Śpiewająca recepta na szczęście

Jedna z jej piosenek nosi tytuł Szczęście moje, nie opuszczaj mnie... No i nie opuszcza - już od ponad 35 lat!

Kochają się, przyjaźnią i pracują razem. I to już od ponad 35 lat! - To było dobre życie, którego nie zamieniłabym na inne. Miałam szczęście, że trafiłam na Andrzeja - wyznaje piosenkarka Danuta Błażejczyk (58).

Reklama

Była jeszcze studentką rusycystyki i nazywała się Cichowska, gdy poznała Andrzeja Błażejczyka, perkusistę z zespołu Big Warsaw Band. - Andrzej imponował mi, bo był dobrym muzykiem. A tak naprawdę to on jako pierwszy zobaczył we mnie kobietę. Potem bardzo zachęcał mnie do śpiewania i mobilizował, gdy brakowało mi wiary w siebie - wylicza pani Danuta.

Dziś mąż często towarzyszy jej na scenie, a gdy okazało się, że ich córka, Karolina, również jest uzdolniona muzycznie, dołączyła do rodziców. Z mamą tworzy wokalny duet. - Nigdy nie narzekamy na to, że spędzamy tyle czasu razem. Ale nawet kiedy jesteśmy obok siebie non stop, umiemy być ze sobą w taki sposób, żeby nie absorbować swoją obecnością drugiej osoby - mówi pan Andrzej. A piosenkarka zaraz dorzuca, że taka sytuacja ma swoje wady i zalety: - Z pewnością nie jest to nieustanna sielanka. Człowiekowi czasem samemu ze sobą trudno wytrzymać, nic więc dziwnego, że gdy pracuje się razem, nie zawsze jest pięknie. Ale ja generalnie dążę do spokoju i harmonii - wyznaje.

Wielu muzyków z branży dziwi się, że Danusia, chociaż ma taki wspaniały głos, nie stara się być bardziej widoczna w show-biznesie. Ona śmieje się i zapewnia, że ma wszystko, czego potrzebuje. Kompozytor Włodzimierz Korcz, gdy ją pierwszy raz usłyszał, w kilka dni napisał dla niej piosenkę Taki cud, miód, która zdobyła nagrodę na festiwalu w Opolu i stała się przebojem. A płyty, które potem Danuta Błażejczyk wydawała, szybko pokrywały się złotem, choć ona nigdy nie zabiegała o to, by błyszczeć.

- Kiedy telefon milczy, Andrzej wykańcza się nerwowo, choć tłumaczę mu, że musimy to przeczekać. Ja nie boję się tego, że na przykład chwilami jest mniej pieniędzy, że nie mogę sobie czegoś kupić. Wiem, że ludzie mają większe problemy. A ja mam kochającą rodzinę, przyjaciół, którzy lubią do nas zaglądać, mimo że nie mam willi z ogrodem, a tylko przytulne mieszkanie. Nie należę do osób, które narzekają. Nie obarczam innych za swoje niepowodzenia. Jeśli jest mi źle, szukam sposobu, by ten stan zmienić na lepsze. Uważam, że cała siła tkwi we mnie - wyznaje piosenkarka.

Pan Andrzej uwielbia ją za tę siłę, optymizm i wieczną radość. I za to, że rzadko widzi ją nie w humorze. Bo żona jest dla niego wciąż tą samą, piękną kobietą, którą ujrzał 36 lat temu. Ona docenia przede wszystkim to, że jej ukochany mężczyzna potrafi być też - co równie ważne - najlepszym przyjacielem.

- Nie tylko dla mnie zresztą. Zawsze znajdzie czas, by wysłuchać problemów innych. Kiedy chce wyjść do pubu z kolegami, to idzie. Kiedy chce wyjechać na kilka tygodni na kontrakt, jedzie. Podobnie jest ze mną. Nigdy się nie ograniczaliśmy, ponieważ ufamy sobie - wyznaje pani Danuta. I dodaje, że przeżyć szczęśliwie życie z jednym człowiekiem wcale nie jest takie proste, nawet jeśli się go bardzo kocha...

- Oczywiście, że miewaliśmy kryzysy. Miałam czasem ochotę rzucić wszystko i nie wrócić. Wsiadałam do samochodu i jechałam przed siebie albo nocowałam u koleżanek. Podobali mi się różni mężczyźni, ale nigdy nie była to tak wielka fascynacja, aby zrezygnować z tego, co mam. Nie wyobrażam sobie zaczynać z kimś innym życie od początku - mówi, bo dobrze wie, że przecież nikt nie jest idealny!

Ona także ma świadomość swoich braków. - Jestem nadgorliwa. Podobno zbyt dużo wymagam od innych, ale to wynika stąd, że sama od siebie też wiele wymagam. Jestem łakomczuchem i trudno mi utrzymać linię sprzed 30 lat. Mimo że wciąż katuję się jakimiś dietami, chodzę na siłownię i jeżdżę na rowerze, brakuje mi w tej kwestii konsekwencji. Kto wie, czy Andrzej nie wolałby mnie w nieco szczuplejszej wersji? - śmieje się pani Danuta.

Poza tym Danuta Błażejczyk nie przepada za telewizją. Na tym tle dochodzi do sporów między nią a rodziną. - Córka i mąż wciąż chcieliby ją oglądać, a mnie jest potrzebna tylko kiedy... prasuję. Czas jest zbyt cenny, by go marnować na bezmyślne wpatrywanie się w ekran, lepiej pobyć ze sobą. Staram się im to tłumaczyć, ale bez skutku. Pilot w ręce męża oznacza, że jest on stracony dla świata - wzdycha piosenkarka.

Wzorem mężczyzny był dla pani Danuty i zawsze pozostanie jej ojciec. Patrząc na swoich rodziców zawsze marzyła, by przeżyć taką miłość, jaka im się trafiła. Dzisiaj już wie, że jest to możliwe, chociaż nic samo nie spada z nieba. - Mam śpiewającą receptę na to, żeby być szczęśliwym - zdradza swój sekret piosenkarka. Jest nią moja piosenka Szczęście moje, nie opuszczaj mnie. Bo ze szczęściem trzeba rozmawiać, trzeba je prosić, żeby z nami było - przekonuje i dodaje: - Zawsze śpiewałam o miłości, bo to najważniejsza rzecz w życiu, siła napędowa wszystkiego. Ludzie, którzy nie kochają albo nie są kochani, cierpią. Modlę się, bym nigdy nie doznała tego uczucia...

MP

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje