Piotr Szczepanik - idol mimo woli

Śpiewał piosenki, które podbiły serca młodzieży. Zakochani nucili je i wyznawali przy nich miłość. Ale on nie czuł się dobrze w roli gwiazdy muzyki pop. Wybrał własną drogę.

Tak się złożyło, że na świat przyszedł w Lublinie 14 lutego 1942 r., a więc w dzień dzisiejszych Walentynek. Jako nastolatek występował w miejscowym Teatrze Lalki i Aktora. Marzył o karierze aktora, lecz nie dostał się do warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Po latach wyznał, że... właściwie nic go nie mobilizowało do występowania, po prostu "lubił sobie podśpiewywać".

Reklama

Podczas studiów na Wydziale Humanistycznym KUL-u współpracował z kabaretami studenckimi. Jako piosenkarz zadebiutował na Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie, gdzie zajął IV miejsce. W Krakowie zaprzyjaźnił się jednak z pianistą jazzowym Andrzejem Nowakiem, który napisał dla niego piosenkę "Chciałbym kiedyś", oraz poznał artystów z Piwnicy Pod Baranami.

Szczepanik nie planował kariery piosenkarza. O tym, że jego piosenki stały się szlagierami, zadecydowali... radiosłuchacze. Sam specjalnie nie zabiegał o popularność. Wszystko zmieniło się po spotkaniu z kompozytorem Andrzejem Korzyńskim podczas festiwalu studenckiego w Zagrzebiu.

- Szczepanik chciał zostać historykiem sztuki, a stał się piosenkarzem, i to bardzo popularnym. Ale ja nie wiem, czy on był z tego powodu zadowolony - wyznał Korzyński w rozmowie z Marią Szabłowską. - Piotrek fantastycznie wypadł jako romantyczny, smutny młodzieniec, a dziewczyny bardzo lubią takich facetów...

Rok po roku mieliśmy dwa superprzeboje: "Żółte kalendarze" (1965) i "Kochać - jak to łatwo powiedzieć" (1966). Z kolei "Goniąc kormorany" (1965) skomponował Jerzy Woy-Wojciechowski do słów Andrzeja Tylczyńskiego: "Dzień gaśnie w szarej mgle, wiatr strąca krople z drzew. Sznur kormoranów w lecie splątał się, pożegnał ciepły dzień, ostatni dzień w mazurskich stronach". Słuchacze uwielbiali też "Puste koperty" i "Nigdy więcej nie patrz na mnie takim wzrokiem". Nagrywając z towarzyszeniem zespołów bigbitowych: Tajfuny i Ricercar’64, Szczepanik wpisał się w modną wówczas stylistykę "mocnego uderzenia", lecz z liryczną nutą.

W ciągu kilku miesięcy stał się idolem, a niemal wszyscy kojarzyli jego sylwetkę z nieodłączna fajką w ustach. Popularność, festiwale męczyły go jednak, dlatego po nagraniu zaledwie jednej płyty długogrającej powrócił do działalności kabaretowej. Wraz z Bohdanem Łazuką i Jackiem Federowiczem stworzył grupę "Popierajmy się", gdzie objął rolę naczelnego liryka.

- Jego słodki timbre głosu dodawał kleju słodkim melodyjkom - wspominał Łazuka. - Był z naszej trójki najmłodszy i tę młodzieńczość udawało mu się wspaniale sprzedawać.

Wkrótce Piotr Szczepanik przekonał się, że kabaret również nie jest tym, czego szuka. Dlatego na początku lat 70. zajął się piosenką poetycką. Dużo koncertował z gitarą akustyczną i często przebywał w USA. Tam poznał przyszłą żonę, z którą doczekał się syna. Nic bliższego na ten temat jednak nie wiadomo, poza tym, że żona i syn do dzisiaj mieszkają za oceanem.

- Fascynują mnie kobiety nie tylko mądre, ale wyglądające estetycznie, co wcale nie znaczy, że piękne. Ja stawiam bardziej na duszę, na tak zwany całokształt - zdradził w jednym z wywiadów. Sam nie zdecydował się na stałą emigrację.

Z charakteru nieśmiały samotnik, nie miał cech przywódczych. Na jego życie wpłynęła także głęboka wiara i zaangażowanie polityczne. Wraz z Jackiem Kaczmarskim i Przemysławem Gintrowskim uważany był za naczelnego barda Solidarności. Razem z Maciejem Zembatym współorganizował Festiwal Piosenki Prawdziwej w 1981 r. W stanie wojennym dał setki koncertów poetyckich w kościołach, a rewolucję "Solidarności" traktował jako dalszy ciąg powstań narodowych. W 1991 r. został szefem Zespołu Współpracy ze Środowiskami Twórczymi w kancelarii prezydenta Wałęsy.

Dzisiaj mówi, że poczuł ulgę, gdy pozostawił za sobą "całe to polityczne bagno". Naprawdę szczęśliwy jest w swoim domu na wsi. Słucha tam głośno jazzu i muzyki klasycznej, jeździ konno, obcuje z naturą. Nie odmawia jednak zaproszeń na koncerty, od czasu do czasu można go usłyszeć w różnych miejscowościach. Nie żałuje, że nie skoncentrował się na życiu estradowym. Uważa, że postąpił zgodnie ze swoimi przekonaniami.

- Nie ma nic gorszego niż poświęcać się w całości karierze piosenkarza - mówi w wywiadzie z Przemkiem Polańskim. - Nie życzę młodym, stawiającym pierwsze kroki w tym zawodzie artystom, aby zbyt poważnie traktowali to co robią, bo wówczas bardzo ciężko się znosi, kiedy dostaje się po nosie. Proporcja upadków i uniesień zawsze istnieje i trzeba odnaleźć równowagę. Jednak zawsze należy robić to, co się lubi i starać się dowiedzieć o tym jak najwięcej.

A w rozmowie z Danutą Kuleszyńską dodaje: - Nie ma we mnie tęsknoty za młodością. Gdybym ją miał, to byłbym w jakimś sensie kaleką. Młodość była, minęła, trzeba iść do przodu. Każdy wiek ma swoje prawa, trzeba umieć się godnie zestarzeć, choć czasami jest to trudne. Staram się zachować wewnętrzną młodość. Do szczęścia nie potrzebuję być obsypywany cukierkami.

Sławomir Koper

Tekst pochodzi z magazynu

Tina

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje