Teresa Lipowska: "Moja rada: kochać, być sobą i mieć poczucie humoru”

Nie boi się upływającego czasu. – Piękno to nie gładka skóra, ale miłość, pasja i radość życia – mówi. – Piękno jest w nas niezależnie od tego, ile mamy lat...

Jej dom tonie w kwiatach i... aniołach. Figurki aniołów są wszędzie: porcelanowe, drewniane, szklane, słomkowe, gliniane, duże i małe. Pani Teresa od dawna je zbiera i wierzy, że opiekują się nią. A na stoliku trzyma książki z poezją ks. Jana Twardowskiego.

Reklama

tina: Podobno przyjaźniła się pani z księdzem Janem Twardowskim...

Teresa Lipowska: - Lubiłam się z nim spotykać, słuchać jego mądrych rad. Poznałam go przypadkiem, kiedy chciałam wziąć ślub. Mój mąż był daleko od Kościoła, a dla mnie ten ślub był ważny. Ktoś nas skierował do księdza Jana. Poszliśmy z Tomkiem. Ksiądz zapytał go, czy wierzy w miłość. I kiedy usłyszał "tak", powiedział: "Bóg jest przecież miłością. Będziesz przysięgał na miłość". Tomek nie musiał iść do spowiedzi ani do komunii, tylko uczciwie przysiąc na miłość. Tak wzięliśmy ślub - najpiękniejszy na świecie. Myślę, że ksiądz Twardowski, dając nam go, poprowadził nasze małżeństwo przez 44 lata. Jestem przekonana, że to dzięki niemu byliśmy z mężem szczęśliwi.

Nie przeszkadzało wam to, że jako znana aktorka była pani otoczona adoratorami?

- Och, zdarzały się drobne fascynacje, ale nie były groźne. Zawsze wiedziałam, że Tomek jest jedynym mężczyzną, z którym chcę być. Dawał mi miłość, prawdę, uczciwość, odpowiedzialność, poczucie bezpieczeństwa. Byliśmy wobec siebie uczciwi. Zależało mi na tym, żebym zawsze mogła spojrzeć w te jego cudowne niebieskie oczy i powiedzieć: "Nie zdradziłam Cię". I myślę, że przez całe życie go nie zraniłam. Ale i ja byłam pewna jego miłości.

Często panią komplementował?

- Mówił na przykład, że mam piękne kolana. Zawsze czułam, że dla niego jestem najładniejsza. I często powtarzał, że mnie kocha. Każdego roku kupował mi na urodziny 21 róż, bo mówił, że dla niego zawsze będę miała 21 lat. Do bukiecików, które przesyłał mi na scenę, dołączał zaś romantyczne bileciki. Na ostatnim napisał: "Starość nie chroni przed miłością, ale miłość chroni przed starością. Dlatego serce nie ma zmarszczek". Natomiast w komplementach był oszczędny. Sierota, wychowany w trudnych warunkach, nigdy nie zaznał czułości; dopiero ja mu ją pokazałam. Sama zresztą też jej potrzebowałam. Po trzech latach pierwszego nieudanego małżeństwa byłam kompletnie połamana. On przywrócił mi wiarę w miłość. Ten związek to największe osiągnięcie mojego życia.

Zna pani przepis na miłość?

- O, nie znam, ale mogę powiedzieć, że nie było dnia, żebyśmy pomyśleli choć przez chwilę, że moglibyśmy żyć osobno. Bardzo dbałam o tę miłość, chciałam ładnie wyglądać dla męża. Uważam, że kobieta zawsze musi być piękna, już od rana. Nigdy nie chodziłam w starym, porwanym szlafroku. Od rana byłam uczesana, ubrana, uśmiechnięta.

My, Polki, rzadko doceniamy własną urodę. Jesteśmy pełne kompleksów...

- Jest w tym też wina mężczyzn, którzy za rzadko nam mówią, że jesteśmy piękne. Proszę zwrócić uwagę, jak Włosi admirują swoje kobiety, i to w każdym wieku. Zwracają się do nich: "Bella", "Bellissima", "Principessa". Wciąż obsypują je komplementami, a te dodają urody. Nasi panowie za mało nas dowartościowują. Rodzice też rzadko mówią: "Ładnie wyglądasz".

A pani to słyszała w dzieciństwie?

- Moja mama nigdy mi tego nie mówiła. Bardziej się martwiła tym, żeby było co do garnka włożyć. Nigdy nie byłam zresztą superładna. Miałam mnóstwo kompleksów! W jedenastej klasie przytyłam, włosy też wyglądały marnie. Robiłam już maturę, a większość ubrań było wydzierganych na drutach. Nawet nie wierzyłam, że mogę zdać do szkoły teatralnej. Myślałam, że tam dostają się tylko Sophie Loren i Giny Lollobrigidy. Ale miałam w sobie coś, co podobało się chłopakom - chyba radość!

Więc piękno to nie tylko ładna buzia?

- Oczywiście, definicja piękna zmienia się z biegiem lat. Dla młodej dziewczyny to uroda zewnętrzna, ona chce podobać się chłopakowi. Ale z czasem okazuje się, że prawdziwe piękno kryje się w środku. Mężczyźni też to wiedzą. Do łóżka wystarczy uroda, lecz w kobiecie na całe życie szukają czegoś więcej. Teraz trochę przeraża mnie kult młodości. Nie rozumiem, dlaczego trzydziestolatka idzie do chirurga plastycznego, bo zobaczyła pierwszą zmarszczkę.

Zmarszczki też mogą być piękne?

- Każda z nich coś mówi o naszym życiu. Jeżeli kochasz czyjąś twarz, możesz pieścić, całować także jej zmarszczki, bo jest w nich piękno. Proszę spojrzeć np. na Danusię Szaflarską - ile w niej uroku!

Nie boi się pani upływającego czasu?

- Odpowiem wierszem, dobrze? "Kobiety odchodzące z młodości są jak dojrzałe owoce, jak pomarańcze. Ze skórką nieco twardszą z zewnątrz, wewnątrz słodkie, wilgotne, rozmarzone, myślące o przemijaniu. Piękne. Zauważ je".

Nie kusiło nigdy pani, żeby odmłodzić sobie twarz u chirurga kosmetycznego?

- Nigdy. Wie pani, co jest najlepszym kosmetykiem? Miłość. To motto mojego życia. Miłość do ludzi, do przyrody, do pracy. Do dzieci, do mężczyzny.

Może łatwo tak pani mówić, ponieważ przez całe lata grała pani amantki.

- Ale te moje bohaterki były charakterystyczne, takie "Jagny"... Daleko mi było do eterycznej Eli Starosteckiej czy eleganckiej Beaty Tyszkiewicz. Grałam polską "dziołchę". Mąż żartował, że tyłek mam tak twardy, że nie można go uszczypnąć.

A więc wcale nie trzeba mieć urody nimfy, żeby się podobać? Ważny jest seksapil?

Czyli to coś w środku. Czasem dziewczyny nie zdają sobie sprawy z tego, że go mają.

Podziwiam pani optymizm i radość życia.

- Znów odpowiem wierszem (uśmiech): "Nie mów "kiedyś", bo "kiedyś" to bardzo daleko (...) Nie mów "później", bo "później" może się nie obudzić. Złap chwilę, podaruj jej barwę nieba, zatrzymaj na dłużej. A może uda się na zawsze? To co piękne nie odchodzi i nigdy nie umiera".

Beata Biały

Tekst pochodzi z magazynu

Tina

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje