Szczęście według Miśkiewicz

Rozmowa z polską wokalistką jazzową, skrzypaczką, kompozytorką i autorką tekstów- Dorotą Miśkiewicz! Jej najnowsza płyta sprzedaje się jak ciepłe bułeczki. Nam wokalistka zdradza szczegóły jej powstania... i nie tylko.

Więcej w INTERIA.TV

Reklama

Urodziłaś się w muzycznej rodzinie Miśkiewiczów. Myślisz, że ciągła obecność muzyki w twoim domu przesądziła o wyborze przez ciebie takiej, a nie innej drogi zawodowej?

Dorota Miśkiewicz: Dom zawsze wpływa na to, co się z nami później dzieje. Kształtuje naszą osobowość, ukierunkowuje, wyznacza również w pewnym stopniu drogę zawodową. Całe moje dzieciństwo wypełnione było muzyką. Nie miałam więc innego wyjścia - musiałam wybrać karierę muzyczną (śmiech).

Pamiętasz swój muzyczny debiut?

Chyba trudno uważać za debiut wstępny egzamin do podstawowej szkoły muzycznej. Jako debiut bardziej odczuwam wykonanie w liceum utworu Lionela Richie pt. "Hello", na akademii z okazji Dnia Kobiet. To był mój debiut wokalny, pierwsze świadome przełamanie lęku przed publicznością.

Współpracowałaś z legendą polskiego jazzu - Włodzimierzem Nahornym. Jak wspominasz pracę z tak wybitnym saksofonistą?

Tak naprawdę, to on mnie odkrył i zauważył. Bardzo dużo mu zawdzięczam. Jeszcze gdy studiowałam, zaprosił mnie do współpracy. Dużo podróżowaliśmy po świecie, koncertowaliśmy. Wykonywaliśmy utwory Szymanowskiego, Chopina. Wręczał mi nuty i kazał śpiewać, nawet gdy się opierałam i twierdziłam, że nie dam rady tego wykonać. Wierzył we mnie mocno. Przez sam fakt, że był liderem, musiałam (i chciałam) go słuchać. To dzięki niemu odkryłam swoje wysokie dźwięki, czy spróbowałam improwizacji jazzowej.

W 1998 roku Nigel Kennedy zaprosił cię na wspólne koncerty z jego londyńskim zespołem w Wiedniu i Belgradzie...

Nigel Kennedy zobaczył mnie kiedyś w telewizji podczas transmisji festiwalu Jazz Jamboree, gdy występowałam z Nahornym. Siedział wtedy z naszymi wspólnymi znajomymi, którzy widząc jego zainteresowanie moją osobą, wręczyli mu mój numer telefonu. Zadzwonił i zaprosił do współpracy. Pamiętam, że byłam przerażona i szczęśliwa jednocześnie. Miałam przed sobą kilkadziesiąt stron nut, z których miałam wyśpiewać partię napisaną pierwotnie na skrzypce. Jego zespół składał się z samych Anglików, nie było w nim żadnego Polaka. To też było wyzwaniem. Zresztą w tamtym okresie nawet moja podróż samolotem należała do czynników stresujących, jako że wcześniej tego nie robiłam. Byłam bardzo młoda, rzucona na głęboką wodę. Jednak, jak wiadomo, strach ma wielkie oczy, poradziłam sobie ze wszystkim. Nigel Kennedy okazał się wspaniałym człowiekiem, nad wyraz pracowitym. Próby kończyliśmy o 3 w nocy, kiedy wstawałam rano, on był już po joggingu i ćwiczył na skrzypcach.

Dowiedz się więcej na temat: wokalistka | pomysł | Kennedy | debiut | szczęście

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje