Tadeusz Łomnicki "Ja broczę krwią"

Wielki, groźny, liryczny, nieznośny,wspaniały, gderliwy, pełen pychy...W końcu nie umiałjuż tych masek zdjąć.Grę przyjął jako życie i tą grąswoje życie zabijał.

Dziwna cisza zapanowała w tym cyrku, w którym raz do roku aktorzy fikają przed dziećmi koziołki. Dzieci wcale się nie śmieją. Tadeusz Łomnicki wlecze na sznurku zniszczoną kaczkę-zabawkę, ma głos matowy. - Chodź kaczko, chodź... - Poszli. Jak nagły mróz, który warzy liście. Była połowa lat osiemdziesiątych. "Boję się o siebie. Włodek powiedział, że teatr doprowadzi mnie do szaleństwa - napisał Łomnicki w pamiętniku w czerwcu 1945 roku. - Ja zaś twierdzę, że mnie wyniesie ponad..."

Reklama

Czarno-białe fotografie wykonano podczas prób Króla Leara w Teatrze Nowym w Poznaniu, między grudniem 1991 a lutym 1992. Tuż przed śmiercią Łomnickiego. Lear-Łomnicki nosi ciemny golf i luźny szlafrok, poły szlafroka fruwają na fotografiach. Jeszcze bez brody, włosy niezmierzwione. Będzie dzielił swe królestwo między córki. Z głową w dłoniach. "Cofnij się, bólu..." Pochlebstwami omamiły go starsze córki, żądne władzy. Wyrzekł się kochającej go, młodszej Kordelii.

Wzniósł ręce, sweter odsłania obwisły pasek brzucha. "O, nie pozwólcie mi oszaleć, nieba!" Już wie, że skrzywdził Kordelię; że był okrutnym despotą. Idzie na poniewierkę. Wojna. Kordelia w niewoli. Powiesili ją. "Wyć, wyć, wyć! Ludzie, jesteście z kamienia". Nad jej trupem Lear nędzarz umiera z rozpaczy.

Na konferencji prasowej przed premierą, dziewięć dni przed śmiercią, Łomnicki przeczytał monolog Edgara z Króla Leara. Edgar wyznaje, że pychę i fałsz nosił w sercu. Ile przysiąg wypowiedział, tyle złamał. Przed snem snuł lubieżne plany, a rano wcielał je w życie. Bisurmanił się z kobietami. Był wściekły jak pies i drapieżny jak lew. - To jest curriculum vitae pana Leara - skwitował Łomnicki.

Profesor Barbara Lasocka, historyk teatru, uważa, że Łomnicki grał w Królu Learze własny dramat: człowieka, który zatracił siebie.

Mówił podczas konferencji: - Władca wybudował - nie wiadomo jak, prawdopodobnie ciężką ręką - swoje królestwo. Ten świat wartości się rozpada. I co się wydobywa na powierzchnię?

Tydzień przed śmiercią podszedł w teatralnym bufecie do fotografa. - A wie pan, na tym dużym portrecie pokazał mnie pan takim draniem, jakim naprawdę jestem.
- Mistrzu - zwrócił się do Łomnickiego student.
- Jaki mistrzu? Mów do mnie: Boże!

Przez szparę w kurtynie spoglądał na widownię. - Zazdroszczę im, że będą mogli mnie oglądać.

"Ja tłumię zarozumiałość - pisał w roku 1944 - ale kiedy mi zaprzeczają moim polotom - przebaczcie, nie zniosę". Rok później: "Marzę o moim słowie wśród sceny, którą sam stworzę - marzę o ogromie mych myśli, które wypowiem i którymi ukorzę wszystkich".

Zdanie, jakie po raz pierwszy w życiu wypowiedział przed publicznością, brzmiało: "Przez walkę podwyższa się rolę człowieka i świata". Był marzec 1945 roku, Stary Teatr w Krakowie. I była to już cała kwestia Pasterza-Łomnickiego w Mężu doskonałym Jerzego Zawieyskiego.

W czerwcu 1956 roku warszawski Teatr Narodowy pokazał w Paryżu Kordiana w reżyserii Erwina Axera. Na widowni Anders i emigracja z Londynu. Kordian-Łomnicki ze szczytu Mont Blanc obwieszcza światu: "Polska Winkelriedem narodów / poświęci się, choć padnie". Wzywa chmury, i wiatry, i ptaki - by go niosły! Krzyczy: "Polacy!", i podchodzi do widowni. Ludzie zrywają się z miejsc, płaczą, rzucają na scenę kwiaty, a po chwili pod sklepieniem paryskiego Teatru Narodów wybucha Rota.

"Le Monde" odnotował, że w bladej twarzy aktora jego oczy płonęły. Ukorzył wszystkich. A po spektaklu, na bankiecie, oni upokorzyli jego. - Czy w ten zegarek - zapytał ktoś - wyposażyła pana na drogę Służba Bezpieczeństwa?.

Szedł z Ireną Łomnicką, drugą żoną, przez Stare Miasto, spotkali reżysera Andrzeja Munka. - Słyszałem, zagrałeś wspaniale - mówi Munk - ale ty, taki kurdupel, w roli Kordiana".

(Schody w Grand Hotelu w Łodzi, rok 1953, wieczór. Irena jest praktykantką w wytwórni filmów, pracuje przy realizacji dźwięku. Z góry schodzą Łomnicki i Tadeusz Janczar, skończyli kolejny dzień zdjęciowy na planie Pokolenia Wajdy. Jej myśl: ten czarny, wysoki - ładny; ten jasny, niski - niebrzydki. Proszą ją na kolację, ona się wzbrania, odchodzi. Wtedy ten niski woła za nią: - Ja i tak się z panią ożenię!

Rok później wyszła za Łomnickiego.

- Wydawało mi się, że zawsze był z siebie niezadowolony - opowiada Irena Łomnicka. - Był blondynem, chciał być brunetem; miał niebieskie oczy, chciał mieć czarne. Kordiana zagrał na przekór swoim warunkom fizycznym. Męczył się ze sobą, nie lubił siebie i to musiało jakoś zaważyć na jego życiu.

W Krakowie, pod koniec wojny, stanął nago przed wojskową komisją rekrutacyjną. Popatrzyli. - Idź pan do domu - powiedzieli - i bez pana wygramy tę wojnę.

W marcu 1945 roku zgłosił się do Studia Teatralnego przy Starym Teatrze. Miał 18 lat, pod pachą trzymał rękopis swej sztuki Anioł, chciał dostać się na kurs pisania dramatów. Ale pomylił drzwi i zdał egzamin na kurs aktorstwa.

Wśród słuchaczy Studia - przystojni, wysocy chłopcy - Stanisław Zaczyk, Andrzej Szczepkowski... Łomnicki - przebrany do roli w krótkie spodenki - ma szerokie biodra, potężne łydki, trochę kiwający się chód. Któregoś dnia profesor Maria Dulęba mówi: - Tylko Łomnicki będzie się liczył.

Każdego lata jadą z Ireną do Sopotu, ale on unika plaży. Dni spędza w kawiarni. W karnawale co tydzień idą na bal. Ale on nie tańczy. Tyje. Do roli Andrzeja w filmie Niewinni czarodzieje (1960) Irena odchudza go o 10 kilogramów.

W USA, po wspólnym występie z Andrzejem Łapickim, ktoś żartuje na przyjęciu: - Ten Łapicki to panisko, a z ciebie, Tadziu, pokraka...

W latach siedemdziesiątych dostanie anonim: "Maleńki! Brakuje Panu Rektorowi 2 cm na obcasie do 150".

- Traktował swoje ciało jak instrument - opowiada Jerzy Markuszewski, reżyser - złościł się, że ono mu stawia opór, i był dla niego bezwzględny.

Puk mu nie wychodzi. Wymyka mu się ta rola złośliwego duszka ze Snu nocy letniej Szekspira, którą ma zagrać w Katowicach w roku 1947. - Puk to nie jest człowiek - irytuje się reżyser, Bronisław Dąbrowski. I Łomnicki już wie: musi mówić i ruszać się inaczej niż człowiek. Na spacerze wzdłuż Wisły wpycha do ust małe, rzeczne kamyki. Puk mówi teraz skrzacim językiem.

Do roli Wołodyjowskiego (premiera filmu Jerzego Hoffmana w 1969 roku) nie chce zastępstwa kaskaderów. Przez rok trenuje fechtunek i jazdę konną; chudnie kilkanaście kilogramów.

Rok później gra kapitana Edgara w Play Strindberg Durrenmatta. "Pod mundur (...) wpakował kilka par gaci i koszul, zmienił je w mięso i po scenie chodzi rycząca bryła mięsa - pisał Adolf Rudnicki. (...) Mam przed sobą autentycznego potwora". W apoplektycznym ataku Edgar pada, wali głową o ziemię, twarz ma czerwoną, fioletową, żyły za chwilę mu pękną. W finale, sparaliżowany, wydaje z siebie gardłowe skrzeczenie. Włoska krytyka napisała o Edgarze Łomnickiego: niesłychanie cielesny, z niezwykłą skalą ekspresji.

Próbuje Lira Bonda (1974). Na zajęcia ze studentami w PWST wlecze się znużony starzec z brodą do pasa. Waży chyba ze sto kilogramów. I zaraz, w Potopie Hoffmana, znów wciela się w Pana Michała. Jest młodzieńczy, zwinny i szczupły.

- Na scenie "szedł na całość": wprowadzał się w stan najwyższej emocji i dzięki temu uzyskiwał efekt - opowiada Antoni Libera, reżyser. - Grał w swoistym transie. Efekt na ogół był wspaniały. Lecz płacił też za to ogromną cenę. Po wielkich rolach wracał za kulisy kompletnie wyczerpany.

Pisał Jan Kott: "Kiedy przygotowywał rolę (...) jego własne ciało, jego znużenie, omdlałe członki, wysychające gardło i chrypienie miały nową duszę. Ciało i dusza Łomnickiego, i postaci, w które wchodził, i które w niego wchodziły, były nierozdzielne".

Pół roku pracował nad rolą Artura Ui, gangstera z Chicago. Arturo - mordem i demagogią - podporządkowuje sobie Trust Kalafiorowy, rynek warzywny, stocznię, wreszcie całe miasto (Kariera Artura Ui Brechta w reżyserii Axera, 1962). Pierwowzorem gangstera jest Hitler. Tysiące razy Łomnicki powtarza słowo "kalafior", zniekształcając je tak, by nadać mu niemiecki akcent i brzmienie. Słowa: "obywatele!", "rrruuuuch!" - by przypominały szczekające "Bewegung" Hitlera z jego przemówień. Ogląda niemieckie kroniki z lat 30., propagandowe filmy Leni Riefenstahl, czyta stenogramy procesu w Norymberdze. I próbuje odtworzyć własne myśli i emocje z lat wojny. Bo nie portret Hitlera, nie jego karykaturę chce pokazać warszawskiej publiczności, tylko podszewkę zbrodni, narodziny zła.

Ma dwanaście lat, jego brat Jan - dziesięć. Cieszą się, że wybuchła wojna. W pocztowym wagonie jadą z mamą do dziadków w Dębicy. Ojciec, naczelnik poczty w Mszanie Dolnej, został na poczcie.

W Nowym Sączu przesiadka. Warkot samolotów. Radośnie spoglądają w niebo, myślą, że to polskie samoloty. I nagle kolejarz pada w fontannie krwi.

Z Dębicy uciekli z dziadkami fiakrem. Wieś Podgrodzie. Tadeusz leży w ściernisku, grają koniki polne. Trzy kilometry dalej załamał się front. Tadeusz widzi na horyzoncie ruchome punkciki. To polscy żołnierze. W biegu zrzucają mundury, wpadają do chałup, wybiegają w chłopskich łachach.

Potem gościńcem jadą niemieckie czołgi, amfibie, artyleria, lazarety. Tadeusz patrzy z zachwytem. "Ogromne zabawki były prawdziwe" - napisał po latach. Jeszcze nie znał smaku słowa "wróg", choć czuł już, że tą rzeką na gościńcu "kieruje jakiś obcy porządek".

Dotąd było tak: wieczorami mama grała na mandolinie, a tatuś śpiewał. Strzelało się z karabinku ojca - gdy nie widział - do wróbli. Mały Jan lizał na mrozie poręcz schodów i język mu przymarzał do żelaza. Tatuś zbierał znaczki. Na imieninach rodziców grało się na skrzypcach. Tak miało być zawsze.

Teraz, w ściernisku, Tadeusz wie, że już tak nigdy nie będzie.

Strony: 2 3 4 5 6

Fragment książki Magdaleny Grochowskiej "Wytrąceni z milczenia". Wśród bohaterów siedemnastu niezwykle ciekawych, bardzo osobistych portretów są m.in. słynni aktorzy Tadeusz Łomnicki, Gustaw Holoubek i Halina Mikołajska, reżyserzy Konrad Swinarski i Janusz Warmiński, filozofowie Tadeusz Kotarbiński i Klemens Szaniawski, para wybitnych socjologów Maria i Stanisław Ossowscy, redaktor naczelny "Tygodnika Powszechnego" ks. Adam Boniecki.

Jedni za swoją niezgodę na PRL zapłacili bardzo wysoką cenę (np. Mikołajska, związana z KOR, przez lata miała zakaz występów), inni z różnych powodów ulegali socjalistycznej iluzji. Wszyscy, za sprawą swej pozycji, byli uwikłani w "labirynt historii".

Świat Książki
Dowiedz się więcej na temat: aktorzy | teatr | 1945 | ciało

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje