Przystanek Jestem - Tamara Arciuch

Ciepła, uśmiechnięta, dowcipna. Taką Tamarę spotykam w restauracji, w której umówiłyśmy się na rozmowę. Byłam jej bardzo ciekawa, bo jak większość postrzegałam ją jako zimną i zdystansowaną.

Wszystko przez to, że Tamara Arciuch obsadzana jest najczęściej w rolach trudnych, zmiennych, histerycznych kobiet. Ostatnio mogliśmy zobaczyć ją jako neurotyczną lekarkę ze szpitala psychiatrycznego w filmie "Mniejsze zło" Janusza Morgensterna i rozbijającą małżeństwo, nachalną Iwonę w "Teraz albo nigdy". Największą popularność przyniósł jej jednak hitowy serial "Niania", w którym przez dziewięć sezonów wcielała się w postać zazdrosnej Karoliny. "Chyba już przywykłam do grania czarnych charakterów", śmieje się Arciuch.

Reklama

Przez całe dzieciństwo żałowałam, że nie jestem chłopcem
Ciągnęło mnie do ekstremalnych zabaw: łaziłam po drzewach i płotach, wspinałam się na dachy garaży, zdzierałam kolana. Nie byłam hersztem bandy, raczej podporządkowywałam się silniejszym. W drugiej klasie podstawówki koleżanka namówiła mnie na palenie papierosów. Chowałyśmy się w starym sadzie i zapalałam klubowego, choć strasznie po nim chorowałam. Kiedy rodzice to odkryli, tata wręczył mi fifkę i spokojnie powiedział: "Masz, zapal sobie, zobaczę, czy ci to pasuje".

Byłam tak przerażona i zawstydzona, że na długo odechciało mi się papierosów. Mama zabroniła mi się przyjaźnić z tą koleżanką, ale kiedy nasza znajomość zeszła do podziemia i tym samym zyskała na atrakcyjności, skapitulowała i przeprowadziła z nami poważną rozmowę. Poskutkowało. Nie stałyśmy się aniołkami, ale fakt, że zostałyśmy potraktowane jak osoby dorosłe, kazał nam starać się bardziej.

Rodzice właśnie tak mnie wychowywali: poprzez rozmowę. Byłam niegrzeczna, ciągle ktoś przychodził na mnie skarżyć, a wtedy mama lub tata sadzali mnie naprzeciwko siebie i spokojnie mi wszystko tłumaczyli. Dzięki rodzicom miałam poczucie, że nawet gdybym zrobiła największą głupotę, to jeśli im o tym powiem, nie będą się złościć, nie będzie szlabanu, tylko wytłumaczą konsekwencje moich czynów.

To pomogło mi w dorastaniu. Nie przechodziłam okresu buntu, bo nie miałam przeciwko czemu się buntować. Gdy mówiłam w domu, że chcę iść na urodziny do koleżanki, to ustalaliśmy, o której wrócę, i zawsze starałam się być na czas. Kiedy miałam się spóźnić, dzwoniłam, żeby o tym uprzedzić. Mama miała do mnie zaufanie. Pozwoliła mi nawet pojechać z przyjaciółmi na wakacje pod namiot, gdy miałam 16 lat.

Jak teraz o tym myślę w kontekście swoich synów... nie wiem, czy byłabym tak odważna. Dziś dzieci trzyma się pod szczelniejszym kloszem. Wszędzie je wozimy, mamy kontrolę nad każdym ich ruchem ze strachu, żeby nie spotkało ich coś złego. Ale sposób wychowania nie zmienia się. Tak jak mama mnie i ja wychowuję starszego syna przez rozmowę, a wszystkie decyzje staram się mu wytłumaczyć. Niedawno rozbroił mnie stwierdzeniem, że pani nauczycielka kazała mu coś zrobić, a przecież powinna z nim najpierw porozmawiać i swoje polecenie poprzeć argumentami.

Dowiedz się więcej na temat: rodzice | przystanek | Tamara Arciuch

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje