Stan Borys: Wolność artysty

Im bardziej ktoś się czuje gwiazdą, tym gorzej wypada. To przydomek stawiający kogoś na piedestale, ale przecież gwiazdy też spadają. Stan Borys ma 73 lata, ćwiczy jogę, wygrywa deble w tenisa, zaraża energią i pogodą ducha. Niedawno wydał, pierwszą po 30. latach przerwy, płytę w Polsce.

Joanna Jałowiec:  O czym jest pana najnowsza płyta "Ikona"? Powiedział pan, że jest dla tych, którzy lubią muzykę, a nie łomot.

Reklama

Stan Borys: - Śpiewam wiersze, które recytowałem w czasach młodości - Adama Mickiewicza, Jana Pawła II, Agnieszki Osieckiej - mojej sąsiadki jeszcze sprzed wyjazdu do USA. Mam nadzieję, że moje piosenki kogoś dotkną, że będą mieć w sobie to, co ma na przykład "Jaskółka", która, mimo tylu lat, wciąż wzrusza publiczność.

Polacy kochają "Jaskółkę uwięzioną". Jak pan się odnajduje w tym utworze po tylu latach?

- Za każdym razem, kiedy ją śpiewam, mam inne odczucia wykonawcze i inne emocje.

Pamięta pan swój pierwszy występ w Opolu?

- Tak i to bardzo dokładnie. To był 68. rok. Występowałem w pożyczonych butach, bo nie stać mnie było na nowe, garnitur sam sobie sprawiłem. Nie stresowałem się, bo nie miałem na to czasu. Tremę zawsze przekuwałem w dbałość o to, żeby dobrze brzmieć.

W Hollywood powstał o panu film dokumentalny nagrodzony dwiema ważnymi nagrodami.

- "Wolność jest jak płomień, kiedy gaśnie, to nie ma wolności" - to cytat z filmu, w którym wyrażam pewną utopię wolności. Próbujemy ją złapać, bo w pewnym sensie jest nam stale odbierana. Przez politykę, przez nasz własny strach. Mieszkam od wielu lat w Stanach, gdzie pojęcie wolności jest inaczej ukształtowane niż w Polsce. Jest ona związana z pewną dyscypliną i szacunkiem do drugiego człowieka. 250 narodowości, które żyją w jednym miejscu musi ze sobą współgrać według jasnych zasad. My, jako społeczeństwo, musimy nauczyć się przestrzegać praw, które sami tworzymy.

Gdzie czuje się pan najbardziej wolny?

- W miejscach, gdzie jest cisza, spokój, przestrzeń na swobodę ducha. Tak czułem się zawsze na środku amerykańskiej pustyni, w kanionach San Diego i w naszych Bieszczadach.

Czy wyjechał pan z Polski w poszukiwaniu wolności?

- Wyjechałem do USA dokładnie w ten dzień, kiedy Edward Gierek otwierał Dworzec Centralny w Warszawie. Ja wybrałem inny dworzec.

Na konferencji zażartował pan nawiązując do nagrodzonej na Eurowizji Conchity, że być może niektórych rozczaruje, ale ma pan swoją brodę i nie jest pan kobietą. Czy artysta ma prawo do pełnej wolności w wyborze wizerunku scenicznego?

- To szalenie istotny temat. Uważam, że artysta ma pełne prawo być na scenie tym, kim chce, a publiczność jest od tego, żeby to przyjęła albo nie. Dla niektórych jakiś wyrazisty symbol ich wizerunku będzie zwiastował totalną klęskę, dla innych nie. Mnie się udało.

Artysta powinien bronić swojej niezależności nie zważając na modę i opinię publiczną?

- Mój image - bardzo dobrze znany polskiej publiczności - od początku był bardzo konsekwentny. Spotykałem się ze sporym sprzeciwem. Mówiono, że nawiązuję do postaci biblijnych, że wyglądam jak prorok i tak dalej. W taki sam sposób występowałem kiedyś i teraz. A krzyża, który miałem wtedy na szyi, nikt nie odważył się nosić. Dopiero później była Madonna i inne gwiazdy, które rozpropagowały taką modę, bo miały odpowiednie forum. Ja miałem publiczność tylko w Polsce.

U nas była żelazna kurtyna...

- Tak i przez to na możliwość zaprezentowania niektórych piosenek, i mnie takiego, jakim jestem, musiałem czekać dwa lata. Trwam do tej pory, a tych panów, którzy tego zabraniali, już nie ma.

Co pana zainspirowało do takiej kreacji scenicznej? Każdy ma ten swój początek, często kiedy jest bardzo młodą osobą...

- Trudno mi w tej chwili powiedzieć, albo może to jest tajemnica (śmiech).

Który koncert zapadł panu w pamięci?

- W tamtych czasach wszystko było magiczne. Spotykałem się z ludźmi, którzy byli nam znani z wielkiej sceny, każdy z nas dojeżdżał z różnych miast, a to była jedyna scena, na której byliśmy razem od rana do wieczora. Kwitło życie towarzyskie, w tej chwili niektórzy bardzo się przed tym zamykają. Ogólnie panuje w Polsce taka tendencja, niestety. Nikt nie podchodził do innych na zasadzie: to jest taka czy inna gwiazda. Wszyscy byliśmy równi. W Opolu wszyscy mieliśmy ten sam mikrofon i tę samą orkiestrę. Każdy musiał się z nią zgrać.

Jak funkcjonowało wtedy pojęcie gwiazdy, dziś bardzo zdewaluowane?

- Gwiazda to określenie dla dziennikarzy i dla publiczności. Im bardziej ktoś się czuje gwiazdą, tym gorzej wypada. To przydomek stawiający kogoś na piedestale, ale przecież gwiazdy też spadają

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje