wykonań piosenki "Czas nas uczy pogody". Według Eli Zapendowskiej,  jest to piosenka najczęściej śpiewana przez młodzież na licznych konkursach czy festiwalach, ale też najbardziej obnażająca braki wokalne. Jeśli ktoś śpiewa to dobrze, z uczuciem, to oczywiście jest to dla mnie ogromne przeżycie. Ale takie przeżycie to niestety rzadkość.  W rzeczywistości bardzo mało osób potrafi zmierzyć się z evergreenami, dać tym tekstom coś od siebie.  I dlatego efekt na ogół jest słaby. Co gorsza, wiedzą o tym na ogół wszyscy, oprócz tego, który śpiewa.

Nie żal panu własnych piosenek w takim wykonaniu?

- Żal mi samego siebie. Słuchając takich wykonań cierpię. To jest niemal fizyczny ból. Najchętniej uciekłbym z takiego festiwalu, jury, przesłuchania, ale nie zawsze się da. Największy problem nie tkwi w tym, że ludzie nie mają głosu, ale w tym, że nie mają smaku. Porywają się na piosenki, które całkowicie do nich nie pasują. Nie wnoszą niczego do utworu, a tylko ślizgają się po dźwiękach.

Dzisiaj produkujemy dziesiątki wokalistów. Sam pan sędziował w "Idolu", w jednym z programów, który pozwalał zostać gwiazdą. Zastanawiam się, dlaczego  te gwiazdy tak szybko bledną. To też kwestia braku smaku?

- Raczej systemu.  Programy typu "talent show" to mechanizm nie stworzony po to, żeby produkować gwiazdy, które osiągną stabilną pozycję w show-biznesie, ale po to, żeby chwilowo, w czasie trwania show, skupić emocje widzów. Bo widz jest ważny tylko do momentu, w którym program się skończy, a on w ostatnim głosowaniu wyśle esemes. To wszystko jest postawione na głowie.

To znaczy?

- Niektóre z tych osób, które wygrały, w ogóle nie były na taki sukces przygotowane. Nie nadawały się do tego zawodu. A tu wszyscy uważają, że są wielcy. I jeszcze poważni skądinąd jurorzy mówią im takie teksty: "Wiesz, mam w domu kilka tysięcy płyt. Brakuje mi tylko twojej płyty!". Młodzi ludzie nie umieją sobie poradzić z tak wielką presją.

Z własnej winy?

- Nie. Mnie osobiście jest żal takich osób. Zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: "Rok minął i nie ma płyty". A dlaczego ma być?! A może taka osoba czyta sobie teraz książki. Zostawmy ją. Wzięła udział w jakimś projekcie, który się zakończył. Widownia dostała już swoje igrzyska, już widziała, jak lwy pożerają ludzi. Teraz jesteśmy rozliczeni. Nie ma co katować tych młodych ludzi słowami: "Wy musicie". Oni nic nie muszą.

Lubimy rozliczać?

- Szalenie. Na przykład Alę Janosz, że wydała płytę z piosenką o tej nieszczęsnej jajecznicy i tylko to jej zapamiętano. I wszyscy mówią: - Zawiodła! A może ona teraz śpiewa bluesy i jest szczęśliwa? To w nas jest problem. Tym problemem są oczekiwania - ogromne, ale nieuzasadnione.

Od pana ktoś oczekiwał, że będzie pan wielkim tekściarzem? Był pan dzieckiem, które "rokuje"?

- Takim, co to "w wieku siedmiu lat napisał wiersz, a w wieku dwunastu poemat"? Nie. Ja tę swoją pasję odkryłem bardzo późno.

Ale chyba pamięta pan jakieś teksty z dzieciństwa?

- Kiedy byłem na koloniach wygrałem konkurs wokalny...

Pan? Pan podobno nie umie śpiewać...

- No nie umiem, ale lubię. Wtedy miałem 7 lat i śpiewałem piosenkę "Parasolki". I ta piosenka, która była nucona w dzieciństwie, ostatnio wróciła do mnie przy okazji jubileuszu Marii Koterbskiej. Pojechałem we wrześniu do Teatru Polskiego w Bielsku-Białej, napisałem nowy tekst do "Parasolek", specjalnie dla pani Marii, i wykonałem utwór na scenie razem z publicznością. Do dzisiaj mam w uszach ludzi, którzy śpiewali ze mną refren:

Mario śpiewna, Mario rzewna,

Podbeskidzka Mario Bielska,

Mario cudna, nigdy nudna,

Dzięki Ci, Mario Koterbska.

Mario śpiewna, Mario rzewna,

Na ten trudny czas balsamie,

Dwustu lat z miłością w sercach

Życzą Ci... panowie, panie.

A jakimi cudownymi tekstami karmili pana rodzice?

- Mój ojciec był przedwojennym harcerzem, w związku z tym wszystkie piosenki w rodzaju "Gdzie strumyk płynie z wolna" czy "Płonie ognisko" były na porządku dziennym. To  jedno.

A drugie?

- Z drugiej strony byłem wychowany w kulcie "chłopaka z Sosnowca", czyli Jana Kiepury. Tata zawsze mówił mi: "Zobacz, Kiepura, chłopak z Sosnowca, tak jak ty! Chodził tu, po tych samych ulicach". Wiele lat później wziąłem udział w koncercie "Kiepura, Szpilman, Cygan" organizowanym przez władze miasta na stulecie Sosnowca. Jaki ja byłem wtedy szczęśliwy! Tata już nie żył, a ja poczułem, że to, co próbował we mnie zaszczepić, to, co mi  pokazywał i czego kazał słuchać, nie poszło na marne.

Zaczyna pan pisać. Jednym z pierwszych pana tekstów jest  "Za szybą", piosenka o jesieni życia, potem postarza pan Edytę Geppert w tekście "Jaka róża taki cierń". Skąd u młodego chłopaka zainteresowanie starością?

- Nie wiem... ale ma pani rację, że jest coś takiego, miałem skłonności do takich tekstów. "Czas nad uczy pogody" też jest o starości. Jechałem wtedy przez Polskę i widziałem jak starsi ludzie, w piękny słoneczny dzień siedzą na gankach. I są tacy spokojni, tacy szczęśliwi. Wydawało mi się, że starość tak właśnie wygląda.

A dziś jak się panu wydaje?

- Kiedy mam już tyle lat, że sąsiaduję z tym ludźmi na gankach, widzę, że w ogóle tak nie jest, że popełniłem błąd. To przeświadczenie, że "czas nas uczy pogody" nie jest do końca prawdziwe.

Jest odwrotnie?

- Nie, jest różnie. Na pewno "pogodna starość" to nie jest aksjomat. Czasem jest inaczej. Czas przynosi bardzo dużo gorzkich doświadczeń. I w tej starości jest więcej mgły i opadów niż pięknej pogody. Ale wtedy napisałem prawdę. Bo wtedy tak mi się wydawało.

Młody chłopak pisze o starości. W takim wieku w głowie powinien pan mieć chyba miłość.

- Kiedy zaczynałem pisać,  prawie wszystkie popularne piosenki były o miłości. A ja byłem w kontrze, w offie, byłem wrogiem tego banalnego pisania o miłości, to dawało mi poczucie inności. Bardzo długo starałem się nie pisać o niej w ogóle, a potem pisać inaczej, niebanalnie, nieszablonowo. Taki byłem ja i tacy byli moi koledzy z nurtu piosenki studenckiej. Pisaliśmy rzeczy, których przecież nikt nie puszczał, nikt nie publikował.

Po co się pisze piosenki, których nikt nie puszcza i nie publikuje?

- Dla siebie nawzajem, żeby się spotkać na festiwalach, żeby sobie to pokazać.  Żeby mogło paść pytanie: "Co napisałeś nowego?",  i żeby wtedy wyciągnąć białą teczkę z tekstami i usłyszeć: " Daj, napisze do tego muzykę".

A nie kusiło pana, żeby napisać jakiś protest song?

- Nasza kontestacja miała charakter liryczny. Owszem, buntowaliśmy się przeciwko temu, co było, ale wyrażaliśmy to raczej poprzez opis ludzkich stanów niezadowolenia, sprzeciwu, pytań o formę ducha w tych czasach. Moja grupa, czyli Nasza Basia Kochana, nie nadawała się do wyrażania  twórczości stricte buntowniczej. Nas interesowały piosenki, które tworzą pewną inność poprzez  emocje, uczucia, nastrój.

I nie są narzędziem do obalania murów?

- Nie, ale budują z widownią, ze słuchaczami jakąś wspólnotę. Śpiewaliśmy wtedy w piosence "Odchodzić męska rzecz": "Znaleźli cię z gazetą w ręku / Od razu zakręcili gaz / Nie potrafili w to uwierzyć/ Że mogłeś od nas odejść". To była piosenka o moim przyjacielu z liceum, który wtedy popełnił samobójstwo. Znaleziono go z "Trybuną Ludu" w ręku.

- Albo w innej piosence, gdy ludzie razem z nami śpiewali "W końcu coś należy się za osiem godzin życia!" Ten fragment rodził porozumienie z widownią. Tak samo, gdy w utworze bardzo depresyjnym pojawiał się refren:  "I tak to wszystko trwa / Choć ktoś plakat zamienił na płocie"... to czuliśmy, że ludzie wiedzą, że opisujemy naszą beznadziejną rzeczywistość, która trwa bez nadziei na jakąkolwiek zmianę.

- Śpiewając te piosenki głównie w klubach studenckich, które wtedy były zupełnie czymś innym niż dzisiaj, mieliśmy poczucie, że nawiązujemy więź ze słuchaczami, że to jest nasza niezależna wypowiedź, z którą oni się identyfikują.

W książce pisze pan, że wszystkie pana utwory zawsze zaczynają się od pomysłu. Trochę panu nie wierzę...

- Dlaczego?

Naprawdę liczy pan na wenę? Na złotą myśl? Nie prowadzi pan nawet notatek?

- Nie mogę. Albo raczej nie mam po co. Większość piosenek piszę do muzyki i to muzyka wyznacza ich  formę. Nie ma po co tworzyć na zapas, bo nie wiadomo, do jakiej muzyki trzeba będzie się dopasować. Kiedy dostaję muzykę od kompozytora, muszę ocenić sam, jaki to jest materiał. Czy jest to materiał na garnitur czy na bikini.

Czyli nie ma szuflady pełnej tekstów...

- Ja piszę doraźnie, dla konkretnej osoby. Jeśli pani przyjdzie do mnie, żebym napisał piosenkę, to ja muszę ją napisać przez panią. Muszę spojrzeć pani w oczy, przegadać noc lub kilka nocy, wiedzieć, co panią cieszy i boli.

Tekściarz - psycholog?

- Zawsze mówię, że nie jestem okienkiem na poczcie, że nie mam trzydziestu zgromadzonych tekstów, z których klient może wybrać sobie jeden, zapłacić i zamknąć drzwi. Tworzenie piosenki to jest proces wchodzenia w skórę osoby, która ma śpiewać i szukania przez nią pomysłów. I dlatego dla mnie najważniejszy jest pomysł na piosenkę, a nie linijka, złota myśl czy piękna metafora. Bo dzięki pomysłowi artysta śpiewający może być prawdziwy w swojej piosence, a ludzie mogą coś ważnego przeżyć i powiedzieć: "Kurczę, to jest to!"

Gratuluję książki.

- A ja zapewniam panią i czytelników, że po przeczytaniu książki będzie wam się żyło  śpiewająco!

Rozmawiała: Aleksandra Suława

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje